piątek, 24 listopada 2017

"Ludzie z Placu Słońca" Aleksandra Lipczak (67/2017)

Hiszpania jakiej nie znałam, mimo spędzonych tam dwóch lat. Hiszpania, której sukcesy zagrzebywane są w kredytach, bezrobociu, widmie wojny domowej. Hiszpania poraniona, poharatana, zupełnie nie taka, jak w przewodnikach turystycznych. A przecież właśnie ta Hiszpania turystyczna –uśmiechnięta, z gorącym piaskiem, słońcem – jest znana całemu światu. Problemy nie zachęcają do przyjazdu, brudów nie wywleka się na światło dzienne. Hiszpania u autorki ma wiele twarzy, ale do tej radosnej i pełnej słońca jej daleko.

Fajna forma reportażu. Zbiór tytułów z gazet, teksty dłuższe i takie zupełnie krótkie, opowiadane różnym tempem. Razem tworzą zgrabną całość. Tak naprawdę, to każdy z reportaży mógłby stanowić kanwę do osobnej pracy, z każdego tematu mógłby powstać osobny, duży reportaż. 

Polecam, bo i dowiedzieć się o Hiszpanii sporo można, i reportersko nader przyzwoicie.

Przeczytane: 10.08.2017
Moja ocena: 7/10

wtorek, 21 listopada 2017

"Epifania Wikarego Trzaski" Szczepan Twardoch (64/2017)


A ja jeszcze nic Szczepana Twardocha nie czytałam. I pewnie nie ma się czym chwalić, ale tak wyszło. Autor na liście był już od dawna (choć nie wiem czemu, ale podświadomie odkładałam go cały czas ‘na później’), a że u brata w biblioteczce wikarego Trzaskę wypatrzyłam… No sami wiecie.
Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, cieszę się więc, że w przypadku Szczepana Twardocha było ono pozytywne. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepsza powieść autora i że w pisarstwie Twardocha sporo mogło ulec zmianie („Epifania” ukazały się 10 lat temu), ale wiem też, że mogę sobie sporo obiecywać po tym, co tu wyczytałam (i oby nie były to płonne nadzieje).

Lubię, jak nie muszę zmagać się z dziwactwami językowymi podczas lektury, więc „Epifania” czytało mi się naprawdę dobrze. Przyzwoity kunszt językowy, nienaganny styl i świadomość tego, że w kolejnych powieściach może być tylko lepiej.

Trochę tu czarnego humoru, nieco groteski, a to wszystko połączone z aspektami duchowości i wiary. Trudno powiedzieć coś więcej bez zdradzania szczegółów fabuły.

Cieszę się, że wreszcie za Twardocha się wzięłam, i że zaczęłam od akurat tej niedużej powieści.  

Przeczytane: 3.08.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 20 listopada 2017

"Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" Anna Kamińska (63/2017)

Mało wiedziałam o Wandzie Rutkiewicz, tematyka górska nigdy nie była mi specjalnie bliska. Nie pojmuję amoku himalaistów, który każe im ryzykować własne życie dla zdobycia kolejnego szczytu, albo tego samego szczytu, ale z innej strony, albo o innej porze roku. Nigdy tego nie pojmowałam, ale nie oceniam, staram się rozumieć pasję jako taką i być otwarta i na takie historie. A historia Wandy Rutkiewicz jest wciągająca i fascynująca.

Obraz Wandy Rutkiewicz wyłaniający się z biografii Anny Kamińskiej intryguje. To postać zamknięta w sobie, z ogromną ambicją i właściwie nieustającą siłą do walki. Kochała góry ponad wszystko, walczyła do samego końca, zginęła w biegu, robiąc to, czemu podporządkowała całe swoje życie (i to kolejna rzecz, przez którą trudno mi pojąć himalaizm – tu nie możesz być ‘tylko trochę’ – to wsysa Cię całego, to już nie tylko pasja, ale sposób życia).
Czy Wanda była szczęśliwa? Tego po lekturze nie wiem. Bo z jednej strony sama mówiła:
„Najbardziej drażni ludzi to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne, nikomu niepotrzebne. Ale może to jest potrzebne tym, którzy to robią! Może oni po prostu potrzebują tego, żeby żyć.”

Czyli robiła to, co do życia było jej niezbędne, ale z drugiej strony jej bliscy twierdzili, że różowo nie było:
„Wanda nie była zadowolona ze swojego życia, nie była spełniona jako kobieta i miała świadomość, że życie od wyprawy do wyprawy, bez budowania czegoś trwałego, to nie jest prawdziwe życie. Wiedziała, że to nie powinno tak wyglądać, jak wygląda, i nie była szczęśliwa, że żyje tak, jak żyje.”

Biografia wydaje się być naprawdę solidną pracą. Autorka zgromadziła opinie rodziny, przyjaciół, dotarła do współpracowników, członków wypraw. Dbała o szczegóły, a wszystko to z wyczuciem i taktem. Styl autorki w zupełności mi odpowiadał, pochłaniałam to jak najbardziej wciągającą powieść. Nie czytałam „Simony”, ale jeśli biografie pisane przez Annę Kamińską tak mają wyglądać, to biorę w ciemno.

Wanda Rutkiewicz skomplikowaną personą była. Fascynującą, niepowtarzalną i ta książka rewelacyjnie to pokazała. Osiągnięcia Wandy Rutkiewicz są godne podziwu i choć nie wzbudziła ona mojej sympatii, poczytam o niej jeszcze. Bo tak jak nie rozumiem jej pasji, tak czytanie o tym wciąga.

Powtórzę się – to bardzo dobra książka. Czytajcie.

Przeczytane: 1.08.2017
Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 6 listopada 2017

6na1: „Ślady” Jakub Małecki (81/2017)


O Jakubie Małeckim jest głośno od jakiegoś już czasu, nie mogło więc zabraknąć go wśród autorów czytanych w ramach naszego projektu #6na1. Jak nam się podobało? Sprawdźcie sami! Nasze opinie czekają już na Was :) A ja tylko dodam, że cieszę się, że wybrałam nam "Ślady" na październikowo-listopadową lekturę. 

Są książki, o których bardzo nie lubię pisać, bo wiem, że nie jestem w stanie oddać tego, co w danej książce jest najpiękniejsze, najistotniejsze. Wiem, że im bardziej będę starała się ubrać w słowa geniusz książki, tym bardziej będzie on ginął w tych moich nieporadnych staraniach. Taką właśnie książką są „Ślady” Jakuba Małeckiego. Będzie więc krótko.

Z każdej historii przedstawionej w książce wyziera niepokój. Każda wzbudza emocje, choć w żadnym z opowiadań nie ma krzty ckliwości. W „Śladach” poruszają rzeczy najbardziej prozaiczne – śmierć żony po latach wspólnego życia, paraliż ukochanego, choroba. Zwyczajne elementy człowieczego losu, przedstawione prosto, autentycznie. 

Język jest tu przepiękny. Prosty, niczym nieudziwniony. W połączeniu ze wspomnianym niepokojem, tworzy wrażenie pewnej oniryczności. Nie chce się tego czytać szybko. Może też dlatego, że z czasem domyślamy się, jaki jest koniec każdego kolejnego opowiadania. 

Dość często książki okrzyknięte rewelacyjnymi, mi zwyczajnie się nie podobają i zachwytów nie podzielam. Dlatego też trochę się bałam książek Jakuba Małeckiego, „Ślady” odleżały swoje na półce. Już wiem, że niepotrzebnie i z kolejnymi książkami autora nie będę czekać tak długo. 

O książkach takich, jak „Ślady” naprawdę nie trzeba dużo mówić. Je wystarczy czytać. 

Przeczytane: 21.10.2017
Moja ocena: 8/10

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

PanCzyta
Dizajnuch
Bookmoment
Rudaczyta

czwartek, 26 października 2017

"Pasażer 23" Sebastian Fitzek (60/2017)

Nie będzie to mój ulubiony kryminał, ale jest nieźle i na pewno zdecydowanie lepiej niż w „Odprysku”. Zaczęło się mocno i zniechęcająco. Bolało mnie wszystko od czytania o tym, co bohater dawał sobie robić. Jego zachowanie okazuje się być wyrazem desperacji i braku chęci do życia. Trzy lata wcześniej Martin, policyjny psycholog traci żonę i dziecko podczas rejsu statkiem wycieczkowym. Oficjalna wersja jest taka, że żona skacze za burtę, uprzednio wypychając za nią synka. Dziwne? Jak się okazuje – nie. Takich przypadków jest więcej, są one jednak skrupulatnie ukrywane.

Sporo zwrotów akcji, do samego końca nie można być pewnym, że to już koniec niespodzianek. Autor ma smykałkę do knucia, tylko dla mnie tego knucia momentami odrobinkę za dużo.

Choć „Pasażera 23” nie oceniam źle (7/10 to w mojej ocenie kryminałów bardzo wręcz dobrze), to pan Fitzek nie trafi na listę ulubionych autorów kryminałów. Sporo pisarzy jest przed nim, ale pewnie prędzej czy później sięgnę po coś jeszcze tego autora.

Przeczytane: 23.07.2017
Moja ocena: 7/10

czwartek, 12 października 2017

"Czarna" Wojciech Kuczok (59/2017)

To nie będzie popularna opinia, bo wbrew wszechobecnym zachwytom nad tą książką.

Mam problem z oceną tej książki. Większość wysokich ocen i pozytywnych opinii tej opowieści skupia się i podkreśla niezwykłość opisanej historii. Tyle tylko, że sama historia nie jest zasługą autora, bo wydarzyła się naprawdę. Tak to bywa najczęściej – najbardziej dramatyczne historie pisze życie.

Mąż, żona, kochanka, zdrada, wielka miłość, tragiczny finał. Ja nie znałam tej historii z gazet, nie wiedziałam więc jak się skończy. Skończyła się naprawdę tragicznie i to mną wstrząsnęło.

Rzecz dzieje się w Czarnej, małej mieścinie, w której każdy zna każdego i nic się przed sąsiadem nie ukryje, wszyscy wiedzą o sobie wszystko. Prowincja nie ułatwia romansu i choć sądzę, że sam fakt romansu z zamężną osobą nie różni się niczym w małej mieścinie i dużym mieście, to jednak w tej pierwszej trudniej chyba ukryć to przed światem.

To nie jest powieść, to tragedia naprawdę istniejącej rodziny, jedynie przebieg rozmów i myśli bohaterów są wymysłem autora. A autor postawił na stereotypy – jak prowincja, to sami głupcy i zacofańcy, jak zdradzana żona – to nieatrakcyjna i monotonna. Opisy seksu, niejednokrotnie wulgarne – po co? Po to, żeby pokazać kontrast między oziębłą (?) żoną a wyzwoloną kochanką, której niestraszne miłosne uniesienia w miejscach publicznych? Kolejny stereotyp. Nie przekonuje mnie to ani odrobinę. Do tego dzieci Jeremiego – córki i syn. Trudno, żeby żywiły ciepłe uczucia do kochanki ojca. Ale autor przedstawił je tak, że wyszły żądne krwi potworki. Czy takie były w rzeczywistości? Nie wiem i wątpię, żeby wiedział to sam autor.

Najbardziej prawdopodobną postacią wydała mi się Maria. Jej osamotnienie i fatalne zauroczenie. Musiała być naprawdę w jakiś sposób opętana uczuciem, by stało się to, co się stało.

Na plus konstrukcja językowa, jaką stworzył Kuczok, choć zdaję sobie sprawę, że niektórych może to drażnić. Nie chodzi mi o same słowa - ze wspomnianymi opisami nieatrakcyjności żony i seksu z Marią, autor nieco popłynął – ale właśnie o konstrukcję, grę słów. Krótkie sceny, trochę neologizmów, monologi. Tylko niepotrzebne wulgaryzmy mącą całokształt.

Cały czas nie opuszcza mnie jedna myśl – to wydarzyło się naprawdę. Ta rodzina istnieje. Co myśli żona, która czyta o swoich obwisłościach? Co czuje mąż, który zdradził, przyczynił się do nieszczęścia, ale wie, że takich słów jak w „Czarnej” nie powiedział, a jego relacja z Marią była jednak inna? A córki, kiedy czytają o sobie? Po co ta historia ujrzała światło dzienne w takiej formie?

Przeczytane: 22.07.2017
Moja ocena: 5/10

wtorek, 10 października 2017

6na1: "A jednak życie" Napoleon Mitraszewski (75/2017)

Kiedy Kosma zaproponował nam do recenzji książkę swojego dziadka, pierwsze co pomyślałam to "super!". Ale już po minucie zmieniło się to w "słabo". No bo co będzie jak książka zupełnie mi się nie spodoba? Okaże się literackim potworkiem? Dość nieprzyjemnie jawiła mi się wizja krytycznego recenzowania książki dziadka jednego z nas, z naszej grupy 6na1. Na domiar złego, książka do najpopularniejszych nie należy, więc wyszukanie w sieci jakiejkolwiek opinii o niej było niemożliwe. Czyli bierzemy lekturę w ciemno... I choć Kosma zapewniał, że liczy na opinie szczere, nawet jeśli niepochlebne, to sami wiecie... Na całe szczęście, książka nie jest żadnym nieudanym tworem, wręcz przeciwnie - naprawdę mi się spodobała!

Bardzo lubię takie książki. Opowieści autobiograficzne, historie z początku XX wieku, tamten język.

Książka opowiada o dzieciństwie i młodości autora, od jego pierwszego wspomnienia w wieku niespełna trzech lat, czyli od roku 1920, do wczesnej młodości, kiedy bohater kończy szkołę i choć marzy o dalszej edukacji, wie, że dla niego nie będzie to możliwe.
Poznajemy skromnie żyjącą rodzinę bohatera – rodziców i czworo starszego rodzeństwa. Ze szczegółowych opisów nie tylko wiemy, gdzie mieszkali, ale też jak wyglądały ich kolejne domy – rodzina kilka razy zmieniała miejsce zamieszkania. Chłopiec zaczyna chodzić do szkoły – wiąże się to z rozłąką z rodziną,  wyjazdem do Wilna i zamieszkaniem w szkole wraz z innymi dziećmi. W szkole jak to w szkole – bywa lepiej i gorzej. Dobrze wychowany chłopiec, który nie wyobraża sobie, żeby nie usłuchać starszych, zostaje skonfrontowany z brutalną prawdą – na świecie są dzieci, które słowa dorosłych traktują nieco lżej i dodatkowo same dla siebie potrafią być podłe. Autor opowiada nam nieco o lekcjach, ale w większej mierze skupia się na zabawie. Dzieciaki lepią bałwany, same robią sobie lodowisko, w szaleńczym pędzie zjeżdżają na sankach, wymijając z precyzją kolejne drzewa. Brzmi jak typowa (czasem niebezpieczna) zabawa  w zwyczajnej szkole, prawda? Tak brzmi i zadziwia mnie to bardzo, bo nie są to zwykłe dzieci i zwykła szkoła. To „Szkoła Powszechna Specjalna” dla dzieci niewidomych. Bohater jako kilkuletnie dziecko bawi się niewypałem. W wyniku wybuchu traci wzrok. Choć matka chłopca nie poddaje się w staraniach o zdrowie syna, przebywa z nim wiele dni w szpitalu, odwiedza różnych lekarzy, nie przynosi to oczekiwanych efektów i chłopiec pozostaje niewidomy. Uczy się życia od nowa. To, co początkowo wydaje się przeszkodą nie do przeskoczenia, z czasem staje łatwiejsze. Najpierw granice samodzielności dziecka są wytyczone przez własne łóżko, potem przez pokój, dom, podwórko. Wstyd, upadki, zderzenia z przedmiotami wokół podcinają skrzydła, ale mały się nie poddaje.

Te zwyczajne zabawy – lepienie bałwana i zjeżdżanie na sankach – już nie wydają się takie proste, kiedy zdajemy sobie sprawę, że uczestnicząca w nich gromada dzieci nic nie widzi.

Dobrze jest poznawać życie osób niewidomych, niesłyszących, wyjątkowych na swój sposób. Książkami czy filmami o nich oswajamy się z ich istnieniem, z ich codziennym życiem. Pamiętam, jak zaczęłam oglądać serial „Switched at birth”, gdzie jedna z głównych bohaterek jest niesłysząca. Automatycznie włączało mi się współczucie, kiedy tylko ona lub jej znajomi ze szkoły pojawiali się na ekranie. Nie potrafiłam nie lubić czy pomyśleć coś niemiłego o niesłyszącym bohaterze serialu. Jak widziałam głuchego nastolatka na skuterze, od razu chciałam go stamtąd myślami ściągnąć i krzyknąć „Chłopie, gdzie ty się pchasz?!”. Głuchota wydawała mi się wówczas największym nieszczęściem świata. Z czasem zaczęłam o niesłyszących myśleć tak zwyczajnie. Dotarło do mnie, że dla nich nie jest to największe nieszczęście, jakie może ich spotkać. Jak byli niefajni, to ich nie lubiłam. Jak zrobili coś głupiego, to myślałam o nich nieprzyjemne rzeczy. Po kilkunastu odcinkach stali się oni dla mnie najnormalniejszymi w świecie nastolatkami, których odbierałam tak samo, jak tych słyszących. I tak sobie myślę, że to właśnie może być to, czego im bardzo potrzeba – najnormalniejszego w świecie traktowania.

„A jednak życie” pokazuje mi zmagania innej grupy ludzi – niewidomych. Jak sam autor pisze, jego zamysłem było to, „by nasze społeczeństwo poznało przeżycia wewnętrzne i mechanizmy działania pewnej grupy ludzkiej, stosunkowo nielicznej, ale ciągle nie znanej przez ogół; grupy ludzi pragnących znaleźć zrozumienie w społeczeństwie”.

Książka powstała w latach 70., a dotyczy życia autora w latach 20. i 30. XX wieku. Zdaję sobie sprawę, że od tego czasu wiele w życiu osób niewidomych mogło ulec zmianie. Ich wygoda życia, edukacja, ułatwienia. Mimo tego przeskoku czasowego, książka pozwala oswoić się z ich życiem, zobaczyć z jakimi problemami się oni borykają.

Bardzo się cieszę, że Kosma wybrał nam tę książkę do recenzowania w projekcie. „A jednak życie” otwiera trzyczęściowy cykl pod tym samym tytułem. Ta pierwsza część tak mi się podobała, że chętnie przeczytam kolejne. 

Przeczytane: 14.09.2017
Moja ocena: 8/10

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj: