czwartek, 26 listopada 2015

"Cuda Jana Pawła II" Paweł Zuchniewicz (94/2015)

Ależ ta książka jest pozytywna, pełna nadziei, dobrej energii! Takie właśnie są cuda – dające nadzieję.
Trudno w jakikolwiek sposób zopiniować tę książkę. Cuda papieża mam recenzować? No raczej nie poczuwam się do czegoś takiego :)

Oczywiście, jeśli ktoś w takie rzeczy nie wierzy, to ta książka zamiast pełna energii wyda mu się pełna bzdur – nie wątpię, że i tacy się znajdą. Czy ja wierzę? Tak… Nie wiem… Tak. Chciałabym powiedzieć, że tak, zdecydowanie tak, ale mam przecież wątpliwości. Większość przedstawionych sytuacji jest niesamowita, o wielu cudach, uzdrowieniach nie słyszałam, momentami wręcz przechodziły mnie ciarki, kiedy o nich czytałam. Ta książka tak jakoś wpływa na czytelnika (a przynajmniej na mnie), że chce się być lepszym, bardziej się starać. Ciekawe na jak długo to w człowieku zostaje…

Polecam. Jeśli tylko ktoś nie jest uczulony na słowo „kościół” to jest nadzieja, że i jemu udzieli się magia tej książki!

Przeczytane: 26.11.2015
Moja ocena: 8/10

czwartek, 12 listopada 2015

"Dziewczyna z pomarańczami" Jostein Gaarder (83/2015)

Nie tego się spodziewałam. Zupełnie nie byłam przygotowana na literaturę młodzieżową. I choć lubię książki dla młodzieży, to patrzę na nie inaczej, niż patrzyłabym 15 lat temu. Oczywistym jest, że jestem bardziej krytyczna, szybciej wyłapuję niedorzeczne naiwności, nierealne sytuacje. I obecnie chyba tylko „Jeżycjadzie” mogę wybaczyć naginanie rzeczywistości i udawanie, że idealne rozwiązania istnieją.

Kilkunastoletni Georg otrzymuje list napisany przed laty przez jego ojca, niedługo przed śmiercią. Gdy ojciec zmarł, Georg miał cztery lata. Teraz, po latach czytając list ojca niejako otrzymuje od niego lekcję – o życiu, przemijaniu, miłości, wyborach, jakie każdy z nas musi podejmować. Nieco to tkliwe, moralizatorskie. I pewnie dla czternasto- czy piętnastolatka takie coś będzie brzmiało inaczej, niż brzmi dla mnie, kiedy to mam dwa razy więcej lat i sporo już rzeczy, które w życiu człowieka może się zdarzyć, nie jest dla mnie tylko teorią, ale już doświadczeniem.
Żałuję, ze nie przeczytałam tego 15 lat temu. Teraz mnie to jedynie znudziło i momentami irytowało ckliwością. Jak macie mniej niż 17 lat to polecam, w wieku powyżej – czytacie na własną odpowiedzialność :)

Przeczytane: 12.11.2015
Moja ocena: 5/10 

środa, 11 listopada 2015

"Kamieniarz" Camilla Läckberg (81/2015)

Saga o Fjällbace; tom 3

Trzecia część cyklu o Fjällbace, z głównymi bohaterami znanymi nam wcześniej z dwóch poprzednich powieści. W mojej skromnej ocenie jest to najlepsza z dotychczasowych książek z tego cyklu. Część obyczajowa nadal jest fajna, utrzymana na dobrym poziomie, a do tego wreszcie podoba mi się wątek kryminalny.

Tło obyczajowe jest sympatyczne, mili bohaterowie. Nie jest to wszystko ckliwe, naiwne, przesłodzone, Erica i Patrick mają swoje problemy, dopada ich szara rzeczywistość dnia codziennego. To czyni ich bardzo ludzkimi, mogliby być sąsiadami każdego z nas. Z drugiej strony, nie sięgają ich wszystkie nieszczęścia tego świata, nie musimy się nad nimi użalać. I to również ogromny plus, że autorka nie przesadziła w żadną stronę – ani ich nie idealizowała, ani nie uczyniła z nich największych nieszczęśników naszego globu. Część obyczajowa jest istotną częścią powieści, dużo wiemy o Erice, Patricku i pozostałych, ale jest to zgrabnie wplecione w fabułę, nie przytłacza jej, nie wychodzi na pierwszy plan.

Wątek kryminalny, jak dla mnie – naprawdę ciekawy, wciągający, dobrze poprowadzony. Sama historia (mamy tu do czynienia z zabójstwem dziecka) bardzo poruszająca, bo cóż jest bardziej dramatycznego niż zamordowanie niewinnego dziecka. Interesujące były też „powroty do przeszłości”, czyli wplecenie w fabułę rozdziałów z akcją dziejącą się kilkadziesiąt lat wstecz. Choć takie rozwiązania spotkałam już w książkach wcześniej, to tu jest zrobione to naprawę rewelacyjnie – dość długo te retrospekcje nie mówiły mi nic, nie nawiązywały do obecnych wydarzeń, nie rozumiałam po co są, choć oczywiście wiedziałam, że autorka ma jakiś cel stosując taki zabieg. Naprawdę, udało się to autorce.

Śledztwo prowadzone jest w „zwyczajny” sposób. Policja kluczy, krąży, ma różne podejrzenia. Na całe szczęście, póki co, pani Lackberg wystrzega się genialnych śledczych, wpadających na rozwiązania najbardziej zakręconych zagadek ot tak, ‘na czuja’, bez żadnych wskazówek lub co więcej – przeciw dowodom i tropom. Fajnie wiedzieć, że Skandynawia ma też takich ludzkich detektywów, którzy muszą śledztwo prowadzić, a nie  tylko je genialnie wpadać na rozwiązania, ni stąd, ni zowąd.

No a zakończenie… to akurat nieczęsto spotykam w powieściach, nawet tych będących częściami cyklu – takie, że naprawdę musiałam się powstrzymywać, żeby od razu nie zacząć kolejnego tomu! Cliffhanger, jakiego nie powstydziłyby się najlepsze seriale! Teraz już troszkę to zakończenie przetrawiłam, ale na pewno nie będę długo czekała z lekturą kolejnej części.

Przeczytane: 11.11.2015
Moja ocena: 8/10 

niedziela, 8 listopada 2015

"Kobiety" Charles Bukowski (80/2015)

Serio? 300 stron opisów zbliżeń głównego bohatera z kobietami? I o to tyle szumu z wielkim pisarzem Bukowskim? Naprawdę, jestem bardzo rozczarowana. Spodziewałam się kontrowersji, ale chyba bardziej wyszukanej niż sceny seksu w 75% objętości książki.

W negatywnych opiniach o tej książce czytałam, że „takie rzeczy się nie zdarzają”. Otóż zdarzają się, tego akurat jestem pewna, ale czy od razy wszystko należy opisywać? Gdyby Bukowski jeszcze żył, to czekałabym, aż uraczy nas powieścią opowiadającą z dogłębnymi detalami, na czterystu stronach, o swych wizytach w toalecie lub skutkach grypy żołądkowej. No, chyba, że i taką powieść popełnił, tylko jeszcze do niej nie dotarłam. Nie zdziwiłabym się.

To nie tak, że jestem tą książką oburzona czy zbulwersowana. Jestem znudzona, to przede wszystkim. Wódka, wino, kobiety, znów wódka, znów kobiety, byle jak, byle gdzie, a w międzyczasie główny bohater, pisarz-poeta, niewątpliwie alter ego samego Bukowskiego, ma przebłyski weny twórczej i wówczas pisze. I tak przez czterysta stron…
Naprawdę, mogę czytać o obrzydliwościach, o naturystycznych wręcz czynnościach będących częścią żywota ludzkiego, o rzyganiu po libacji alkoholowej, o przygodach łóżkowych. Ale jeśli autor pisze TYLKO o tym, to jest z nim chyba coś nie tak, a i ze mną pewnie też, skoro jednak nie trzepnęłam książki w kąt po pierwszych kilkudziesięciu stronach.

Język powieści jest prosty. Autor nie sili się na wyszukane metafory, górnolotne wyrażenia, ale też takie zwroty nie pasowałby ani do klimatu powieści, ani do głównego bohatera.

Tytułowe kobiety to zmyłka… Tu kobieta sprowadzona jest do nóg i jej pupy (ładnie mówiąc), a w moim rozumieniu to nie kobieta w całym tego słowa rozumieniu (odkrywcze ;) )

Filozoficzne przemyślenia? Owszem, w ilości szczątkowej ale są, sądzę jednak, że mają one służyć usprawiedliwieniu autodestrukcji bohatera (autora?), a nie przedstawić „głębię” samą w sobie. Zresztą, tych przemyśleń ukrytych pod pijackim bełkotem nie jest tu wiele. Albo ja ich nie dostrzegam…

Mnie „Kobiety” przytłoczyły, znużyły, znudziły. Nie potrafię niestety znaleźć zbyt wielu pozytywów, żeby zachęcić Was do lektury. Ale przeczytajcie, warto samemu wyrobić sobie opinię.

Przeczytane: 6.11.2015
Moja ocena: 4/11

piątek, 6 listopada 2015

"Wielbiciel" Charlotte Link (79/2015)

I znów, jak to w przypadku Charlotte Link, „Wielbiciel” to w mojej ocenie bardziej powieść obyczajowa niż kryminał. Naprawdę, to, że w powieści pojawia się jakiś dramatyczny wątek (bo nawet nie kryminalny), nie czyni jeszcze z książki kryminału. A już nazywanie „Wielbiciela” thrillerem uważam za wielkie nieporozumienie albo nieznajomość znaczenia słowa „thriller”.

Książka jest wciągająca, szybko się czyta. I to jest na plus w większości powieści pani Link. Wartkości akcji nie można jej odmówić. Fabuła jednak jest tu nieco naciągana. Do tego naiwna i infantylna… Pierwsza połowa powieści nie była jeszcze taka zła (poza niezrozumiałym odejściem od Leony jej męża), ale druga połowa to już przesyt naiwności.

Powieść jest przewidywalna i nie chodzi nawet o „tego złego”, którego domyślić się można łatwo i szybko, ale i o przebieg wydarzeń, łącznie z zakończeniem. Niczym po nitce do kłębka dochodzimy do zakończenia powieści, odhaczając po drodze wszystkie zwroty akcji, które również w większości można przewidzieć.

Absolutnie nie należy tej książki nikomu polecać jako kryminał lub thriller. Ten ktoś może być nieco rozczarowany, że w zamian dostał opowieść o perypetiach małżeństwa z dwunastoletnim stażem, o ich rozterkach i przemyśleniach o związkach damsko – męskich. A że czasem zdarzają się dramatyczne momenty – no cóż, samo życie :) Oczywiście, trochę przesadzam, bo nie co dzień trafia się na psychopatę, który w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób wabi kobiety, ale ten wątek również uważam za mocno naciągany.

Wiele razy podczas lektury zastanawiałam się jak poszczególni bohaterowie mogli się tak głupio zachowywać, reagować bezsensownie na niektóre sytuacje. I zastanawiało mnie, dlaczego coś dzieje się akurat w danym momencie, a nie sekundę wcześniej lub później, kiedy to akcja wyglądałaby zupełnie inaczej. No cóż, odpowiedź jest prosta – bez tych zbiegów okoliczności i nielogicznych zachowań bohaterów, powieści tej by nie było, bo akcja nie miałaby się o co oprzeć.

Niby tyle niepochlebnego o tej powieści napisałam, ale oceniam ją na 6/10. Co prawda to 6 ze sporym minusem, ale plusem niech będzie to, że książkę pochłania się szybko i choć jest przewidywalna, to chce się brnąć w nią dalej. 

Przeczytane: 2.11.2015
Moja ocena: 6/10

sobota, 31 października 2015

"Miłośnica" Maria Nurowska (78/2015)

Powieść biograficzna, opowiadająca o życiu Krystyny Skarbek, Polki, agentki brytyjskiej tajnej służby.

Sięgając po książkę nie miałam pojęcia o czym ona będzie – tym bardziej nie spodziewałam się biografii (nie jest to biografia sensu stricto, ale powiedzmy biografia fabularyzowana). Autorka sporo w tej ‘biografii’ dodała od siebie, doceniam jednak, że Maria Nurowska zechciała postać pani Krystyny przypomnieć i napisała taką powieść – inaczej pewnie niewielkie byłyby szanse, że dowiedziałabym się kim była Krystyna Skarbek.

Główna bohaterka była niewątpliwie postacią bardzo ciekawą i intrygującą, a jej biografia spokojnie mogłaby zostać rozdzielona na kilka osób i o każdej z tych osób moglibyśmy powiedzieć, że miała ciekawe życie.
Krystyna była kobietą odważną, momentami aż można się zastanawiać gdzie ulatywał jej strach – bo wielokrotnie zdawało się, że strachu wcale nie odczuwa.
Romansów i mężczyzn w życiu Krystyny było bardzo dużo. Czy była kokietką? Nie odniosłam takiego wrażenia. Miało się wrażenie, że Krystyna nie musi za wiele robić, nie musi uwodzić w wyrafinowany sposób – mężczyźni sami do niej lgną. Pomimo tych licznych miłostek, trudno mówić o jakiejś prawdziwej wielkiej miłości.  Czy była szczęśliwa? Nie wiem, ale nie bardzo mogłam dostrzec co tak naprawdę mogłoby być oznaką jej szczęścia. Była samotna, pomimo tego ilu mężczyzn ją otaczało. Femme fatale? Pasowałaby. Tak chyba właśnie ja postrzegam i to najtrafniej oddaje to, co o niej sądzę.

Nie polubiłam Krystyny. Niby miała cechy, które w kobietach lubię – była zaradna, samodzielna, bystra, ale przy tym wszystkim wydawała mi się mało ludzka – emocje skrywała dość dobrze, strachu nie okazywała, mężczyzn zmieniała jak rękawiczki.

Mam problem, żeby właściwie ocenić tę książkę. Faktem jest, że na powieść patrzę przez pryzmat samej postaci, głównej bohaterki – której nie polubiłam, więc pewnie podświadomie jakąś gwiazdkę mniej daję z tego powodu. Z drugiej strony – Maria Nurowska napisała tę powieść pięknie, stylowo, nie mogę się niczego doczepić. Na plus zdecydowanie jest też sam pomysł na powieść i na wykorzystanie postaci Krystyny Skarbek. To doceniam bardzo. Nie wiem, czy to tylko ja jestem taką ignorantką, że o pani Skarbek wcześniej nie słyszałam, ale choć nie obdarzyłam jej sympatią, to cieszę się, że taką postać poznałam. 

Przeczytane: 30.10.2015
Moja ocena: 6/10

piątek, 30 października 2015

"Niepewność" Lisa Gardner (77/2015)

Moja pierwsza książka Pani Gardner i mam wrażenie, że nie trafiłam najlepiej. Mało tego, że mam takie wrażenie, to mam też taką nadzieję, że „Niepewność” to tylko gorszy moment w twórczości pani Gardner. Słyszałam o tej autorce wiele dobrego więc i oczekiwałam czegoś konkretnego, z szybką akcją, z ciekawymi zwrotami, z interesującą fabułą. Tymczasem lektura była nijaka – niby ciekawa fabuła, niby jakaś akcja, ale ślimaczyło się to okrutnie. Życia w tym żadnego. Flaki z olejem w kryminale to nie jest dobra rzecz.

Tessa Leoni, pani śledcza prowadząca sprawę, jest ciekawą postacią, zdecydowanie jest to jeden z niewielu plusów tej powieści. Polubiłam ją i chętnie poczytam jej dalsze historie, mam tylko nadzieję, że kolejnym razem powieść będzie ciekawsza. 

Przeczytane: 27.10.2015
Moja ocena: 5/10

sobota, 8 sierpnia 2015

"Grand" Janusz Leon Wiśniewski (69/2015)

Hmm, troszkę się rozczarowałam. Nie porwało mnie to, końcówkę to już właściwie męczyłam.
Szybko się to czytało, ale za wiele po tej lekturze nie pozostanie we mnie, uleci ona szybciutko w zapomnienie.

Na plus – to, że głównym bohaterem jest hotel – budynek, a nie ludzie.
Na minus – miałkość postaci, ich historii. No owszem, są to ‘jakieś’ historie, życiowe nawet, bardzo różne – ale co z tego? Co ma to wnieść? Co powinnam wynieść z tej lektury? Nie wiem. Rozumiem, że autor aspirował do powieści z wyrazistymi, psychologicznymi portretami bohaterów, ale wg mnie wyszedł z tego nudnawy zlepek kilku różnych opowieści. Było kilka wątków, które mnie zainteresowały – historia Luby i jej miłości, momenty z opowieści bezdomnego Lichutkiego (zapamiętałam zdanie, w którym Lichutki opisuje, jak reagują na niego ludzie, gdy np. wchodzi do sklepu, gdy ludzie go mijają itp. – i tak, przyznać muszę – choć nie ze wszystkim się zgodzę i często inne pobudki mną kierują – ale tak, bardzo podobnie reaguję na włóczących się bezdomnych). Ale to tylko momenty, które absolutnie nie spowodowały, że ta powieść będzie dobra w mym odczuciu.

Nie czytałam nic innego tego autora, spróbuję z czymś jeszcze i mam nadzieję, że trafię na coś lepszego. 

Przeczytane: 4.08.2015
Moja ocena: 5/10

sobota, 1 sierpnia 2015

"Cujo" Stephen King (67/2015)

Wciągająca, momentami przerażająca, jeszcze częściej zwyczajnie obrzydliwa. I smutna.

Pierwsza połowa książki to część obyczajowa. Poznajemy historię kilku mieszańców Castle Rock, zróżnicowaną mieszankę osobowości – od pijaczka, poprzez zastraszoną żonę, do niby szczęśliwej rodzinki, ale ze zdradą w tle. Przez te prawie pół książki nie dzieje się w zasadzie nic, co mogłoby przerażać, a jednak napięcie jest nie mniejsze niż w dalszej części powieści. A wszystko to za sprawą psa. Psa, który już na początku powieści zostaję kąśnięty przez nietoperza. I już wiemy, że dobrze dla psa to to się nie skończy. Szybciutko staje się jasne co psu jest – ale nic się właściwie nie dzieje. Właściwie więc, to pierwsze pół książki, to takie oczekiwanie – kiedy wreszcie zaczną się dziać straszne rzeczy? Bo że się zaczną dziać – to jest jasne. Autor niemniej nie ułatwia nam tego oczekiwania. Czytamy o kolejnych problemach dnia codziennego mieszkańców Castle Rock, o ich oczekiwaniach, rozczarowaniach, troskach, mając ciągle gdzieś w myślach psa, który powoli włóczy się po okolicy.
No i nagle (hmm, właściwie w połowie książki, więc ‘nagle’ nie jest chyba najlepszym tu określeniem) zaczyna się robić strasznie. A jak już zaczęło się robić strasznie – to nie przestało, aż do ostatniej strony. Tyle tylko, że pod koniec strach zaczyna przeistaczać się w smutek. Bo naprawdę smutno powieść się kończy, byłam bardzo niepocieszona kończąc czytać powieść. W tej drugiej części książki – która z obyczajówki zamienia się w ‘film akcji’ dzieje się tyle, że nie sposób przerwać czytania. Pochłania całkowicie, zwłaszcza, ze autor nieco się nad nami znęca – suspensy, w każdej właściwie groźnej akcji, King opanował tu do perfekcji. Jak już jest bardzo niebezpiecznie, nerwowo i właściwie tylko czekamy na tragedię, King włącza pauzę i raczy nas opowieściami o problemach służbowych jednego z bohaterów, a innym razem o wizycie zastraszonej żony u swej siostry. Więc czytamy szybko – żeby tylko te ‘wątki poboczne’ jak najszybciej przejść i wrócić do wyczekiwanej akcji. Swoją drogą, te wątki poboczne są ciekawe, zróżnicowane, przedstawiające niełatwe codzienne decyzje dobrze skonstruowanych bohaterów; nie są tylko zapychaczem stron, jak to czasem bywa gdy autor chce na chwilę zawiesić akcję.

Nie mam zbyt dużego porównania z innymi książkami Kinga, bo nie znam ich za wiele. Poza tym, każda którą czytałam, jest inna od kolejnej. Nie mamy tu właściwie nic nadprzyrodzonego, przedstawione wydarzenia są realne i przy dość nieszczęśliwym zbiegu okoliczności, możliwe do wydarzenia się (pomijając momentami okropną głupotę bohaterów i kilka przedziwnych technicznych spraw).

Po tej udanej lekturze, chętniej spoglądam w stronę półki z innymi powieściami Stephena Kinga.

Przeczytane: 1.08.2015
Moja ocena: 8/10

piątek, 10 lipca 2015

"Złote nietoperze" Grażyna Jeromin-Gałuszka (59/2015)

Losy Matyldy i Lory łączą się po śmierci Mateusza.
Matylda mieszkała z Mateuszem, ale żyła niejako obok niego. Zamieszkali razem, bo jak twierdził Mateusz, ktoś powinien domu pilnować. Lora zjawia się po śmierci Mateusza i twierdzi, że była jego żoną. Krótkotrwały spokój Matyldy zaburza to nagłe pojawienie się Lory.

Podobało mi się i sama jestem zaskoczona, że to mówię. Zaczynało się nijako, cienko wręcz. Historia była nudna, naciągana, naiwna. Ale, choć historia pozostała naciągana i naiwna, to rozkręciła się całkiem przyjemnie.
Powieść pokazuje jak zakręcone mogą być ludzkie losy, jak bardzo można kogoś nie znać, mieszkając z nim pod jednym dachem i jak, wbrew przypuszczeniom, można tęsknić za kimś, kto jest od nas tak inny jak pies od kota. Lora i Matylda są kompletnymi przeciwieństwami, ogień i woda, i pomimo trudnych początków, zaprzyjaźniają się. Lubię takie historie, gdzie żadna ze stron nie chce przyznać się do tego, ale skoczyłaby za drugą w ogień. Tak jest właśnie w tej książce i wyszło to naprawdę sympatycznie. Jedynie to historia z Mateuszem jest, delikatnie mówiąc, grubymi nićmi szyta (tak na marginesie, czy tylko mi Matylda i 

Mateusz skojarzyli się z Matyldą i Mateuszem z „Ani z Zielonego Wzgórza”?)

To pierwsza książka pani Grażyny jaką czytałam i choć nie jest to może najwybitniejsza literatura, to jakoś tak miło mi się to czytało, dlatego chętnie poczytam coś więcej tej autorki (zwłaszcza, że jak niedawno doczytałam, „Złote nietoperze” to jej debiut – zakładam, że autorka rozwija się wraz z kolejnymi powieściami!)

Przeczytane: 6.07.2015
Moja ocena: 6/10

piątek, 26 czerwca 2015

"Ulubione rzeczy" S.J. Bolton (53/2015)

Bardzo mi się podobało!
Akcja toczy się szybko, cały czas się coś dzieje, nie zwalnia nawet na chwilę. Kiedy już myślimy, że coś „wow” się wydarzyło, za niedługą chwilę dzieje się jeszcze większe „wow” i to z takiej strony, z jakiej się nie spodziewamy. Dawno nie czytałam kryminału z aż tak szybką akcją! Dobrze, że akurat miałam troszkę więcej czasu, bo oderwać się od tego ciężko było. Dwa dni i po książce.

Podobało mi się wplecenie historii Kuby Rozpruwacza w tę historię. Aż nabrałam chętki, żeby coś typowo o nim samym poczytać – muszę poszukać jakiejś prawdziwej historii o nim.

Podobało mi się, jak są skonstruowani bohaterowie, styl, jakim autorka się posługuje, szczegóły dotyczące Londynu. Choć czasem było tego sporo, nie były to tylko nużące opisy, a wątki czemuś służące.
Lubię też od czasu do czasu poczytać książki gdzie narratorem jest główny bohater, a że dawno takiej powieści nie czytałam – tym większą frajdę sprawiła mi lektura „Ulubionych rzeczy”, gdzie to właśnie Lacey opowiada nam swoją historię.

Nie wiem jeszcze czy lubię główną bohaterkę, Lacey. Dobrze to wykreowana postać, ale sympatii mojej jeszcze jednoznacznie nie zdobyła. Póki co, jej historia jest jak dla mnie nieco zakręcona, nie wiem, czy nie za bardzo udziwniona. Fakt, że jeszcze takiego czegoś nie było wśród bohaterów cykli kryminalnych (spośród mi znanych), więc plus za taką nowinkę. Ale zanim wyrobię sobie zdanie w tej kwestii, przeczytam kolejną część. Może dalej sama bohaterka bardziej mnie do siebie przekona niż dotychczas.

Naiwne były też niektóre akcje policji, czy może nawet bardziej – samej Lacey. Po co ona czasem sama coś kombinowała? Pchała się nieuzbrojona w niebezpieczne miejsca? To nawet ja bym wiedziała, że tak się nie robi :) Ale, ale – te minusiki nie zaburzają mojej całościowej, bardzo dobrej opinii o tej książce.

Przeczytane: 25.06.2015
Moja ocena: 7/10

sobota, 20 czerwca 2015

"Śnieżka musi umrzeć" Nele Neuhaus (51/2015)

Bardzo udany kryminał!
Jeden z lepszych jakie ostatnio czytałam, właściwie wszystko się tam zgadzało.
Wciągnęło mnie bardzo od samego początku, tak byłam ciekawa dalszego rozwoju akcji,  że poza czytaniem, słuchałam też audiobooka, żeby szybciej dowiedzieć się co będzie dalej :) (dobrze czytany przez Maję Ostaszewską).

Spodobał mi się styl i język, jakim książka jest napisana. Ciekawa historia kryminalna, rozbudowana, ale nie przekombinowana. Intryga wciągająca, kilka momentów zaskakujących. Zaskoczeniem dla mnie też było zakończenie i winny. Bohaterowie wyraziści, każdy inny, charakterystyczny.

Polubiłam również parę głównych bohaterów – policjantów. Naprawdę są fajni. Sięgając po książkę wiedziałam, że to część cyklu i wiedziałam, że to nie jest pierwszy tom, więc pewnie sama sobie kilka wątków z życia prywatnego tej dwójki uprzedziłam, ale to nic nie szkodzi – z wielką chęcią przeczytam wcześniejsze i późniejsze tomy z ich przygodami. Mam nadzieję, że pozostałe książki z nimi są równie dobre jak „Śnieżka”. Polecam!

Przeczytane: 19.06.2015
Moja ocena: 8/10

niedziela, 31 maja 2015

"Tajemnica Abigel" Magda Szabó (49/2015)

Szkoda, że nie trafiłam na tą książkę wcześniej, kiedy sama byłam w szkole. Myślę, że jeszcze bardziej mogłabym wczuć się w rolę Giny i historię czytałabym z wypiekami na twarzy, nie mogąc doczekać się, co będzie dalej. Teraz na książkę trafiłam przypadkiem, pojęcia nie miałam o czym książka jest. Przekonana byłam, że to książka zupełnie ‘dla dorosłych’, ale absolutnie nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Wypieków na twarzy przy lekturze może i nie miałam, ale naprawdę ciekawiło mnie jak potoczą się losy głównej bohaterki. Dobrze zbudowane postacie, każda ze swoim charakterkiem. Lubię książki z akcją w czasie wojny, zwłaszcza te, które ukazują życie zwykłych ludzi w tym okresie. Wiadomo, że można przeczytać setki książek o życiu ludzi w tamtym czasie i każda będzie inna, w zależności od wieku głównego bohatera, tego kim on jest, gdzie żyje, kim są jego bliscy. Tu mamy węgierską dziewczynkę, która z niezrozumiałych dla niej powodów zostaje przez ojca wysłana na pensję, gdzie surowa diakonisa i niezbyt przychylne koleżanki nie umilają jej życia.

Powieść ukazuje rożne aspekty dorastania w czasie wojny. Gina, która dostatnio żyła z ojcem i miała ukochaną guwernantkę Marchelle, nagle zostaje pozbawiona luksusów i musi przywyknąć do życia na pensji, w zupełnie innym mieście niż jej rodzinny Peszt. Praktycznie z dnia na dzień jej codzienność zmienia się o 180 stopni. Inni ludzie wokół, inne wymagania, inne obowiązki, inny poziom życia i ‘luksusów’.

Imię Abigel w tytule jest nieco mylące – nie jest to główna bohaterka książki, nie od razu pojawia się w treści, jest istotna, ale nie odgrywa szczególnie znaczącej roli. Nie wiadomo kim jest – dopiero pod koniec powieści zagadka zostaje rozwiązana.

Ciekawie i dobrze napisana, przyjemnym językiem. Podobało mi się.

Przeczytane: 30.05.2015
Moja ocena: 7/10

piątek, 22 maja 2015

"Życie na pełnej petardzie czyli wiara, polędwica i miłość" ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka (46/2015)

Po pierwsze – pięknie to wydana książka. Niby nic specjalnego, ale estetyka bardzo mi się podoba.

Po drugie – fajne, bardzo mi się podobało. I znów – niby nic specjalnego, wywiad jak wywiad, w miarę ‘normalne’ pytania, a jednak pozwala dokładniej poznać życie księdza Jana. Ksiądz Jan spokojnie i szczerze opowiada jak było i jak jest w jego życiu. Mówi o niezbyt religijnej rodzinie, o imprezach i balangach, o tym jak dojrzewał do powołania. Niby nic specjalnego, kolejna autobiografia w wywiadzie, ale urzekająca. Oderwać się od czytania nie mogłam, wciąga bardzo.

Podoba mi się zdroworozsądkowe podejście księdza Jana do życia, do Kościoła, do katolicyzmu, choć nie ze wszystkim się zgadzam. Niemniej zawsze doceniam, że ktoś (czy to ksiądz, czy policjant, czy nauczyciel) potrafi krytycznie spojrzeć na własne środowisko i szczerze mówić o tym co jest złe, co należy zmienić, a co należy promować i czym się szczycić.

Zapewne nie wszystkim księżom i nie wszystkim ‘katolikom’ słowa księdza Jana będą się podobać. Ale gorąco go (i innych księży) popieram w mówieniu prawdy o tym jak jest i odżegnywaniu się od ‘pluszowych’ katolików, nie rozumiejących sensu swojej wiary, wierzących powierzchownie (nie zawsze wiedząc w co wierzą tak naprawdę) i poza kościołem zachowujących się zgoła inaczej niż na chrześcijanina przystało.

Na koniec choroba księdza – nie jakaś grypa, nie kaszel, a rak. I to jeszcze jaki – nie dość, że rak mózgu, to najgorszy jaki może się trafić. A więc jest choroba, potężna, śmiertelna (i to śmiertelna w perspektywie właściwie miesięcy, a nie lat), ale właściwie przez większość książki, kompletnie nie można odczuć potęgi choroby, na jaką ksiądz Jan cierpi. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale mam wrażenie, że gdybym chorowała na taką chorobę, to chyba nie potrafiłabym myśleć o niczym innym, pracować w miarę normalnie. Choroba chyba przesłoniłaby cały mój świat i skupiona byłabym na tym, co mogę zrobić, by się leczyć. A postawa i słowa księdza Jana wskazują na coś zupełnie innego – on pomimo choroby, stara się żyć i pracować tak jak dotychczas, wypełniać swoje obowiązki, myśleć o innych. Niesamowicie to budujące i piękne, choć nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak musi to być trudne.

Przeczytane: 21.05.2015
Moja ocena: 8/10

sobota, 16 maja 2015

"Autopsja" Tess Gerritsen (43/2015)


Rizzoli & Isles; tom 5

Tess Gerritsen to jak dla mnie najlepsza autorka kryminałów i thrillerów, póki co podoba mi się wszystko co czytałam jej autorstwa. Odpowiada mi zarówno styl i język jakim autorka się posługuje, jak i historie, które tworzy. Nie inaczej jest z „Autopsją”, choć nie przebija ona wg mnie lepszego „Chirurga”, „Skalpela” czy „Sobowtóra”.

O ile drastyczne sceny z książek Tess nigdy mnie nie przerażały czy zniesmaczały, tak w „Autopsji” jest nieco inaczej. Same morderstwa nadal mieszczą się w granicach mojej wytrzymałości, ale opisy brutalnych gwałtów trochę poza nie wykraczały. Aż mnie ciarki przeszywały, jak czytałam co wyprawiano z tamtymi kobietami.

Podobało mi się znów subtelne wplecenie w opowieść wątków z życia prywatnego detektyw Rizzoli i dr Isles. Subtelne, ale dokładnie opowiedziane, nie po macoszemu tylko zahaczone. Lubię obie bohaterki, lubię więc czytać co u nich się dzieje, choć doceniam, że ich życie prywatne nie stanowi większości opowieści i nie przysłania kryminalnej treści książki.

Polecam, a ja tymczasem powstrzymuję się od połknięcia na raz pozostałych części cyklu (nie chcę, żeby za szybko mi się skończyła przyjemność czytania o Rizzoli i Isles).

Przeczytane: 13.05.2015
Moja ocena: 7/10

niedziela, 10 maja 2015

"Kaznodzieja" Camilla Läckberg (41/2015)

Saga o Fjällbace; tom 2

Książka i bohaterowie wydają mi się sympatyczni, dlatego trudno mi napisać co o tej powieści sądzę naprawdę… Powiem tak – podobało mi się to jako powieść obyczajowa, nie podobało mi się to jako kryminał. Co dla powieści kryminalnej jest raczej średnim komplementem…

Nie czytałam tego z wypiekami na twarzy, z niecierpliwością, co będzie dalej, kto się okaże dobry, kto zły. Mało tego, nawet niewiele mnie to interesowało. Bardziej „reagowałam na wątki obyczajowe, na to kto znów wepchnie się z wizytą do Eriki i Patrika, albo czy Erica już urodzi, czy dopiero za chwilę. Nie były to najlepsze wątki obyczajowe świata, nie trudno znaleźć lepsze, ale były one sympatyczne, przez co moja ocena całej powieści jest ciut lepsza.

Sam język i styl nie jest zły, ale też nie jest specjalnie wyszukany.

Póki co, głównych bohaterów jeszcze lubię. Jak będzie dalej – zobaczymy.

Przeczytane: 9.05.2015
Moja ocena: 5/10

sobota, 11 kwietnia 2015

"Błękitny zamek" Lucy Maud Montgomery (35/2015)

Historia naciągana? Tak. Mało rzeczywista? Tak. Naiwna? I owszem. Przewidywalna? Jak najbardziej. Jednak w tym przypadku, ta nierealność, naiwność i przewidywalność nie przeszkadzała mi nic a nic cudnie bawić się czytając tę książkę. Uwielbiam książki z akcją w tamtych czasach, a ta była piękna.

Do tej pory tej autorki czytałam jedynie cały cykl „Ani z Zielonego Wzgórza” (mojego absolutnego książkowego numeru 1), bałam się trochę czy spodobają mi się inne jej powieści, ale „Błękitny zamek” zauroczył mnie całkowicie. To wciągająca, ciepła, pełna uroku, wzbudzająca wiele różnych uczuć powieść. Choć dalsze wydarzenia przewidzieć można było od początku, to nie sposób było okiełznać emocje i powstrzymać się od złości na matkę (i właściwie całą rodzinę) Valancy. Gorąco kibicowałam dziewczynie, trzymałam za nią kciuki, cieszyłam się z budzącej się w niej asertywności. Nie wytrzymałabym ani minuty z rodziną Valancy, zapewne dość szybko zostałabym czarną owcą troszczącej się o wszystko familii. Tym bardziej cieszy mnie zakończenie powieści – bajkowe, ale urocze :) Polecam!

Przeczytane: 9.04.2015
Moja ocena: 9/10 

piątek, 3 kwietnia 2015

"Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi" Rafał Kosik (31/2015)

Czyli znów czytam młodzieżowo i to młodo młodzieżowo :)
Nie do końca mi się to podobało. Od połowy to już autentycznie nudziło. Nie sądzę, że to z powodu wieku (w teorii, to książka zdecydowanie nie dla mnie), bo Harry Potter, Dzieci z Bullerbyn czy Ania z Zielonego Wzgórza nadal mnie zachwycają.

Nie sposób uniknąć skojarzeń z Harrym Potterem, Hermioną i Ronem, to rzuca się w oczy dość szybko. Jest to fantastyka, choć inna niż w Harrym. Nie ma tu nic wyrazistego, książka dość zachowawcza, nie jeden raz miałam wrażenie, że pisana tak, by nie narazić się zbyt wielu osobom.

Biorąc pod uwagę wiek czytelników, do jakich kierowana jest ta książka, nie podobały mi się niektóre z padających w treści stwierdzeń jak np. to, że idealny wieczór filmowy równa się coli, chipsom i popcornowi (przecież to już jest passé i coraz mniej dzieci bezkarnie może obżerać się chipsami zapijając je colą) lub to, że w świętach Bożego Narodzenia najważniejsze są prezenty.

No a poza tym, to nudziło mi się od połowy i tylko wypatrywałam końca. Nie wiem, czy sięgnę po kolejne tomy z tego cyklu. Jakoś nic specjalnie mnie do tego nie zachęciło…

Przeczytane: 1.04.2015
Moja ocena: 5/10

piątek, 27 marca 2015

"A.B.C." Agatha Christie (30/2015)

Pierwsza dama światowego kryminału potwierdza, że przypisany jej tytuł należy jej się bez dwóch zdań.

Kryminał na poziomie innych jej powieści, które do tej pory czytałam. Standardowo, zgadnąć kto jest sprawcą zbrodni nie sposób (przynajmniej dla mnie). Podobało mi się tutaj, że morderca bawi się z Poirotem w kotka i myszkę i to, że ilość popełnionych zbrodni zależeć miała nie tylko od samego przestępcy ale również od Poirota – od tego jak szybko wydedukuje kto się za tymi sprawkami kryje. Oczywiście, Herkules Poirot znów wykazał się niezwykłymi zdolnościami dedukcyjnymi. Czyli wszystko w powieści było tak, jak być powinno. 

Przeczytane: 25.03.2015
Moja ocena: 7/10

środa, 25 marca 2015

"Słodka przynęta" Ian McEwan (29/2015)

Nie bardzo wiem, jak ocenić i opisać książkę, która nie wzbudziła we mnie żadnych, kompletnie żadnych emocji. Ani mi się podobała, ani nie podobała. Bardzo nijaka.
Wysłuchałam audiobooka, dobrze czytanego przez Marię Seweryn i to właściwie pozytywna rzecz, jaką mogę o „Słodkiej przynęcie” powiedzieć, choć szkoda, że to co pozytywne, nie dotyczy samej treści książki.

Sam początek nawet mnie zaintrygował – lata 70. XX wieku, Wielka Brytania, młoda kobieta, wybierająca się na nietypowe wówczas dla kobiety studia matematyczne, do tego uwielbiająca czytać, rozpoczynająca się powoli jej kariera szpiegowska. Miało to potencjał, ale efekt końcowy w moim odczuciu jest kiepski. Wyszła z tego nieco przegadana, z wieloma nie wiadomo po co opowiedzianymi wątkami powieść obyczajowa. Fakt, że bohaterka jest szpiegiem, nie czyni z książki powieści szpiegowskiej.

Główna bohaterka, Serena, wydawała mi się dość sztuczną i naciąganą postacią. Nie pasowały mi do niej historie, które ją spotykały. Nawet jej młody wiek mi do niej nie pasował – w którymś momencie w książce padło, że Serena ma 23 lata, i muszę przyznać, że bardzo mnie to zaskoczyło. I to właściwie, oraz zakończenie, to jedyne rzeczy, które mnie w powieści zaskoczyły. Trochę mało jak na całą powieść. A skoro mowa o zakończeniu – no to jak wspomniałam – dla mnie zaskoczenie. Choć szczerze mówiąc, przez chwilę zwątpiłam, czy to na pewno koniec. Brakowało mi reakcji Sereny na to, co zostało powiedziane. Niemniej, element zaskoczenia był i to jest na plus tej powieści.

Przeczytane: 24.03.2015
Moja ocena: 5/10 

piątek, 20 marca 2015

"Księżniczka z lodu" Camilla Läckberg (27/2015)

Saga o Fjällbace; tom 1

Podobało mi się.
Z kryminałami mam tak, że oceniam je z dwóch punktów widzenia – po pierwsze jako powieść w ogóle, skupiając się na języku, stylu pisania, bohaterach, sposobie prowadzenia akcji, umiejscowienie jej, itp., a po drugie – na samym wątku kryminalnym, pomyśle autora na historię.
W „Księżniczce z lodu” zdecydowanie podobało mi się to pierwsze. Drugie uważam za dobre, aczkolwiek nie wybitne czy też powalające na kolana.

Spodobał mi się styl i język jakim posługiwała się autorka (to moja pierwsza książka Läckberg, więc nie wiem, czy podobny styl jej we wszystkich jej książkach).
Akcji i wątkowi kryminalnemu nie mam nic konkretnego do zarzucenia, było to ciekawe, interesujące, ale nie zwala z nóg. Choć właściwie słowo ‘akcja’ nie do końca tu pasuje. Sama historia dzieje się dość wolno. Nie ma nagłych, zaskakujących zwrotów akcji. Nie ma genialnych, przychodzących znikąd pomysłów głównych ‘śledczych’ (co wg mnie jest dużym plusem). Ale to właśnie, w kontekście małego miasteczka, w którym to wszystko się dzieje, podobało mi się.
I choć tutaj wszystko właściwie jest zwyczajne – małe miasteczko, zwykli mieszkańcy, zwyczajne życie – to nic nie było nudne i razem zgrywało się w spójną całość.

O kolejnych częściach słyszałam sporo negatywnych opinii, ale zachęcona „Księżniczką…” sięgnę po kolejne tomy, zwłaszcza, że lubię cykle z powtarzającymi się głównymi bohaterami. 

Przeczytane: 19.03.2015
Moja ocena: 7/10


środa, 18 marca 2015

"Miesiąc miodowy" James Patterson, Howard Roughan (26/2015)

Podchodziłam do tej książki jak pies do jeża… Zrażał mnie tytuł, który świadczył, że czeka mnie naiwne romansidło, a takowych nie znoszę. Niemniej, tytuł wyzierał na mnie od dłuższego już czasu, wiecznie odkładany na później, z coraz to większymi wyrzutami sumienia, że sięgam po coś nowego, co dopiero nabyłam, a ta biedna książka przepychana jest co chwilę na koniec ‘kolejki’. No więc postanowiłam te własne wyrzuty sumienia zlikwidować i zabrać się za tą powieść. I dobrze zrobiłam!

Nie jest arcydzieło gatunku, ale z pewnością jest to wciągająca powieść sensacyjna, z wątkami kryminalnymi. Dobrze i szybko książkę się pochłania, wraz z główną bohaterką, Norą, lawiruje się pomiędzy jej dwoma życiami i nieczystymi zagrywkami. Przebiegła z niej kobietka, dość zuchwała, sięgająca po to, czego tylko zapragnie.

Jest w książce kilka niejasnych momentów, nie do końca realnych, ale reszta treści była na tyle wciągająca, że nie skupiałam się na tych pojedynczych niuansach.

Z zaskoczeniem dla samej siebie, mogę stwierdzić, że książka mi się podobała.

Przeczytane: 16.03.2015
Moja ocena: 7/10

niedziela, 15 marca 2015

"Portret Doriana Graya" Oscar Wilde (24/2015)

Rzadko zdarza mi się, żebym nie wiedziała, co o przeczytanej książce powiedzieć, a tak właśnie jest w tym przypadku.
Książka to absolutny klasyk, przepełniony mądrymi myślami, ale w odróżnieniu od współcześnie pisanych książeczek z życiowymi mądrościami, „Portret…” z niesamowitą łatwością łączy wszystkie te mądrości w jedną, spójną i logiczną całość, przez co nie są oderwanymi od siebie pustymi hasłami, a zgrabnie tworzą naturalnie wyglądającą część powieści.

Przedziwnym jest to, że jednym z głównych bohaterów powieści jest portret. Portret, który przez większość całej historii jest zamknięty w nieużywanym pokoju. Mimo tego zamknięcia, portret jest przeklęty i wyrządza nieopisane szkody z życiu Doriana. Oczywiście, portret sam w sobie niczemu winny nie jest. To Dorian, mężczyzna piękny, młody, beztroski pragnie zawsze taki pozostać, nawet za cenę swej duszy. I po części tak też się staje. Od tej pory to właśnie na portrecie widać ślady codziennego życia, to portret się starzeje, przybywa mu zmarszczek. Dorian natomiast pozostaje młody. Niestety, wewnętrzne piękno i beztroska gdzieś się ulatniają, zapewne wraz z tą „zaprzedaną” duszą.

Niesamowita jest fascynacja malarza Bazylego, a później Harrego, postacią Doriana. Nie sposób było w tych momentach nie wspomnieć na homoseksualną orientację Wilde’a i subtelne nawiązanie do tejże orientacji w „Portrecie…”.

Powieść ponadczasowa, ukazująca upadek człowieka spowodowany wewnętrznym zepsuciem. Takie rzeczy się działy kiedyś i dziać się będą, jedynie wyraz upadku przybiera inną formę wraz ze zmieniającymi się czasami.

Przeczytane: 14.03.2015
Moja ocena: 8/10

piątek, 13 marca 2015

"Zaginiona dziewczyna" Gillian Flynn (23/2015)

Ku mojemu zaskoczeniu – książka ta nawet mi się podobała. Może to dlatego, że nie miałam żadnych oczekiwań. Wręcz przeciwnie – nastawiałam się na wielkie rozczarowanie (bo takie zazwyczaj mnie spotyka, kiedy sięgam po zachwalane wszem i wobec bestsellery).

Przede wszystkim, podobał mi się sposób prowadzenia narracji, pokazanie wydarzeń z dwóch stron – Amy, zaginionej dziewczyny i Nicka, jej męża.
Czytałam zarzuty, że książka, a zwłaszcza jej pierwsza część jest przegadana, że za dużo szczegółów. A mi się to właśnie podobało. Nie rzuciło mi się w oczy zbyt wiele fragmentów, które z czystym sumieniem mogłabym z książki usunąć. Fakt, trochę czekałam, kiedy wreszcie coś konkretnego się wydarzy, ale w tej powieści to ‘czekanie’ absolutnie mi nie przeszkadzało.

Przemyślana postać Amy jest niesamowicie intrygująca. Przerażają mnie takie osoby, aż strach myśleć, że ktoś taki może istnieć naprawdę i żyć obok nas.

Nie pamiętam, kiedy zorientowałam się kto jest ‘sprawcą’, na pewno nie było to po kilku stronach, jak niektórzy twierdzą, że tyle im zajęło odgadnięcie co i jak. Niemniej, przez jakiś czas po tym, jak już właściwie było jasne kto i co, to wypierałam to z głowy, mając nadzieję, że może jednak jeszcze coś się zmieni. Swoją drogą, sama nie wiem, czy bar)dziej przerażające jest to, że inteligentni ludzie potrafią mieć takie problemy psychiczne, czy to, że ludzie z problemami psychicznymi potrafią być tak inteligentni. Bo żeby takie coś wymyślić, to i trzeba ‘mieć z głową’ (przepraszam za kolokwializm, ale bardzo mi on tu pasuje…), ale też trzeba być bardzo inteligentnym.

Oczywiście, dostrzegam fakt, że wiele z przedstawionych wydarzeń jest mało realnych, niektóre historie grubymi nićmi szyte. Poza tym, ja wiem, że są zbrodnie przygotowywane latami, że ktoś nosi w sobie dziwne historie długi czas, ale mimo wszystko, wydarzenia z „Zaginionej dziewczyny” w prawdziwym życiu trudno mi sobie wyobrazić.

Nie podobało mi się samo zakończenie – nie tak wyobrażałam sobie dalsze losy bohaterów. Ale cóż, można na to spojrzeć z pozytywnej strony i stwierdzić, że autorka mnie zaskoczyła :) No i liczę się z tym, że nie każde zakończenie w każdej książce musi być po mojej myśli.

W każdym razie – arcydziełem tego w żadnym wypadku nie nazwę, ale rozczarowana nie jestem i przyznaję, że nawet mi się to podobało.

Przeczytane: 13.03.2015
Moja ocena: 8/10

niedziela, 8 marca 2015

"Łowcy głów" Jo Nesbø (22/2015)

Wynudziłam się okrutnie podczas tej książki. Nie zdarzyło się w tej książce absolutnie nic, co byłoby w stanie z tej nudy wyrwać mnie choć na chwilę. Książka nie jest zbyt długa, ale z utęsknieniem wyczekiwałam końca.

Język i styl troszkę inne niż w serii o Harrym Hole. Momentami nawet lepsze. Zdecydowanie mniej tych nieakceptowalnych dla mnie rozwlekłych, wyszukanych i bzdurnych metafor. Ale całość – nudna. O ile Harrego nie lubię, stylu Nesbo w Harrym nie trawię, język mnie drażni, a te debilne metafory to już w ogóle porażka, to przynajmniej same historie są wciągające i czyta się te książki szybko. Tutaj nie było nic porywającego, historia durna, nie podobała mi się, nic mnie w niej nie zainteresowało, żadnego dreszczyku emocji.

Dochodzę do wniosku, że sam Nesbo chyba musi być bardzo niepewny swoich historii, skoro nie potrafi napisać kryminału bez scen seksu, które zakładam, że zawsze kogoś przyciągną (cóż się sprzeda jak nie seks). Jak już pewnie niektórzy z Was wiedzą, bo nie raz o tym piszę, dla mnie kryminał to nie miejsce na wstawianie mniej lub bardziej ckliwych wątków miłosnych tudzież seksualnych. A u Nesbo to chyba niestety idzie w parze i dlatego (między innymi) nigdy się nie dogadamy.
Totalnie rozwalił mnie poniższy fragment i od tego momentu straciłam resztki nadziei, że „Łowcy głów” mi się spodobają:
„Uniosłem się na rękach i z niedowierzaniem, przerażony patrzyłem na punkt, w którym łączyły się nasze ciała. Jej pochwa kurczyła się tak, jakby chciała mnie z siebie wypchnąć, a Lotte głęboko stękała, wydawała niemal ryk, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałem, i zaraz nadeszła następna fala. Woda dosłownie się z niej wylewała, ściekała między naszymi biodrami i spływała na materac, który jeszcze nie zdążył wchłonąć tamtego pierwszego zalewu. 
O Boże, pomyślałem. Przedziurawiłem ją. Mój mózg w panice szukał związków przyczynowo-skutkowych.
Ona jest w ciąży. A ja właśnie przebiłem ten pęcherz, w którym spoczywa płód, i teraz wszystko wsiąknie w łóżko.”

Nie, zdecydowanie nie podobało mi się.

Przeczytane: 6.03.2015
Moja ocena: 3/10


sobota, 7 marca 2015

"Dom na klifie" Monika Szwaja (21/2015)

Ciepła to książka, zabawna, dobra, tyle tylko, że niesamowicie nierealna z naiwnymi historyjkami :) W tym przypadku to nie zarzut, bo całość tworzyła zgrabną historyjkę, wesołą, dobrze się czytającą, ale w takie przypadki w realnym życiu to nie ma co wierzyć, co stwierdzam z przykrością :)

Mamy oczywiście happy end, choć nie od początku się na niego zanosi. Sytuacja nie jest łatwa, Zosia jest niezamężną kobietą, która już patrzeć nie może na warunki w domu dziecka, w którym pracuje. Chciałaby założyć rodzinny dom dziecka, no ale do tego potrzebna jest rodzina (czytaj: mąż, którego Zosi brak), miejsce na dom dziecka (którego również Zosi brak), chody u lokalnych władz (no i tego też Zosi brak). No lekko nie jest. Ale nagle pojawia się Adam, którego spadek od cioci, praca w telewizji, no i on sam, mogą zaradzić każdemu w wymienionych Zosinych ‘braków’. Zaczyna się od małżeństwa z rozsądku, kończy na miłości.

Temat poruszany w książce nie jest tak całkiem miły i przyjemny – domy dziecka, te państwowe kontra rodzinne. Udusić by się chciało dyrektorkę domu dziecka, kiedy się o jej ‘milutkich’ postępkach czytało. Do tego uroczy, zabawny język, pośmiać się można. No czyż nie brzmi to cudnie:
„Zosia Czerwonka była naładowana kompleksami po same uszy (...) Nie poznała dotąd mężczyzny swojego życia (…) Adamowi zrobiło się trochę głupio za tych wszystkich facetów, którzy nie chcieli takiej sympatycznej Zosi. Po prawdzie, on też jej nie chciał...". Styl i język są dla mnie największą zaletą tej książki!

To pierwsza książka Moniki Szwai, jaką czytałam (chyba pierwsza, nie kojarzę nic innego), ale zapewne nie ostatnia.

Przeczytane: 3.03.2015
Moja ocena: 7/10