piątek, 26 sierpnia 2016

"Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi" Magdalena Skopek (21/2016)


Nieńcy, Półwysep Jamalski. Jak dla mnie to egzotyka większa niż dziki środek Afryki czy Ameryki Południowej. Etymologia słowa „Jamał” dość dobrze oddaje to, co po lekturze tej książki sądzę: ‘Ja’ oznacza ziemię, ‘mał’ – koniec. To rzeczywiście wygląda na koniec świata, na który to Magdalena Skopek postanowiła się samotnie wybrać. Spędziła tam dwa miesiące, a swoje przygody i spotkania z Nieńcami opisała w tej właśnie książce. Przyznam, że wcześniej nigdy o Nieńcach nie słyszałam, cieszę się, że ta książka to zmieniła.

Nie nazwałabym tej książki reportażem, a książką podróżniczą. Za dużo w treści autorki, za mało Nieńców, by nazywać to pełnoprawnym reportażem. To nie zarzut, że autorki jest dużo, nie każda przecież książka podróżnicza musi być reportażem. Wydaje mi się, że taki był zamysł – opisanie jej podróży, jej przeżyć, a nie stricte życia Nieńców, choć siłą rzeczy i to w książce znajdziemy.

Odnoszę wrażenie, że autorka, choć nie bez przeszkód, świetnie zaaklimatyzowała się w nienieckiej rzeczywistości. Robiła to, co robią mieszkańcy na co dzień, powoziła zaprzęgiem, piła krew renifera (cieplutką jeszcze!), jadła surowe mięso, ubierała się w skóry renifera. Całkowicie weszła w tamtejszy świat, co pozwoliło jej na celne obserwacje. Sądzę jednak, że gdybym to ja znalazła się na miejscu autorki, zadawałabym więcej pytań Nieńcom, chciałabym wiedzieć więcej o ich odczuciach, postrzeganiu świata, o ich podejściu do wielu spraw. Momentami opisy z autorką w roli głównej przyćmiły te właśnie kwestie, które dla czytelnika mogłyby być bardziej interesujące.

Delikatnie czepiam się podtytułu „W krainie reniferów, bogów i ludzi”.  Nie sposób uniknąć skojarzeń z książką Antoniego Ossendowskiego "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów" - to po pierwsze. Po drugie, renifery – są, ludzie – i owszem, ale bogowie? Jedna mała wzmianka nie tworzy wyobrażenia, że Jamał to kraina bogów. Nie twierdzę, że tak nie jest, ale książka tego nie oddaje. Za mało tu mistyki, enigmatyczności, niewytłumaczalności, by wspomnianych bogów upychać do podtytułu.

Chwilami nieco się nudziłam… bardziej chyba przez nużący niekiedy styl, niż samą treść.
Czasem mam wrażenie, że czytam daną książkę w złym momencie i wydaje mi się, że gdybym przeczytała ją później, mój odbiór byłby inny. Tak też było i z tą książką. Chyba czytałam ją w zbyt dużym zabieganiu, z nienależytym jej oddaniem, by w pełni docenić to co w sobie skrywa.

Przeczytane: 12.03.2016
Moja ocena: 6/10

środa, 24 sierpnia 2016

"Gaumardżos! Opowieści z Gruzji" Marcin Meller, Anna Dziewit-Meller (20/2016)

Gdyby nie to, że podróż do Gruzji marzy mi się od jakiegoś czasu, to po lekturze tej książki zamarzyłaby mi się na pewno! A może nie jestem obiektywna i to przez moje marzenie książka wydaje mi się lepsza niż jest? Mam poważne przeczucia (o nich za chwilę), że to właśnie ta druga opcja jest prawdziwsza, ale i tak, książkę i informacje w niej zawarte chłonęłam niczym gąbka!

Państwo Mellerowie zafascynowani są Gruzją od lat, czują się tam jak u siebie, mają tam przyjaciół. Na tyle im tam dobrze, że właśnie w Gruzji postanowili się pobrać. Cóż, pozazdrościć, że odnaleźli swój rajski kątek na ziemi.

Gruzja w „Gaumardżos!” to mniej krajobrazy, a bardziej ludzie i ich zwyczaje. Jest więc sporo (nawet więcej niż sporo…) o siermiężnym piciu do upadłego, o ucztowaniu według Gruzinów, o wspólnym radowaniu się przy nadarzających się okazjach. Jest też o tym, co Gruzinów kształtowało przez lata, czyli ich historia, polityka, konflikty zbrojne. Bo Gruzja to kraj może i niewielki, ale za to waleczny.  Jest też sporo ciepłych słów o Polsce i prezydencie Kaczyńskim, którego, zdawać by się mogło, zna chyba każdy Gruzin od czasu jego wizyty w Tbilisi  2008 roku.

Jak mówią sami autorzy, trudno tę książkę jednoznacznie sklasyfikować – ni to reportaż, ni opowieść. Trochę tego i tego, okraszone wspomnieniami autorów i faktami historycznymi. A wszystko to podane w sposób bardzo luźny, ciepły, przyjacielski. To właśnie te przeczucia, o których wspomniałam na początku – dla niektórych język autorów, zwłaszcza Marcina, może wydać się zbyt swojski, zbyt potoczny. Momentami przypomina to bardziej pogawędkę przy piwie, niż książkę. Często są to, powiedzmy to wprost, karkołomnie złożone zdania, luźno rzucone myśli, równoważniki zdań. To tak jakby niezobowiązująco spisywać własne przemyślenia, a potem je wydać, nie dokonawszy właściwej korekty. Ja się nie czepiam, autora i jego styl wypowiedzi lubię, sama często publikuję opinie pisane językiem bardziej niż potocznym, więc komu jak komu, ale nie mnie krytykować, że ktoś inny pisze luźno. Niemniej, zdaję sobie sprawę, że niektórych to może razić.

Jeśli jednak Gruzja Was pociąga i przy snuciu wakacyjnych planów gdzieś w głowie się pojawia, przeczytajcie koniecznie!

Przeczytane: 4.03.2016
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"Duma i zauroczenie: Powrót Rafe'a & Duma Jareda" Nora Roberts (37/2015 & 38/2015)

On spotyka ją, ona staje jak wryta, jest zauroczona; on ją całuje, „chyba się zakochałam” – myśli ona; on odrzuca myśli o miłości, bo przecież takich macho to nie dotyczy; w końcu kłótnia, rozstanie, „nie możemy być razem, nie pasujemy do siebie”, następują łzy, po kilku dniach (tudzież godzinach) oboje zdają sobie sprawę, że żyć bez siebie nie mogą i nie straszne są im przeszkody życia codziennego. I żyją długo i szczęśliwie.

Moja pierwsza książka z napisem „Harlequin” ;)
Koleżanka z pracy nalegała, przekonywała, zachwalała pod niebiosa Norę R., aż w końcu przyniosła i wręcz wepchnęła na siłę „Dumę i zauroczenie”. Zwlekałam ile mogłam, ale nie lubię pożyczonych książek przetrzymywać, a niezręcznie mi było oddać nieprzeczytaną… Po miesiącu leżakowania przyszedł czas na lekturę. 

Z zaskoczeniem stwierdzam, że choć jest to dalekie od literatury jaką lubię, to tragedii nie było. Spodziewałam się czegoś o wiele gorszego, zwłaszcza, że romansów i naiwnych love story nie znoszę. Czytało się to szybko, zakończenie było łatwe do przewidzenia, a momentami miałam ochotę wyrywać kartki, czytając te słodko-bzdurne historyjki o big love niesfornych braci. Autorka ma niewątpliwie lekkie pióro, widać, że pisze jej się swobodnie, język choć prosty (bo inny by tu nie pasował), to nie nudny czy ubogi. 

Bohaterowie to bracia-urwisy, oczywiście nieziemsko przystojni, którzy jeden po drugim spotykają miłości swojego życia, oczywiście nieludzko piękne i mądre. Każdemu z braci poświęcona jest jedna książka, tom „Duma i zauroczenie” zawiera dwie książki z cyklu – o Rafe’ie i o Jaredzie, więc zostały mi do przeczytania dwie kolejne, żeby wiedzieć już wszystko o braciach MacKade. Przeczytam, a jakże, ale za jakiś czas, tak pod rząd to nie dam rady… Za dużo lukru na raz. Oczywiście, gdybym nigdy po to nie sięgnęła, pewnie niewiele bym straciła, ale cieszę się, że przeczytałam. Teraz już wiem, czy pachnie „Harlequin” na okładce ;) Lekki przerywnik od innych, nie romansidłowych książek.

Przeczytane: 17.04.2015
Moja ocena: 6/10

sobota, 20 sierpnia 2016

"Noelka" Małgorzata Musierowicz (58/2015)

"Noelka" to część Jeżycjady, której akcja dzieje się w Wigilię. I tak, wiem, że lipiec to niekoniecznie najlepsza pora na bożonarodzeniowe opowieści, ale taka akurat pora wypadła mi na ten tom Jeżycjady. Pora porą, ale i tak mi się podobało! Pewnie czytając to w grudniu, jeszcze bardziej pochłonęłaby mnie ta historia, jeszcze mocniej czułabym zapach choinki i pichconych smakołyków w kuchni Borejków. Ale i tak na dwa lipcowe popołudnia przeniosłam się do deszczowego grudnia 1991 roku, wczuwając się w świąteczną atmosferę.

Elki, głównej bohaterki, niestety nie polubiłam zbytnio. Podpadła mi na samym początku i trudno mi już potem było zmienić zdanie o niej. Tą część Jeżycjady mam w domu, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam, żebym ją kiedyś czytała… Książeczka nie gruba, ale naładowana emocjami, przeżyciami. Radosna, cudna. No i ogromnie miło było pobyć w kuchni Borejków oraz razem z Elką i Tomkiem Kowalikiem poodwiedzać, choć na krótko, bohaterów znanych nam z poprzednich części. Spotkaliśmy więc Anielę Kowalik, teraz już Żeromską, jej wuja Mamerta, Kreskę, obecnie żonę Maćka Ogorzałki, profesora Dmuchawca, Cesię Żak i Hajduków. Jak to w święta bywa – było nostalgicznie, ale i miło. 

Książka jeszcze z tych dobrych, mądrych. Urocza.

Przeczytane: 5.07.2015
Moja ocena: 8/10

środa, 17 sierpnia 2016

"Dymna" Elżbieta Baniewicz (19/2016)

Wspaniała biografia cudownej kobiety!
Panią Annę bardzo cenię i lubię, choć teraz wiem, że do tej pory wiedziałam o tej niezwykłej kobiecie naprawdę niewiele. Podziwiam ją za jej działanie na rzecz innych (słabszych, chorych), doceniam to co robi jej fundacja dla osób niepełnosprawnych, ale też ujmuje mnie to, że nie są to tylko suche działania fundacji, ale że ona sama jest w to wszystko aktywnie zaangażowana. To nie poza ani kolejny kaprys celebrytki (jak bardzo to słowo do pani Dymnej nie pasuje!), ale to świadomie poczyniona decyzja, realizowana konsekwentnie każdego dnia.

Mało wiedziałam wcześniej o prywatnym życiu aktorki. A niełatwe to życie, muszę przyznać. Autorka opisuje momenty trudne, ale czyni to z klasą. Nie ma oceniania, generalizowania, żerowania na nieszczęściu innych. Aż dziw bierze, że ta piękna, z wyglądu krucha kobieta tyle przeszła; że w jej życiu ‘gwiazdy’ więcej cieni niż blasków.

Wzruszający jest rozdział o jej wielkiej miłości, Wiesławie Dymnym. Trudna to miłość była, choć pewnie przez to jeszcze piękniejsza. Historia ta jest subtelnie opowiedziana, bez rozdrapywania ran, ale też nieukrywająca bolesnych momentów. Niemniej wzruszająca jest opowieść o wypadku i tamtejszym okresie z życia aktorki. Dużo musiało w niej być samozaparcia i woli życia, żeby po tak trudnych wydarzeniach wyjść na prostą. Los doświadczał ją niejeden raz, ale to nie zabiło w niej kipiącej z niej dobroci. Anioł, nie człowiek.

Na swej aktorskiej drodze Anna Dymna spotykała właściwie osoby, we właściwym czasie. To również dzięki nim talent aktorki tak pięknie wychodził na światło dzienne.

Książka jest przepięknie wydana, mnóstwo w niej zdjęć, starszych i nowszych. Czytałam ebooka, ale wielokrotnie widziałam książkę w księgarniach, przeglądałam, kartkowałam, i choć lekturę mam już za sobą, to bardzo kusi mnie, żeby kupić papierowe wydanie, obejrzeć raz jeszcze dokładnie zdjęcia a potem mieć to cudne wydanie na półce.

Rzetelnie napisana, ciepła biografia dobrego człowieka. Polecam!

Przeczytane: 29.02.2016
Moja ocena: 8/10

wtorek, 16 sierpnia 2016

"Grecka mozaika" Hanna Cygler (17/2016)

Powieść zaskoczenie. Moja pierwsza tej autorki, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać. Okładka iście wakacyjna, wraz z tytułem tworzyła w mojej głowie wyobrażenie lekkiej, odprężającej książki, idealnej na letnie dni (choć ja za jej lekturę wzięłam się w lutym…). I choć powieść napisana jest lekkim stylem i czyta się szybko, to nie jest to typowe babskie, wakacyjne czytadełko.

Tytuł idealnie dobrany do treści. Mozaikę tworzą bohaterowie, miejsca i czasy w jakich dzieje się akcja powieści – są to losy Polaków i Greków dziejące się na Korfu, w Krakowie, Gdańsku, w Bieszczadach i Nowym Jorku. Jest to teraźniejszość przeplatana z przeszłością, to wspomnienia wojenne i powojenne, i historie współczesne. Wspomnienia snuje urodzony w Polsce Grek, Jannis Kassalis, którego do zmierzenia się z przeszłością nakłania spotkanie z Niną, młodą Polką przybyłą do Grecji. Początkowo sobie niechętni, nawiązują nić porozumienia i stopniowo ich relacje się ocieplają. Kim jest Nina? Tego zdradzać nie będę, dowiecie się z książki.

Bardzo zainteresowały mnie historie greckich rodzin, które w czasach wojny domowej emigrowały do Polski. Taką właśnie rodziną byli bliscy Jannisa, urodzonego w Bieszczadach. Wątek to niełatwy, doceniam, że autorka postanowiła taką historię wpleść do swej powieści, dzięki temu dowiedziałam się czegoś więcej o Grekach w Polsce. Widocznie na lekcjach historii traktujących na ten temat nie uważałam zbytnio i teraz sporo rzeczy okazywało się dla mnie nowych…

Przyznaję bez bicia – po książkę sięgałam z nastawieniem takim, jak w opisałam w pierwszym akapicie – że będzie to coś lekkiego, wręcz infantylnego i naiwnego. Tymczasem „Grecka mozaika” to powieść rzetelnie napisana, z pomysłem, z ciekawą historią i ważnymi wątkami. Emocji jest tu w sam raz – chce się brnąć dalej w treść i dowiadywać co jeszcze się wydarzy. Bardzo dobry język, w niczym nieprzesadzony, nieudziwniony ciężkostrawnymi metaforami, dialogi nie ranią uszu ani oczu. Nie znam innych książek pani Hanny, ale to co wymieniłam, świadczy o doskonałym opanowaniu warsztatu pisarskiego. Sięgając po inne jej powieści, chętnie przekonam się, czy tak jest rzeczywiście. 

Przeczytane: 26.02.2016
Moja ocena:7/10

wtorek, 9 sierpnia 2016

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins (16/2016)

Sceptycznie podchodzę do książek okrzykniętych bestsellerami i staram się nie mieć żadnych oczekiwań, kiedy już sięgam po taką powieść. Tym razem zdecydowałam się na książkę słuchaną i to był dobry wybór. Audiobook czytany jest przez Karolinę Gruszkę – lubię ją, więc nastawiona byłam dobrze. Podobała mi się jej interpretacja.

Książką nie jestem rozczarowana, czytało (słuchało) się dobrze, wciągnęło mnie, ale mimo to, nie rozumiem wszechobecnych zachwytów i aż takiego sukcesu tej powieści. Samej książce nie mogę za wiele zarzucić, jeśli już, to może bardziej wydawcy oberwałoby się za dwie rzeczy – za łatkę bestsellera i za nazywanie powieści kryminałem lub thrillerem.

Lubię podróże pociągiem, choć nie zdarzają mi się one zbyt często. Lubię obserwować zmieniające się obrazy za oknem, ludzi na stacjach, pasażerów w pociągu, zastanawiać się kim są, gdzie i po co jadą. Wielu z nas zapewne tak robi, robi też tak Rachel, główna bohaterka „Dziewczyny z pociągu”. Codziennie rano wsiada ona do pociągu do Londynu, jedzie do pracy, obserwując przez okno migające obrazy, ze szczególnym zainteresowaniem przyglądając się domowi Jess i Jasona. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że Rachel faktycznie pociągiem jeździ, ale nie do pracy, że prawie codziennie jest nietrzeźwa i że owszem, obserwuje pewną parę, ale nie dość, że nie mają oni na imię Jess i Jason, to owa Jess, czyli w rzeczywistości Megan, pewnego dnia staje się zaginiona. W ten sposób rozpoczyna się akcja powieści, a wraz z jej rozwojem dowiadujemy się coraz więcej o Rachel, Megan i Annie – trzech kobietach, których losy kształtują fabułę powieści. Wszystkie trzy postacie, a zwłaszcza Rachel, są naprawdę świetnie skonstruowane. To, czy się je lubi czy nie, to jedno, ale żadnej z kobiet odmówić nie można wyrazistości i głębi. Nie są to postacie płaskie, jednowymiarowe – każda jest bardzo jakaś, każda kryje tajemnice.

„Dziewczyny z pociągu” nie zaklasyfikowałabym jako kryminał czy thriller, jak krzyczą do nas hasła z okładki. Po kryminale oczekuję dreszczyku emocji, może nawet strachu, wartkiej akcji, okrutnych zbrodni. Tutaj tego nie ma. Zamiast tego mamy portrety psychologiczne trzech wspomnianych już kobiet – rozwódki Rachel, alkoholiczki, która sięgnęła dna i niespecjalnie chyba stara się, by od tego dna się odbić; Anny, żony Toma, byłego męża Rachel; Megan – zaginionej dziewczyny, wcześniej nazywanej Jess przez Rachel. Gdybym miała określić gatunek powieści, to jest to coś pomiędzy dramatem a powieścią psychologiczną, choć do żadnej z grup w pełnie nie pasuje. Niewątpliwie bohaterki są tu niezmiernie ważne i to ich postacie stanowią kanwę całej powieści.

Jasne, książka zasługuje na uwagę, ale nie rozumiem jednak, dlaczego Stephen King zarwał z jej powodu nockę…

Przeczytane: 23.02.2016
Moja ocena: 7/10

piątek, 5 sierpnia 2016

5na1 "Prawa i powinności" Karina Pjankowa (45/2016)

5na1 po raz piąty - lipiec 2016


Ileż ja napsioczyłam na tę powieść. Ileż to Jacek, który wymyślił jej czytanie, musiał się nasłuchać. Fraza „nie lubię fantastyki” odmieniana była przez wszelakie gramatyczne formy i czasy. Stosowana przez mnie była w co drugim zdaniu, nawet jak rozmawialiśmy o czymś zupełnie innym. Nawet nie delikatnie, bo wprost i otwarcie wyrażałam swą niepochlebną opinię o tym gatunku literackim. Tak, chciałam by wszyscy ‘umoczeni’ w projekt 5na1 zdawali sobie sprawę z krzywdy, jaka dziać mi się będzie w lipcu, w miesiącu, w którym to czytać mieliśmy „Prawa i powinności”. Podbudowywało mnie to, że dziewczyny podchodziły do tej książki podobnie. Nadszedł jednak taki moment, w którym odwlekanie lektury nie miało już sensu, więc z nieukrywaną niechęcią zabrałam się za czytanie. 

Przez pierwsze strony nawet nie próbowałam pozbyć się mojego negatywnego nastawienia, tymczasem około strony 50, ze zdziwieniem zauważyłam, że niechęci już nie ma, a ja coraz częściej się uśmiecham. Około strony setnej, choć jeszcze nie rozumiałam ‘akcji’, podczas której bohaterowie szli i szli, to regularnie wybuchałam już śmiechem, a liczba zaznaczanych cytatów, co bardziej mnie bawiących, była już potężna. Ubawiłam się przednio podczas tej lektury. 

Bohaterowie powieści Pjankowej to grupka przedstawicieli różnych ras. Poznajemy więc elfy, krasnoluda, leśną demonessę, ogra, dwupostaciową, górskiego demona i pogromcę smoków. Same smoki w powieści też się przewijają (czy też raczej przelatują). Jest też i Raywen – Władca, który początkowo ukrywa swą tożsamość przed współtowarzyszami podróży, nekromanta, a przy tym wszystkim altruista, dbający bardziej o swych przyjaciół, niż o siebie samego. Chciałoby się wręcz rzec ‘dusza człowiek’, no ale Raywen człowiekiem nie jest.

Wspomniana grupka jest początkowo dla siebie obca, jako przedstawiciele różnych ras nie przyjaźnią się, często traktują się jak zło konieczne, a już najbardziej niechciany w towarzystwie jest Raywen. Dopiero w drugiej połowie powieści współtowarzysze powoli porzucają myśli o skróceniu egzystencji irytującego ich nekromanty. Demonessa ma fochy, pogromca smoków jako swój święty obowiązek widzi wymachiwanie szabelką przed nosem smoków, jeden elf na okrągło coś je, drugi dosłownie przykleił się do Władcy i nie odstępuje go na krok, a każdy z bohaterów obdarzony został ciętym językiem. W takich to pięknych okolicznościach przyrody, bardzo powoli i niespodziewanie dla wszystkich rodzi się przyjaźń a nawet i miłość. Widzimy, jak z dnia na dzień, dla bohaterów ważniejsi stają się inni, nie oni sami, jak pod przykrywką złośliwości czai się troska. „O dziwo, mimo wysiłków demonessy Raywen nadal oddychał” – zapewniam, w tym wypadku to oznaka miłości. Kto się czubi, ten się lubi, w najczystszej postaci. 

Złośliwe pogaduszki skrywają też inne mądre stwierdzenia: 
„Bez względu na to, jak bardzo starasz się uchronić młodsze rodzeństwo przed wszystkimi nieszczęściami świata, ono i tak je znajdzie.” 

„”Nigdy” to raczej niebezpieczne słowo – uśmiechnął się ze smutkiem mag. – Lubi kłamać i zwodzić”

Obrywa się też rasie ludzkiej: 
„Umysł człowieka nie ma elfiej giętkości, lecz jeśli się wie, co robić, można kierować nawet ludźmi. Lekko wzmocnić strach przed niewiadomym, dodać nieco rozdrażnienia wmówić poczucie zagrożenia”. Jakże to dziś prawdziwe!

„Żadnej logiki… a może ludzie w ogóle nie myślą logicznie?”

Polubiłam wszystkich bez wyjątku bohaterów powieści, a to nie często się zdarza. Polubiłam też te ich złośliwo-sympatyczne wzajemne relacje, a szczególnie przywiązanie Lena do Władcy.

Język powieści jest prosty, acz uroczo cięty. Humor, ironia i sarkazm – dokładnie takie, jakie lubię.

Minusy? Owszem, są. Tak naprawdę to w powieści nic się nie dzieje. Bohaterowie idą, idą, nadal idą, trochę sobie podogryzają, dalej idą, zrobią jakąś rozróbę, po czym dalej idą. Nieco więcej dzieje się pod koniec książki, ale też trudno nazwać to wartką akcją. Pod płaszczykiem tej wędrówki dostrzegam ‘głębsze treści’, o których wspomniałam wcześniej, ale przyznam, że przeszło 500 stron to nieco dużo, jak na taki brak akcji…
Minus numer dwa – paskudna okładka. Jedna z brzydszych, jakie ostatnio widziałam. Bohaterów wyobrażam sobie zupełnie inaczej niż te stwory widniejące na okładce, wolę więc nie zastanawiać się kto jest kim. 

Jak wspomniałam na samym początku, fantasy nie znam i nie lubię (muszę to jeszcze przemyśleć i swoje nielubienie zweryfikować), moja znajomość tego gatunku ogranicza się do Harrego Pottera, nie mam więc kompletnie żadnego porównania i nie mnie oceniać jak wypadają „Prawa i powinności” na tle innych książek z tego gatunku. Jeśli jednak moje wyobrażenie o fantasy jest choć trochę zgodne z prawdą, to powieść ta jest fantasy w najczystszej postaci, z przymrużeniem oka, podszyta humorem i ironią. Jeśli ten gatunek tak ma wyglądać, to ja chcę więcej!

Nie jest to literatura na miarę Nobla, ale z pewnością dobra to rozrywka. Biorąc pod uwagę fakt, że autorka powieść wydała mając 19 lat, zastanawia mnie, czy to właśnie ten wiek, nie jest najlepszy na czytanie takich książek, ale co tam, ja uśmiałam się przy tym zdrowo.

Dziękuję przy tym Jackowi, bo bez jego szalonego pomysłu fantastyka nadal pozostawałby dla mnie czymś odległym i niezachęcającym.


Przeczytane: 4.08.2016
Moja ocena: 7/10

Język: 5 (jak na taki gatunek)
Emocje: 3 (średnia moich emocji podczas czytania /5/ i tych, które są w powieści /1,5/)
Pomysł: 3 (bez znajomości innych książek fantastycznych, trudno mi to oceniać)
Akcja: 2 (jaka akcja?)


Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:



wtorek, 2 sierpnia 2016

"Szatańskie wersety" Salman Rushdie (52/2015)

Hmm, sama nie bardzo wiem jak ocenić tę książkę…
Nie była to lektura łatwa i szybka, bo zajęła mi blisko dwa miesiące i czytałam ją jedynie w domu wieczorami. Nie nadawała się na szybkie przerywniki w kolejce w banku czy na fotelu u fryzjera. Zmęczenie i pięciominutowe wolne chwile to też nie najlepsi kompani tej lektury.

Chyba jednak spodziewałam się czegoś bardziej kontrowersyjnego. Legendy, jakie narosły wokół „Szatańskich wersetów” rozbudziły moją wyobraźnię i nastawiałam się na lekturę prawdziwie zakazanej i obrazoburczej książki, do tego pięknej pod względem literackim. Cóż, rozbudzona wyobraźnia musiała pójść spać… Pewnie inaczej bym to odbierała, gdybym była fanatyczną muzułmanką, a tak pozostałam znudzoną i rozczarowaną Europejką, chrześcijanką.

Niestety, nie wszystko w tej książce trzyma się dobrze jako całość. Autor chyba trochę przekombinował z ilością różnych poruszanych wątków i historii. Jak i ze stylem – też przesadził. Początkowo się gubiłam i choć po czasie pewne rzeczy łączyły się w całość, to niestety, nie wszystkie. I nie wszystkie też były dla mnie zrozumiałe (nie wiem, ale być może wynika to z mojej ograniczonej wiedzy o kulturze Indii i o islamie; albo po prostu za głupia jestem na tę książkę).

Powieść jest niewątpliwie wielopłaszczyznowa, co z jednej strony jest jej zaletą (doceniam), ale poniekąd też i wadą. Zakładam, że pisząc taką powieść, autor miał coś światu do powiedzenia. Co z tego, jeśli jednak to „coś” opowiedziane jest w taki sposób, że spora część zwykłych śmiertelników tego nie ogarnie? Jak wspomniałam, pewnie jestem trochę za głupia na tą powieść (zapewne nie ja jedna), ale niestety, ten zakręcony styl autora utrudniał mi jedynie zrozumienie przesłania tej książki. To nie tak, że nic z niej pojęłam – bo pojęłam, owszem, ale było to męczące. Zastanawia mnie ilość pozytywnych opinii o tej książce… Właściwie negatywnej to ze świecą szukać… i tak myślę sobie, czy większość pochlebców nie przyłączyła się po prostu do tłumu. I że skoro to takie głośne jest, to na pewno dobre, wiec chcąc nie chcąc – trzeba chwalić. Absolutnie nie twierdzę, że z każda pozytywną opinią tak jest, ale coś mi się zdaje, że z niejedną.

Nie podaję w wątpliwość tego, że ważna i dobra to książka. Ale też nużąca, męcząca, wymagająca wyjątkowego skupienia. Nie ma tu ‘porywających’ wątków, ale w sumie tego się nie spodziewałam. Spodziewałam się jednak, że właśnie pomimo braku porywających historii, książka mnie wciągnie. Nie wciągnęła. Zmęczyła. Szkoda. 

Przeczytane: 23.06.2015
Moja ocena: 6/10