środa, 9 sierpnia 2017

"Charlie Ciuch-Ciuch" Beryl Evans (65/2017)

Jak się okazuje, w naszym projekcie #6na1 jesteśmy bardzo wszechstronni. Niestraszne są nam kryminały, powieści na faktach, fantastyka czy poruszająca literatura piękna. Dziś udowadniamy, że niestraszne są nam też bajki dla dzieci. Tego jeszcze u nas nie było!

Wiecie, z tym naszym projektem to jest tak, że nigdy nie wiadomo, co przyjdzie nam czytać. Każdy z nas wybiera co miesiąc tytuł, który wszyscy czytamy. No a że gusta różne, to zawsze jest ryzyko, że lektura nam nie podejdzie i trzeba się będzie męczyć te kilkaset stron. Niesamowitą zaletą projektu jest to, że sięgam po książki, po które sama w życiu bym nie sięgnęła i okazuje się, że, o zgrozo, fantastyka czy książka blogera bawią mnie do łez! Kiedy więc padła propozycja przemaglowania bajeczki „Charlie Ciuch-Ciuch”, kalkulacja była prosta – jak każda książka może się spodobać, może się nie spodobać, ale nawet jakby była totalną wtopą, to przynajmniej będzie to krótka wtopa.

„Charlie Ciuch-Ciuch” wtopą nie jest, ale mam mocno mieszane uczucia odnośnie tej bajki. Już po skończeniu czytania (czyli po 10 minutach od rozpoczęcia czytania), dowiedziałam się, że autor, Beryl Evans, to tak naprawdę… Stephen King! I kiedy teraz tak o tym myślę, że postać Charliego jest naprawdę iście Kingowa, a wrażenie potęguje wygląd ciuchci. No ale po kolei.

Bajka jest poruszająca. Parowóz Charlie zostaje odsunięty na boczny tor i okazuje się być niepotrzebny, kiedy pojawia się nowoczesna lokomotywa. Więcej treści zdradzać Wam nie będę. Powiem tylko, że to niejako metafora odstawiania w kąt rzeczy nam znanych, ale już starych, kiedy pojawia się na horyzoncie nowe, nowocześniejsze, uważane za lepsze. Często przecież jest tak, że coś, co lata służyło nam całkiem dobrze, odstawiamy na bok, wyrzucamy, kiedy pojawia się nowe. To taki zachwyt nowym, nieznanym. To samo dotyczy ludzi. Starzenie się, przemijanie. Naturalna kolej rzeczy. Ale czy zawsze nowe oznacza lepsze? Dzieciaki czytające książeczkę dostrzegą, że łatwo jest ranić czyjeś uczucia zastępując stare nowym, odsuwając na bok dziadków, rodziców, rodzeństwo, a wybierając nowo poznanych kolegów.
To również opowieść o pięknej przyjaźni. Bob nie zapomina o Charlie’m, nawet gdy ten przestaje być potrzebny dla świata.

Odnośnie samego przesłania książeczki – nie mam zastrzeżeń. Ale mam je względem postaci Charliego… Jego wizerunek na obrazkach mnie nieco przeraża. Ma złośliwe oczka, paskudne zęby, czasami dziwny grymas twarzy (o ile ciuchcia może mieć twarz…). Zastanawiam się, czy jeśli mnie odpycha postać Charliego, to czy przekona dzieci?
Nie jestem też pewna, czy zdanie „szarpała jak diabli za linkę gwizdka” jest odpowiednia dla kilkulatków…

Czy przesadzam? Sami sprawdźcie. Jeszcze trochę i ta recenzja będzie dłuższa niż cała książeczka, więc lepiej zakończę w tym miejscu.


No sami spójrzcie na kilka zdjęć Charliego…
Przeczytane: 5.08.2016
Moja ocena: 6/10


Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

piątek, 4 sierpnia 2017

"Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii" Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak (47/2017)

Moja ocena tej książki to 8/10 ale uczciwie mówię, że co najmniej jedna gwiazdka wyżej (a może nawet i dwie) jest za mój sentyment do Islandii, za uśmiechanie się do siebie podczas lektury, za Basków w jednym z rozdziałów.

Byłam na Islandii w tym samym czasie, w którym powstawało sporo historii z tej książki – jak autorzy, cieszyłam się nadzwyczaj pogodnym latem i oglądałam mecze rozpoczynającego się Euro 2016.

Tak niespiesznie czytało się tę książkę. Bywało poetycko, ale tak w sam raz. Ze wspomnień nie powstała ckliwa laurka, po prostu w ładny sposób przedstawili oni surowość klimatu Islandii. Mało jest autorów w tej książce, dużo Islandii, jej mieszkańców, tych rdzennych i przybyłych z różnych zakątków świata. Spokojna narracja, nienachalne opowieści o różnej tematyce, z różnych stron wyspy. Tematy nieoczywiste, czasem wręcz zaskakujące, jak np. ten o Baskach. Skąd w ogóle pomysł, żeby opowieść o nich wpleść do książki o Islandii? (Co osobiście bardzo doceniam, bo choć dwa lata w Kraju Basków mieszkałam, a Islandia mnie fascynuje, to tej historii nie znałam).

Pomimo tego, że książka bardzo mi się podobała, nie wiem, czy od niej chciałabym zacząć poznawanie Islandii, gdybym tej wcale nie znała (właśnie przez tą nieoczywistość kolejnych tematów).

Przeczytane: 16.06.2017
Moja ocena: 8/10

środa, 2 sierpnia 2017

"Biel. Notatki z Afryki" Marcin Kydryński (46/2017)


Tak to jest, jak się pisze opinię 1,5 miesiąca po skończeniu lektury… Książce dałam ocenę 6/10, choć jak dziś o niej myślę, to wydaje mi się, że na 7/10 spokojnie zasługuje.

Nie jest to przewodnik po Afryce. Nie jest to wprost dziennik ani reportaż. Jak sam tytuł wskazuje, to właśnie notatki z Afryki. Niespieszne, momentami nostalgiczne, osobiste. Zresztą, o tym jaka jest to książka najlepiej mówi sam autor:

"Jeśli poczują się Państwo poirytowani, że jest to książka zbyt osobista, intymna, że nie przypomina niczego, co już znacie, to może dobrze. Tylko tak mogło być. Jeżeli ktoś nazwie ją albumem fotograficznym, sprawi mi przyjemność. Gdy uzna, że to książka o Afryce, nie będę się spierał. Na nieprzyjemny zarzut, że jest w istocie autobiografią, nie będę umiał odpowiedzieć, zażenowany, przyłapany na gorącym uczynku. Sam myślę o «Bieli» jak o notatkach na marginesach książek, które zawsze mam ze sobą w podróży, bo lubię rozmawiać ze znacznie mądrzejszymi od siebie."

Rzeczywiście, w książce jest ogrom zdjęć z Afryki. Zdjęć takich, jakie lubię – nie tylko widoków, ale przede wszystkim ludzi w ich codziennym otoczeniu. Zdjęcia, jak i właściwie cała książka, to uchwycone chwile, które przydarzyły się autorowi na tym magicznym kontynencie. Obraz Afryki, jaki się z tych chwil wyłania nie jest bynajmniej idylliczny. Gdyby ktoś zapomniał, to autor przypomina – Afryka jest piękna, owszem, ale też niebezpieczna. Różnorodność spotykana na każdym kroku to wspaniała okazja do poznania innej kultury, ale też ryzyko popadnięcia w tarapaty.

Językowo – czytało się to dobrze. Autor naprawdę rewelacyjnie oddał klimat niespieszności, powolnej kontemplacji Afryki. Jest nieco poetycko, słowa są właściwie dobrane. Owszem, zdarzyły się autorowi wpadki z wędrowaniem przez „jelita dżungli” lub oglądanie „biszkoptu słońca”, ale sam styl, czasem krótkie urywane frazy – bardzo mi odpowiadały i nadawały odpowiedni klimat całej książce.

Jednego po tej lekturze można być pewnym – Marcin Kydryński prawdziwie zafascynowany jest Afryką i to widać w każdym zdaniu.

Przeczytane: 12.06.2017
Moja ocena: 6/10

wtorek, 1 sierpnia 2017

"Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera" PigOut (61/2017)

Halo, halo! Tu projekt #6na1! Tym razem obśmiewamy naszą rzeczywistość i wraz z PigOutem kpimy z czego tylko się da!

No dobra, byłam sceptycznie nastawiona do tej książki i powiedzieć, że byłam „trochę sceptyczna” to nie powiedzieć nic. Nie to, że mam coś przeciwko autorowi (bo nie znam, to nie mam nic przeciwko), ale powiedzmy, że mój stosunek do książek wydanych przez celebrytów, blogerów, aktorów jest dość oziębły. Tym razem przyznać jednak muszę, że ubawiłam się przednio, przeczytało się to szybko, więc jeśli tylko nie spodziewacie się czegoś na miarę „Dziadów” czy choćby „Lalki”, to śmiało mogę Wam „Świnię…” polecić. Wartkim korytem (sic!) myśli PigOuta spływają i za pomocą lekkiego pióra przybrały nawet zabawną postać.

Mojemu początkowemu negatywnemu nastawieniu sprzyjał też tytuł. Świnia, hejter… No faktycznie, hejt jako coś, czym należy epatować. Tymczasem okazało się, że hejtu w książce nie ma wcale. Jest sarkazm, jest ironia (również autoironia), ale to nie hejt od razu. Uwielbiam sarkazm i ironię, więc stopniowo, strona za stroną, było coraz lepiej.

Książka to zbiór krótkich, szyderczych tekstów, prawie że samo się czytających. Nie wiem, czy teksty w książce są powieleniem bloga, bo bloga PigOuta nie znam. Jakbyście chcieli wyszydzić wszystko co przyjdzie Wam do głowy, to PigOut podpowie Wam jak. Niczemu z otaczającego nas świata nie ujdzie na sucho. I choć faktycznie może to wyglądać początkowo na hejt, to tak naprawdę jest to prześmiewcze i krytyczne spojrzenie na dzisiejszy, współczesny świat.

Bo wiecie, prawda jest taka, że ja to się z wieloma przemyśleniami PigOuta zgadzam i identyfikuję. No bo czy ja to się mało zastanawiałam nad fenomenem crocksów? Ależ zastanawiałam. Niestety, do niczego nie doszłam i popularności tych plastikowych kapci nie rozumiem nadal. Podzielam z PigOutem również zdanie o spędzaniu Sylwestra i gdybym miała telewizor, byłabym podobnym nolifem oglądającym koncerty emitowane przez TVP czy TVN. Jak się okazuje, jestem jeszcze większym nolifem, bo z powodu braku szklanego ekranu, nawet na telewizyjnych koncertach się nie ubawiłam. Właśnie z rozdziału o mało hucznym Sylwestrze przed tv pochodzi jeden z cytatów, który wywołał u mnie potężny atak śmiechu:

„Stolicę rozświetlił dopiero Piasek… swoimi zębami. Jebaniutki, wyglądał, jakby zrobił sobie protezę z drażetek gum Orbit.” (s.150)

Ostatnia część książki to najwięcej prywaty autora. Czytacie pudelka? Ja nie, ale jak widać, tkwi we mnie potrzeba popodglądania czyjegoś życia. Z niekłamaną przyjemnością czytałam o złej karmie krążącej nad PigOutem i czułam się jak rasowa czytelniczka internetowych portali plotkarskich (przynajmniej tak to sobie wyobrażam). Mój wewnętrzny troll cieszący się z nieszczęścia innych został nakarmiony.

Zawsze mam problem z oceną takich książek. Z jednej strony, trudno to w ogóle nazwać książką – w porównaniu z ‘prawdziwą’ literaturą, ocena 7/10 to naprawdę duuuużo. Jeśli jednak nieco spuścić z tonu i porównywać „Świnię…” jedynie z innymi książkami ze swojej kategorii, to wypada to naprawdę śmiesznie.

Już myślałam, że jestem aspołeczna, że tak bardzo nie rozumiem szału promocji w Lidlu, sukcesu crocksów i Greya. Dzięki PigOutowi widzę, że co najmniej jeszcze jedna osoba ma podobnie. 

Przeczytane: 26.07.2017
Moja ocena: 7/10

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

czwartek, 27 lipca 2017

"Krucyfiks" Chris Carter (45/2017)


Cykl: Robert Hunter, tom 1

Jako że kryminały to ja czytuję od jakichś trzech lat, to i Chris Carter się do tej pory przede mną uchował. Wcześniej to jedynie Agatha Christie się pojawiała u mnie na półce, ale umówmy się – jej klasyczne kryminały z Herculesem Poirotem lub panną Marple naprawdę mają niewiele wspólnego z tym, co w kryminałach dzieje się obecnie. Przy pojawiających się z każdej strony zachwytach nad panem Carterem przyszła pora i na niego. I to nasze pierwsze spotkanie uważam za bardzo udane i wróżące nam ciekawą przyszłość.

Zaczyna się mocno i zaskakująco – pierwsze strony i od razu duże bum!  Taki stan utrzymuje się przez większą część książki. Akcja wciąga, bywa nieprzewidywalna, czasem przerażająca. Makabryczne pomysły tytułowego psychopaty – Krucyfiksa przyprawiają o gęsią skórkę. A przyznać trzeba, że fantazja Krucyfiksa zdaje się być bezgraniczna.

Przyczepiłabym się jedynie do końcówki. Detektyw Hunter nieco się rozbrykał, rozum mu się momentami wyłączał, chojrakował – niepotrzebnie. Odebrałam to jedynie jako zapchajstrony, żeby akcję nieco rozciągnąć i odwlec rozwiązanie zagadki.

„Krucyfiks” to naprawdę bardzo udane rozpoczęcie cyklu z detektywem Hunterem. Już się cieszę na kolejne tomy.

Przeczytane: 7.06.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 24 lipca 2017

"Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo" Marek Rabij (43/2017)

Jedna z większych (jak nie największa) katastrof budowlanych staje się punktem wyjścia dla tego reportażu. Mowa o katastrofie kompleksu Rana Plaza w Bangladeszu z kwietnia 2013. Katastrofie spowodowanej tylko i wyłącznie przez bezmózgich chciwców i konsumpcjonizm, który jest już integralną częścią dzisiejszego świata, Konsumpcjonizm, który sprawia, że potrzebując do życia "coś", mamy w domu "coś +2", ale jak w galerii handlowej jest promocja, to dokupimy jeszcze ze "dwa cosie". T-shirt się przetarł? To nic, weźmiemy na ścierkę, kupimy nowy. Promocja była, trzy w cenie jednego. 

Chciałabym z czystym sumieniem powiedzieć, że nie kupię już nic z metką "made in Bangladesh", ale obawiam się, że może to być ciężkie zadanie. Tak samo chciałabym powiedzieć o oryginalnych ciuchach znanych projektantów (to już nie będzie tak ciężkie zadanie ;) ), bo szlag może trafić, jak koszula, która kosztuje którąś setkę (jak nie tysiąc), szyta jest w nieludzkich warunkach, a krawiec dostanie za nią może dolara. Po tym reportażu jeszcze bardziej się cieszę, że na markowych projektantów mnie nie stać i że moje ulubione ciuchy są szyte w Polsce i we Włoszech. 

Druga sprawa to warunki pracy (i bezpośrednia przyczyna katastrofy Rana Plaza). W Polsce możemy sobie poprzesmradzać, że na drugie piętro biurowca na nogach trzeba śmigać, że ten ma w biurze klimę, a ten nie, a ten co ma, to że za zimno w ołpenspejsie, bo ktoś na 17 stopni ją ustawia, że znów przechlapane bo BHPowiec czepia się dyndającego kabelka, a PIP wymyśla, że hałas za duży. Serio, podczas czytania było mi głupio, że akurat w tym czasie u mnie w biurze klimatyzację instalowali.

Serce ściskało mi kilka razy, na zmianę z uczuciem noża otwierającego się w kieszeni...

Przeczytane: 4.06.2017
Moja opinia: 8/10

piątek, 14 lipca 2017

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris (41/2017)

Ależ wciągające! Od pierwszej do ostatniej strony.

To powieść, w której kilka razy zmieniasz zdanie, zastanawiając się, kto jest dobry, a kto zły. Czy ona mówi prawdę? Czy to możliwe, żeby on był tym bardzo złym? A może jednak ona jest chora psychicznie i ma urojenia? Wkopuje biedaka w jakieś niestworzone historie? Wiesz już, że na końcu książki być zaskoczenie, więc wymyślasz kolejne to możliwe rozwiązania zagadki i kolejne wytłumaczenia tego, co czytasz.

Jack jest wspaniałym mężczyzną. Pokochał nie tylko Grace, ale też jej młodszą siostrą z zespołem Downa. Dba o nie obie bardzo. Jack jest prawnikiem, który nie przegrał nigdy żadnej sprawy. Wspaniały facet, pozazdrościć. Grace wspaniale gotuje, jest dobrą i przykładną żoną, oddaną Jackowi i dbaniu o ognisko domowe. Przyjęcia w ich domu nie są częste, ale jak już para spotyka się ze znajomymi, to jest wprost jak z obrazka. Jack i Grace niemal piją sobie z dzióbków, szarmanckość Jacka zniewala, skromność pani domu urzeka. Jednak ta idealna para ma swoje tajemnice. Kto ich nie ma.

Powieść toczy się dwutorowo: kiedyś i teraz. ‘Kiedyś’ to o czasie, kiedy Grace poznaje Jacka, ‘teraz’ dotyczy bieżących wydarzeń z życia pary.

Może nie jest to thriller, przy którym ze strachu powłazicie pod kołdry. Nie jest to też żadne dzieło literackie. Prosty język, brak zagłębiania się w jakąkolwiek postać. Nie ma co doszukiwać się drugiego bogatego dna czy rozbudowanych psychologicznych portretów. Mimo to, jest to bardzo, bardzo wciągająca powieść, od której trudno się oderwać.

Przeczytane: 29.05.2017
Moja ocena: 7/10

wtorek, 11 lipca 2017

"Chcę żyć" Michał Piróg (39/2017)

Nie rozumiem, dlaczego ludzie, którzy ledwo co skończyli 20, 30 czy 40 lat piszą autobiografie. To znaczy rozumiem – wykorzystują swoje pięć minut, bo jest duża szansa na to, że kiedy skończą 50 lat nikt nie będzie chciał ich biografii czytać. Będą jedynie odległą historią, nie istniejącym już w publicznej świadomości wspomnieniem dawnego blasku. Wychodzą więc z założenia, że lepiej napisać biografię w okolicach trzydziestki, niż nie napisać jej nigdy. 

Do czasu tej książki nie bardzo wiedziałam kim jest Michał Piróg. Wiedziałam, że tańczy i widziałam go w kilku odcinkach ostatniego sezonu „You can dance”. I wiedziałam, że jest gejem. Niby to mało, żeby sięgać po czyjąś biografię, ale czytałam już wiele biografii osób, o których wiedziałam jeszcze mniej i najczęściej były to fascynujące lektury, a ja poznałam wspaniałe postacie. Z takim właśnie przekonaniem – że nie muszę osoby znać, żeby o niej czytać – przeglądałam kategorię „biografie” na Audiotece i „Chcę żyć” wydało mi się czymś na tyle lekkim, że nadawało się do słuchania, a wiedziałam, że szkoda będzie mi czasu na czytanie tego tytułu oczkami. Minęło jednak wiele długich miesięcy zanim za słuchanie się wzięłam, a zmusił mnie do tego fakt, że był to jedyny audiobook jaki miałam ze sobą w trakcie kilkugodzinnej jazdy samochodem. I wiecie co? Źle nie było.

Audiobook czytany jest przez samego Michała Piróga. Wyszło to nawet całkiem zgrabnie. Sam chyba najlepiej wiedział co czytać z lekkim rozbawieniem w głosie, a co zasługuje na większą powagę. 
Michał opowiada o całym swoim życiu, o początkach kariery, o swoich miłościach (tych było sporo) i obecnych projektach. O religii, o przyjaźniach, które po drodze zawierał i o tych osóbkach, z którymi wcale się nie dogadywał (również wśród tych znanych szerszej publiczności). Michał wyłaniający się z tej książki jest otwarty, spontaniczny i wiecznie uśmiechnięty. Zdaje się nie przejmować tym, na co nie ma wpływu, idzie dalej robiąc swoje. Tak samo nie przejmuje się tym, co inni pomyślą. Mówi i robi to, na co ma ochotę, bez większych rozważań „czy tak wypada”. Nie wiem, jaki obraz Michała obecny jest w mediach, bo po dwóch czy trzech odcinkach telewizyjnego programu trudno mi to ocenić. Jeśli jest taki, jak w tej książce, to jest fajnym i wyluzowanym człowiekiem.

Nie jest to wybitna literatura i jak jej nie przeczytacie, to wasze życie o nic absolutnie nie będzie uboższe. Niemniej, nie żałuję tych kilku godzin spędzonych na słuchaniu audiobooka (wciągnęło mnie bardzo!)

Przeczytane: 24.05.2017
Moja ocena: 6/10

poniedziałek, 10 lipca 2017

"Pani Stefa" Magdalena Kicińska (38/2017)

Sonda domowo-biurowa przeprowadzona wiosną 2017 na grupie 11 losowo wybranych osób. Podczas sondy zadano dwa pytania:
  • Wiesz kim był Janusz Korczak?
  • Wiesz kim była Stefania Wilczyńska?
11 respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie nr 1.
11 respondentów odpowiedziało przecząco na pytanie nr 2.


Wspaniała książka o niezwykłej, choć zapomnianej przez historię kobiecie. Ogromne ukłony w stronę Magdaleny Kicińskiej, że zechciała Stefanię Wilczyńską przypomnieć, a takim ignorantom jak ja – powiedzieć o niej po raz pierwszy. Nie wiem, dlaczego pani Stefa zaginęła na przestrzeni lat. Większość z nas w mniejszym lub większy stopniu zna Janusza Korczaka. Czemu rzecz ma się inaczej ze Stefanią Wilczyńską? Przecież ramię w ramię z Korczakiem prowadziła Dom Sierot w Warszawie, była oddana dzieciom, nie zostawiła ich aż do tragicznego końca w Treblince.

Niewiele po Stefanii Wilczyńskiej pozostało. Kilka listów, medal, prezent dany wychowankowi, dziś strzeżony niczym skarb.

„Szlomowi się odpomina.
– Żyła tak, że mało o niej wiedzieliśmy, taka… – Szuka słowa. Bardzo dba o to, żeby jego polski, zahibernowany na Kercelaku, brzmiał poprawnie. – Taka… niebyła. Nic po niej nie zostało, jakby jej nigdy nie było.”

Bardzo podobał mi się sposób pisania autorki, pytania retoryczne, które pozostawiają odrobinę miejsca na snucie własnych domysłów. Liczyłam na nieco więcej rozmów z byłymi wychowankami Domu, którzy znali panią Stefę. Mało już takich osób, a każda informacja od nich jest na wagę złota.

Bardzo się cieszę, że mogłam poznać tak pięknego człowieka. Nie wiem, czy książka przywróci pani Stefie należne jej miejsce w pamięci i historii, ale na pewno dotarła i dotrze do wielu osób i w jakiś sposób zaistnieje w ich świadomości. To dobrze.  

Przeczytane: 21.05.2017
Moja ocena: 8/10

piątek, 7 lipca 2017

„Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską” Dariusz Zaborek (36/2017)

Książka – wywiad z 92-letnią p. Alicją więzioną w Ravensbruk, niesamowitą optymistką, lekarką, kobietą o niestandardowym stosunku do wojny, obozu i życia ‘po’.

Optymizm pani Alicji zafascynował mnie od pierwszych stron, choć ta fascynacja nieco słabła wraz z lekturą. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo podobało mi się, że rozmówczyni nie robi z siebie ofiary i męczennicy, choć miałaby do tego pełne prawo. O obozie opowiada prawie jak o normalnym życiu, tyle że wiedzionym w trudnych warunkach. Jak sama wspomina, pogodzenie się z losem, pozytywne nastawienie i żartowanie z czego się dało, pomagało przetrwać obóz.

Pani Alicja całe życie traktuje bardzo lekko. Obóz, cierpienie, zdradę małżeńską. Odniosłam wrażenie, że (brzydko mówiąc) właściwie wszystko spływa po niej jak po kaczce i mało co jest ją w stanie zirytować. Ja bym bardzo chciała się mniej przejmować i dość mocno nad tym pracuję, ale jednak do takiego stanu jak pani Alicja dojść bym nie chciała. Tu właśnie skończyła się moja początkowa fascynacja bohaterką i jej optymizmem.

Absolutnie nie podejmuję się jakiejkolwiek oceny jej sposobu na życie w obozie, jak też nie oceniam zachowań innych obozowiczek, które bohaterka krytykuje (tych, które lata po wojnie ubierają obozowe chusty i podtrzymują w swej pamięci okropności tamtych czasów). Nie chcę nawet próbować myśleć, jak to jest być w ich skórze, bo jest to nie możliwe do wyobrażenia sobie. Momentami odnosiłam wrażenie, że p. Alicja te właśnie inne sposoby radzenia sobie z przeszłością niejako wyśmiewa i swoje podejście traktuje jako jedynie słuszne. Ta forma ekspresji siebie i swoich odczuć do mnie nie przemawia, ale nie śmiem tego w żaden sposób oceniać.

Tragedia przemieszana z radością, a optymizm może jednak być kontrowersyjny.

Przeczytane 29.04.2017
Moja ocena: 7/10 

czwartek, 6 lipca 2017

6na1 "Milczenie owiec" Thomas Harris (44/2017)

Miesiąc przerwy w publikowaniu i projekt 5na1 zmienił się w 6na1. Dołączył do nas Paweł i wszyscy razem zapraszamy Was do lektury naszych opinii "Milczenia owiec" Thomasa Harrisa.

Szybkie pytanie – najsłynniejszy seryjny morderca? Kuba Rozpruwacz! Hannibal Lecter! Najbardziej znany kanibal? No to już na pewno Hannibal Lecter!

Od wielu już lat (a konkretnie od 1991 roku, czyli od momentu powstania filmu „Milczenie owiec”) Hannibal Lecter jest fascynującym masy uosobieniem seryjnego mordercy. Jest też pewnie najbardziej znanym kanibalem (i tu wiedzie prym wśród postaci fikcyjnych, jak i tych rzeczywistych). Książki z doktorem Lecterem powstały w latach 80., ale nie oszukujmy się – na szerokie wody wypłynął on wraz  z filmem Jonathana Demme’a.

Film zna znakomita większość z nas. A kto zna książkę? Zastanawiam się dlaczego ja, jako ta, która zawsze wybiera książkę przed obejrzeniem filmu (a najczęściej zamiast filmu), nigdy nie wpadłam na to, żeby sięgnąć po „Milczenie owiec” w wersji oryginalnej, czyli książkowej. Nadeszła i na to pora, dzięki naszemu projektowi #6na1.

Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, polubiłam bohaterów „Milczenia owiec”. Tak, Hannibala Lectera również. To chyba naturalne, że Clarice widzę jako Jodie Foster, a Lecter ma w mojej głowie twarz Anthony’ego Hopkinsa. Te filmowe skojarzenia wcale nie przeszkadzały mi w odbiorze książki.
Obie postacie są fantastycznie wykreowane. Niesamowicie wyraziste charaktery. Inne, ale jednocześnie podobne. Współgrają ze sobą jak w najlepszej orkiestrze i w jakiś pokrętny sposób wydają się być dla siebie stworzone.

Oboje są też bardzo inteligentni. Finezyjne kwestie Hannibal Lecter rzuca ot tak, od niechcenia. Na wszystko ma błyskotliwą odpowiedź, często zagadkową i niejednoznaczną, zmuszającą interlokutora do uruchomienia szarych komórek.

To nie jest typowy thriller. Nie ma zaskakujących zwrotów akcji, tajemniczości, nerwowego przewracania kolejnej strony, tak charakterystycznych dla współczesnych thrillerów. Brak wymyślnych elementów – pod tym względem jest nadzwyczaj prosto. Tym samym, nie ma zbędnych fragmentów, niepotrzebnych zapychaczy stron.

Fabuła i historia z Buffalo Billem jest drugim tłem. Tak naprawdę zagadka do rozwiązania mogłaby tu być jakakolwiek, bo to nie ona stanowi oś powieści. Te wydarzenia to tylko tło dla przedstawienia jakie grają Clarice i Hannibal. To oni są na pierwszym planie, ich rozmowy, gra psychologiczna tocząca się między nimi. Nie znaczy to jednak, że Buffalo Bill i jego wyczyny są czymś nudnym czy zwyczajnym – otóż nie są. Buffalo Bill to psychopatyczny morderca, który ma tak namieszane w psychice, że wystarczyłoby to na obdarowanie trzech innych osób, a i tak każda z tych osób wyszłaby na nieźle szurniętą.

Bardzo podoba mi się postać Clarice Starling. Trudno powiedzieć, czym się wyróżnia. To taka cicha i spokojna dziewczyna, stawiająca swe pierwsze kroki w świecie agentów FBI. I może to już zasługuje na wyróżnienie? Że zdecydowała się na karierę zawodową w świecie zdominowanym przez mężczyzn? Brawa dla Thomasa Harrisa, który wyszedł poza standardy dzielnych i wojowniczych mężczyzn, dominujących wśród głównych bohaterów powieści kryminalnych i thrillerów. Głównym bohaterem (no dobra, jednym z dwóch) uczynił kobietę. I to jaką! Nie wojującą, nie skaczącą z bronią w ręce, nie pierwowzór Lary Croft. Kobietę spokojną. Pokorną. Słuchającą i słyszącą. Clarice podoba mi się jeszcze bardziej chyba przez to, że jest zupełnie inna niż ja.

Forma książki jest niesamowicie prosta, ale jej zawartość – wręcz przeciwnie. W bohaterach, ich psychice – nie ma nic prostego. Polecam! Ja tymczasem nabrałam chęci na „Milczenie owiec” w wersji filmowej.

P.S. Czy to tylko ja tak mam, że Buffalo Bill wydaje mi się zwyrodnialcem, psychopatą, którego należy surowo ukarać, a doktor Hannibal Lecter to momentami wręcz dusza człowiek, taki sympatyczny pan (choć przecież wiem, że to chodząca kwintesencja zła, bez skrupułów i wyrzutów sumienia)?

Przeczytane: 05.06.2017
Moja ocena: 7/10

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

PanCzyta
Ruda

poniedziałek, 3 lipca 2017

"Lato przed zmierzchem" Doris Lessing (35/2017)

Historia tak niewiarygodna, że irytująca coraz bardziej, z każdą kolejną chwilą zagłębiania się w niej. Nie wiem, czy to zbyt duże zapędy feministyczne autorki, czy kilka pomysłów na raz, a może w ogóle brak pomysłu, ale nie mogłam się doczekać końca tej powieści.

Kate ma 45 lat, dzieci, które nie potrzebują już matczynej opieki i zdradzającego ją męża. Z dnia na dzień, z kury domowej staje się tłumaczką i tak właśnie zaczyna się jej ostatnie lato przed zmierzchem. Nie jestem zwolenniczką teorii, że życie kobiety kończy się wraz z odchowaniem dzieci, nadchodzącą menopauzą bądź zaczynającą się jesienią życia. Każdy etap żywota ludzkiego jest inny, ale koniec młodości nie jest końcem życia i nie rozumiem ostentacyjnego porzucania dotychczasowego życia Kate, jej romansu z młodszym facetem i szaleńczej podróży po Europie. Rozumiem zamysł autorki i jej próby ukazania kobiecej duszy na progu wchodzenia w kolejny etap życia, nie rozumiem jednak historii, w jaką zostało to wszystko ubrane. Innymi słowy – drugie dno tej książki jest warte zauważenia, ale w mojej opinii pierwsza warstwa, ta dosłowna, widziana najpierw, mocno ingeruje w odbiór powieści i tym samym dużo psuje. 

Językowo różnie – są i potworki – truizmy (jak np. o mijających się pociągach), przegadane fragmenty, powtarzane myśli. 

Mam problem z tą książką – bardzo chciałam, żeby mi się spodobała (bo to moja pierwsza książka tej autorki), bardzo starałam się skupić na przemianach zachodzących w głównej bohaterce, ale poległam w tych próbach. Znudziłam się, zirytowałam marną historią. Liczę na to, że moje kolejne spotkania z panią Lessing będą bardziej udane.

Przeczytane 27.04.2017
Moja ocena: 4/10 

środa, 28 czerwca 2017

"Grobowa cisza" Arnaldur Indriðason (34/2017)

Drugi tom z islandzką zbrodnią i działaniami policjanta Erlendura Sveinssona. 

Ta część mniej mnie przekonała niż tom pierwszy. Nie wiem, czy język i styl się autorowi pogorszyły, czy może jest to spowodowane inną formą książki, z jaką miałam do czynienia – tom pierwszy słuchałam, tom drugi czytałam książkę papierową. Zauważyłam to już wcześniej, że czasem w audiobooku, jak historia mocno mnie pochłania, nie zawsze zwracam uwagę na styl i język (jeśli nie jest to nad wyraz toporne). Widząc jednak to samo na papierze – razi to bardziej. 
Islandia u Indriðasona znów jest mroczna, tajemnicza, z surowym klimatem. Zbrodnia wypływająca na wierzch po wielu latach zapomnienia. Historia wciąga. Akcja nie jest pędząca, rzadko były momenty, gdy nie mogłam się doczekać kolejnej strony. Owszem, czytało się sprawnie, ale bliżej temu do tradycyjnego kryminału, z w miarę typowym prowadzeniem śledztwa, niż do niespodziewanych zwrotów akcji i rozwiązań wyskakujących znikąd (a już na pewno nie z logicznie prowadzonego dochodzenia). Interesujące były rozdziały z retrospekcją. Wydarzenia z okresu II wojny światowej, których konsekwencje ukształtowały życie bohaterów. 

„Grobowa cisza” to również dalsze losy inspektora Erlendura. Niełatwe, zakręcone losy, rodzina, której daleko do ideału. To właśnie ze względu na życie prywatne Erlendura warto czytać tomy serii po kolei. 

Przeczytane: 23.04.2017
Moja ocena: 6/10

poniedziałek, 26 czerwca 2017

"Wotum nieufności" Remigiusz Mróz (33/2017)

Miało być polskie „House of Cards”, ale jedyną wspólną rzeczą jaką odnalazłam jest polityka w roli głównej. W „Wotum nieufności” ani historie, ani bohaterowie nie są na miarę „House of Cards”, choć wcale nie znaczy to, że są złe. Są inne. Zdecydowanie bardziej polskie. I to dobrze, bo udawanie, że w Polsce jest jak w Stanach nie służy ani książce, ani czytelnikom.
Kiedyś nie ciągnęło mnie wcale do political fiction, ale „Wotum nieufności” czytało się sprawnie, akcja wciągała, była realna, bohaterowie różni i ciekawi. Nie ma co szukać podobieństw z naszą obecną sytuacją polityczną, z wydarzeniami czy z politykami. Nie w tym rzecz, bo na siłę doszukać się czegoś można, ale nic to nie wniesie do odbioru powieści. Początkowo miałam takie zapędy i starałam się znaleźć odpowiedników dla Darii, Patryka i innych bohaterów powieści, ale szybko dałam sobie z tym spokój. Nasza władza sama sobie pisze historię – coś na kształt groteski: jest tragizm i komizm, fantastyka i realizm. „Wotum nieufności” wolę więc traktować rzeczywiście jako fiction, choć nie sposób nie przyznać, że wydarzenia te są realne.

Znów poczynię odwołanie do Chyłki – nie jest to powieść na miarę „Kasacji”, ale trudno porównywać inne jednak gatunki. Tu polityka i machlojki, tam prawnicy, winy (i też machlojki). Ciekawy to początek nowej serii, będę wypatrywać kolejnych tomów.

Przeczytane: 21.04.2017
Moja ocena: 7/10

piątek, 23 czerwca 2017

"Sir Alex Ferguson. 25 lat na szczycie" David Meek, Tom Tyrrell (31/2017)

Moja ocena tej książki jest bardzo niesprawiedliwa i zdaję sobie z tego sprawę. Nie w takiego odbiorcę jak ja celowali autorzy i stało się dla mnie jasne jakoś w połowie książki.

Po tę książkę sięgnęłam niedługo po lekturze autobiografii Kuby Błaszczykowskiego („Kuba. Autobiografia”), która podobała mi się bardzo i zachęciła do zgłębiania historii innych sław sportu. Wybór padł na trenera sir Alexa Fergusona, o którym, owszem, wiedziałam kim jest, ale jego przeszłość sportowa i prywatna były mi obce. Chcąc dowiedzieć się o nim więcej i licząc na lekturę podobną do „Kuby”, sięgnęłam po tę książkę. W przeciwieństwie do biografii Błaszczykowskiego, historia sir Alexa opowiedziana jest jedynie od strony zawodowej. Niewiele dowiemy się o życiu prywatnym.

Nie wątpię, że losy zawodowe tego trenera są materiałem na świetną książkę i że będzie to interesujące dla fana śledzącego jego karierę, który bardziej niż ja będzie orientował się w tych wszystkich piłkarskich transferach, rozgrywkach, mistrzostwach. Dla mnie jednak nie było to wciągające. Rozwój jego trenerskiej kariery, przechodzenie z klubu do klubu, kolejne zwycięstwa, kolejne ważne imprezy piłkarskie. Nie dowiedziałam się niczego o życiu prywatnym sir Alexa, nie wiem, jak kariera trenera na resztę jego życia wpływała.

Nie sugerujcie się moją niską oceną tej książki – jako fani powinniście po nią sięgnąć. Do mnie jednak nie trafiła.

Przeczytane: 12.04.2017
Moja ocena: 5/10

środa, 21 czerwca 2017

"Imieniny" Małgorzata Musierowicz (30/2017)

Jeżycjada; tom 12

Po nieudanej „Córce Robrojka” nadszedł lepszy tom Jeżycjady. 
Może nie jest to opowieść na miarę pierwszych tomów cyklu, ale zdecydowana poprawa i odbicie z trendu spadkowego. Zastanawiam się, czy kolejne miłostki, bunty nastolatków, tworzące się pary, małżeńskie kłopoty i ciąże to schemat w jaki popadła autorka, czy może po prostu taka jest kolej życia i nie ma się co czepiać, że właściwie ‘znów to samo, tylko trochę inaczej’. 
Poza błahymi (acz niesamowicie poważnymi dla nastolatki) wydarzeniami dziejącymi się w ciągu kilku imieninowych dni, pojawia się kwestia istotna i dręcząca Laurę – jej ojciec Pyziak. Bunt Laury, trzpiotki, której do tej pory wszystko wybaczano, przybiera tu poważniejszą i wcale nie cukierkową postać. Wchodzi w okres dojrzewania z hukiem i świadomość bycia córką Janusza Pyziaka w tym nie pomaga. Dobrze, że autorka wlała łyżkę dziegciu do beczki miodu z Roosevelta. Choć życzę Borejkom jak najlepiej, to takie mniej przyjemne momenty dodają im tylko autentyczności. 

Przeczytane 9.04.2017
Moja ocena: 7/10 

wtorek, 20 czerwca 2017

"Maestro z Sankt Petersburga" Camilla Grebe, Paul Leander-Engström (29/2017)

Początek mocny, potem spore zwolnienie akcji, odrobina (nawet spora ta odrobina…) męczącej nudy i znów polepszenie pod koniec, choć bez tak dużych emocji, jak na początku.

Wersja słuchana, audiobook. Co ważne, słuchana w samochodzie, w drodze do Rosji… No nie powiem, ale po brutalnym początku opowieści, nogę z gazu nieco ściągnęłam i już się na wschód tak mocno nie spieszyłam…

Nie polubiłam Rosji po mojej pierwszej tam wizycie, nie polubiłam również po wysłuchaniu tej książki. Obraz putinowskiej Rosji wyłaniający się z „Maestra…” nie jest przyjemny.  Jak jest kasa, to zapewne nielegalna, jak kręci się biznes, to kręci się też przekręty, jak jest konflikt, to jest i spluwa. Co tu lubić?

Jednym z głównych bohaterów powieści jest Tom Blixen, finansista pochodzący ze Szwecji, od 10 lat mieszkający w Moskwie. Do jego nielicznych przyjaciół należy Frederik Kastrup, adwokat, od 12 lat pracujący i wiodący szczęśliwe życie w Rosji. Decyzja Toma o współpracy z RusOilem, potentatem przemysłu naftowego, zmienia życie obu przyjaciół. Tu właśnie powinna zacząć się rwąca z kopyta, wciągająca i niedająca o sobie zapomnieć akcja.

Sama historia ze spółką, przejmowaniem akcji, dążeniem do posiadania pakietu kontrolnego mogła być niezła, ale mnie zmęczyła, znudziła. Gubiłam się w tym niejednokrotnie i początkowo zrzucałam to na moje małe skupienie, ale szybko zauważyłam, że to nie do końca powód moje zagubienia w akcji. Nie wszystko w powieści jest logiczne, niekiedy wręcz autor mocno naciąga sytuacje, tak że wydają się one mało realne. Zakończenie zbyt zachodnioeuropejskie – happy end mało pasujący do reszty powieści utrzymanej w klimacie Rosji kojarzącej się z przekrętami i władzą absolutną, która nic sobie nie robi z istnienia zwykłych ludzi.

„Maestro z Sankt Petersburga” to pierwszy tom trylogii Mroczna Moskwa. Nie wiem, czy mam ochotę sięgnąć po kolejną część.

Przeczytane: 8.04.2017
Moja ocena: 6/10

sobota, 17 czerwca 2017

"Mężczyzna, który zapomniał o swojej żonie" John O'Farrell (27/2017)

Przegadana książka o wszystkim i o niczym. Nudna, nielogiczna.

O ile na początku starałam się wciągnąć w dowcip, który autor przelewa na strony powieści, to w połowie miałam już tego niby dowcipu serdecznie dość. W historię w ogóle wciągałam się długo. Wciągnęłam się, ale podobnie jak z humorem – w połowie było już nudno, przewidywalnie, naiwnie do bólu. Początkowo ta naiwność była urocza, ale potem już niestrawna.

Książka ma sporo pozytywnych opinii na Lubimy Czytać i średnią ocen 6,7. Czyli niektórzy (a nawet większość) widzi w tej książce coś, czego ja nie dostrzegam. Zniechęcać dalej Was nie będę, bo może Wam również się spodoba. Ja tymczasem powinnam ostro wziąć się za naukę porzucania w połowie męczących mnie lektur. Mimo kilku literackich wtop, nadal tego nie umiem i jak mam już ćwierć książki za sobą – to katuje ją do końca…

Przeczytane: 5.04.2017
Moja ocena: 3/10

poniedziałek, 12 czerwca 2017

"Czasami wołam w niebo" Tamara Zwierzyńska-Matzke, Sven Matzke (26/2017)

Moja ocena tej książki jest tu zupełnie bez znaczenia. Inaczej niż emocjami oceniać się tego nie da. Dawno żadna już książka tak mną nie trzepnęła, ale po pamiętniku młodszej ode mnie dziewczyny umierającej na raka nie powinnam się chyba niczego innego spodziewać. A jednak nie sądziłam, że aż tak mnie to ruszy.

Nie potrafię i nie chcę nawet wyobrażać sobie tego co ona i jej rodzina przechodziła. Wiem, że w dzisiejszych czasach trudno spotkać rodzinę, w której raka by nie było. Ale czytać ostatnie myśli tak młodej osoby, to naprawdę nie jest łatwe. Dobrze, że miała takiego Svenka…

Nie mam pojęcia jaki jest styl czy język tej książki. Ta część chyba zadziała się gdzieś obok mnie.

Ostatnie 50 stron, choć wiedziałam co się zdarzy, czytałam już z duszą na ramieniu. I tylko te myśli – niech jej siostra przyjedzie do niej może dwa dni szybciej, bo w sobotę może być za późno. Niech jej rodzina zdąży, już przecież jedzie.

Ech, dość na razie takich książek.

Przeczytane: 3.04.2017
Moja ocena: 8/10

piątek, 2 czerwca 2017

"Obce dziecko" Rachel Abbott (23/2017)

Emma wiedzie szczęśliwe życie u boku Davida, opiekując się małym synkiem, Ollim. Para sporo przeszła, pokonała traumę Davida po wypadku, w którym życie straciła jego poprzednia żona a córka zaginęła. Sielanka trwa do momentu, w którym pojawia się Natasha – zaginiona córka Davida. Od tej pory akcja pędzi jak szalona i niewiele zwalnia aż do końca. 

Autorka gmatwa relacje między bohaterami, niewygodne tajemnice sprzed lat wychodzą na światło dzienne. Dobrzy okazują się być złymi, źli dobrymi. Choć z reguły nie silę się na rozwiązywanie zagadek przed końcem książki, tu pewne wnioski same przebijały się przez historię i tkwiły gdzieś z tyłu głowy. Nie zmienia to faktu, że ta pędząca akcja wciąga i trzyma w napięciu (i ciekawości) aż do ostatnich stron. Ba, mnie to trzymała w tej ciekawości jeszcze po skończeniu lektury. Powieść kończy się tak, że aż się prosi o ciąg dalszy (dobra wiadomość, ciąg dalszy powstał w postaci krótkiego opowiadania, nowelki – nie czytałam, więc nie wiem jeszcze, czy jest to godna kontynuacja „Obcego dziecka”).

Czy można się czegoś przyczepić? Jasne, że tak. Bohaterów i niektórych zwrotów akcji. Bohaterzy są ciut nieprawdopodobni. Emma jest wyjątkowo naiwna i ślepa. Taka idiotka z dużą ilością lukru. David – dwulicowy tchórz, a powody, które kierują jego wyborami są mocno naciągane. Natasha – zdecydowanie niesympatyczne to dziecko, ale staram się zrozumieć, że po tym co przeszła, to trudno oczekiwać, żeby była słodkim dzieckiem (ale rozumienie tego przychodzi mi z trudem). Co do zwrotów akcji – niektóre momenty są mocno nierealne i aż trudno sobie wyobrazić, by takie coś miało prawo zdarzyć się w rzeczywistości. Nie mówię tu nawet o samych niespodziankach i o tym, że wspomniane momenty są nieprawdopodobne i nacechowane ogromem zbiegów okoliczności, ale o „technicznej” stronie wykonania. 

Summa summarum, minusy nie są tu najistotniejsze i wychodzi z tego całkiem zgrabna powieść kryminalna (thriller? sensacja?)

Bardzo się cieszę, że tym razem okładkowe hasła „numer 1”, „bestseller” i „mistrzyni gatunku” nie schrzaniły sprawy – po takich zachwytach nie spodziewam się przeważnie niczego dobrego i odwlekam sięganie po tytuły opatrzone takimi dodatkami. Tym razem nie było źle. Było naprawdę dobrze. 

Przeczytane: 25.03.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 29 maja 2017

"Chłopcy" Andrzej Saramonowicz (22/2017)

Ugh. Straszne to było.
Już od początku miałam ochotę rzucić książkę w kąt. Żałuję, że jednak tego nie zrobiłam i zmęczyłam ją do końca. Wolę po stokroć czytać panią Link z jej durnymi kobiecymi postaciami niż coś tego typu (z mega durnymi męskimi postaciami).

Książka niesamowicie wulgarna, z przekleństwami co kilka słów. Pasuje to do pustego, nijakiego życia głównego bohatera, Jakuba, którego celem życia jest zaliczanie kolejnych panienek (słowo „zaliczenie” jest nad wyraz kulturalne, w porównaniu ze słownictwem z książki) . A panienki te same mu się do łóżka pchają. Język pasuje do życia bohatera, ale niestety, mi nie odpowiada wcale.

Nie wiem, o czym ta książka miała być. Mamy głównego bohatera, Jakuba, lekarza. Jakub jest rozwiedziony, ma jedenastoletniego syna, Mateusza. W powieści są też przyjaciele ojca i syna. Jakub i jego kumple zachowują się jak rozpuszczone bachory, dziecinnie i głupio, Mateusz i jego kumple  zachowują się jak niemądrzy dorośli. Wszyscy równo klną jak szewcy. Nie wiem, czemu mają służyć przekleństwa jedenastolatka. Nie tylko mężczyźni są tu durni. Kobiety również – nie ma w książce chyba bohaterki płci żeńskiej, która nie uległa Kubie. Każda jedna, hyc i już jest w jego łóżku.

A zakończenie… Mój Boże! Porażka w czystej postaci. Kompletnie nie pasujące do wszystkiego co było wcześniej – nagle wulgarny czterdziestolatek odkrywa, że miłości uczyć się może od syna. Serio? Ckliwe mądrości po blisko trzystu stronach? Absolutnie tego nie kupuję, resztki jakiejkolwiek nadziei dla tej książki zostały pogrzebane wraz z zakończeniem.

Pominę już nieudane zabiegi stylistyczne (dla przykładu – momentami brak interpunkcji, pomysł z jednozdaniowymi wypowiedziami czy myślami bohaterów ciągnącymi się czasem przez dwie strony).
Mogłabym znaleźć jeszcze wiele argumentów przeciwko tej książce, ale najzwyczajniej szkoda mi czasu i tej książce nie zamierzam poświęcić już więcej czasu. Żałuję straconych kilku dni na tę książkę.

Przeczytane:23.03.2017
Moja ocena: 3/10