czwartek, 12 października 2017

"Czarna" Wojciech Kuczok (59/2017)

To nie będzie popularna opinia, bo wbrew wszechobecnym zachwytom nad tą książką.

Mam problem z oceną tej książki. Większość wysokich ocen i pozytywnych opinii tej opowieści skupia się i podkreśla niezwykłość opisanej historii. Tyle tylko, że sama historia nie jest zasługą autora, bo wydarzyła się naprawdę. Tak to bywa najczęściej – najbardziej dramatyczne historie pisze życie.

Mąż, żona, kochanka, zdrada, wielka miłość, tragiczny finał. Ja nie znałam tej historii z gazet, nie wiedziałam więc jak się skończy. Skończyła się naprawdę tragicznie i to mną wstrząsnęło.

Rzecz dzieje się w Czarnej, małej mieścinie, w której każdy zna każdego i nic się przed sąsiadem nie ukryje, wszyscy wiedzą o sobie wszystko. Prowincja nie ułatwia romansu i choć sądzę, że sam fakt romansu z zamężną osobą nie różni się niczym w małej mieścinie i dużym mieście, to jednak w tej pierwszej trudniej chyba ukryć to przed światem.

To nie jest powieść, to tragedia naprawdę istniejącej rodziny, jedynie przebieg rozmów i myśli bohaterów są wymysłem autora. A autor postawił na stereotypy – jak prowincja, to sami głupcy i zacofańcy, jak zdradzana żona – to nieatrakcyjna i monotonna. Opisy seksu, niejednokrotnie wulgarne – po co? Po to, żeby pokazać kontrast między oziębłą (?) żoną a wyzwoloną kochanką, której niestraszne miłosne uniesienia w miejscach publicznych? Kolejny stereotyp. Nie przekonuje mnie to ani odrobinę. Do tego dzieci Jeremiego – córki i syn. Trudno, żeby żywiły ciepłe uczucia do kochanki ojca. Ale autor przedstawił je tak, że wyszły żądne krwi potworki. Czy takie były w rzeczywistości? Nie wiem i wątpię, żeby wiedział to sam autor.

Najbardziej prawdopodobną postacią wydała mi się Maria. Jej osamotnienie i fatalne zauroczenie. Musiała być naprawdę w jakiś sposób opętana uczuciem, by stało się to, co się stało.

Na plus konstrukcja językowa, jaką stworzył Kuczok, choć zdaję sobie sprawę, że niektórych może to drażnić. Nie chodzi mi o same słowa - ze wspomnianymi opisami nieatrakcyjności żony i seksu z Marią, autor nieco popłynął – ale właśnie o konstrukcję, grę słów. Krótkie sceny, trochę neologizmów, monologi. Tylko niepotrzebne wulgaryzmy mącą całokształt.

Cały czas nie opuszcza mnie jedna myśl – to wydarzyło się naprawdę. Ta rodzina istnieje. Co myśli żona, która czyta o swoich obwisłościach? Co czuje mąż, który zdradził, przyczynił się do nieszczęścia, ale wie, że takich słów jak w „Czarnej” nie powiedział, a jego relacja z Marią była jednak inna? A córki, kiedy czytają o sobie? Po co ta historia ujrzała światło dzienne w takiej formie?

Przeczytane: 22.07.2017
Moja ocena: 5/10

wtorek, 10 października 2017

6na1: "A jednak życie" Napoleon Mitraszewski (75/2017)

Kiedy Kosma zaproponował nam do recenzji książkę swojego dziadka, pierwsze co pomyślałam to "super!". Ale już po minucie zmieniło się to w "słabo". No bo co będzie jak książka zupełnie mi się nie spodoba? Okaże się literackim potworkiem? Dość nieprzyjemnie jawiła mi się wizja krytycznego recenzowania książki dziadka jednego z nas, z naszej grupy 6na1. Na domiar złego, książka do najpopularniejszych nie należy, więc wyszukanie w sieci jakiejkolwiek opinii o niej było niemożliwe. Czyli bierzemy lekturę w ciemno... I choć Kosma zapewniał, że liczy na opinie szczere, nawet jeśli niepochlebne, to sami wiecie... Na całe szczęście, książka nie jest żadnym nieudanym tworem, wręcz przeciwnie - naprawdę mi się spodobała!

Bardzo lubię takie książki. Opowieści autobiograficzne, historie z początku XX wieku, tamten język.

Książka opowiada o dzieciństwie i młodości autora, od jego pierwszego wspomnienia w wieku niespełna trzech lat, czyli od roku 1920, do wczesnej młodości, kiedy bohater kończy szkołę i choć marzy o dalszej edukacji, wie, że dla niego nie będzie to możliwe.
Poznajemy skromnie żyjącą rodzinę bohatera – rodziców i czworo starszego rodzeństwa. Ze szczegółowych opisów nie tylko wiemy, gdzie mieszkali, ale też jak wyglądały ich kolejne domy – rodzina kilka razy zmieniała miejsce zamieszkania. Chłopiec zaczyna chodzić do szkoły – wiąże się to z rozłąką z rodziną,  wyjazdem do Wilna i zamieszkaniem w szkole wraz z innymi dziećmi. W szkole jak to w szkole – bywa lepiej i gorzej. Dobrze wychowany chłopiec, który nie wyobraża sobie, żeby nie usłuchać starszych, zostaje skonfrontowany z brutalną prawdą – na świecie są dzieci, które słowa dorosłych traktują nieco lżej i dodatkowo same dla siebie potrafią być podłe. Autor opowiada nam nieco o lekcjach, ale w większej mierze skupia się na zabawie. Dzieciaki lepią bałwany, same robią sobie lodowisko, w szaleńczym pędzie zjeżdżają na sankach, wymijając z precyzją kolejne drzewa. Brzmi jak typowa (czasem niebezpieczna) zabawa  w zwyczajnej szkole, prawda? Tak brzmi i zadziwia mnie to bardzo, bo nie są to zwykłe dzieci i zwykła szkoła. To „Szkoła Powszechna Specjalna” dla dzieci niewidomych. Bohater jako kilkuletnie dziecko bawi się niewypałem. W wyniku wybuchu traci wzrok. Choć matka chłopca nie poddaje się w staraniach o zdrowie syna, przebywa z nim wiele dni w szpitalu, odwiedza różnych lekarzy, nie przynosi to oczekiwanych efektów i chłopiec pozostaje niewidomy. Uczy się życia od nowa. To, co początkowo wydaje się przeszkodą nie do przeskoczenia, z czasem staje łatwiejsze. Najpierw granice samodzielności dziecka są wytyczone przez własne łóżko, potem przez pokój, dom, podwórko. Wstyd, upadki, zderzenia z przedmiotami wokół podcinają skrzydła, ale mały się nie poddaje.

Te zwyczajne zabawy – lepienie bałwana i zjeżdżanie na sankach – już nie wydają się takie proste, kiedy zdajemy sobie sprawę, że uczestnicząca w nich gromada dzieci nic nie widzi.

Dobrze jest poznawać życie osób niewidomych, niesłyszących, wyjątkowych na swój sposób. Książkami czy filmami o nich oswajamy się z ich istnieniem, z ich codziennym życiem. Pamiętam, jak zaczęłam oglądać serial „Switched at birth”, gdzie jedna z głównych bohaterek jest niesłysząca. Automatycznie włączało mi się współczucie, kiedy tylko ona lub jej znajomi ze szkoły pojawiali się na ekranie. Nie potrafiłam nie lubić czy pomyśleć coś niemiłego o niesłyszącym bohaterze serialu. Jak widziałam głuchego nastolatka na skuterze, od razu chciałam go stamtąd myślami ściągnąć i krzyknąć „Chłopie, gdzie ty się pchasz?!”. Głuchota wydawała mi się wówczas największym nieszczęściem świata. Z czasem zaczęłam o niesłyszących myśleć tak zwyczajnie. Dotarło do mnie, że dla nich nie jest to największe nieszczęście, jakie może ich spotkać. Jak byli niefajni, to ich nie lubiłam. Jak zrobili coś głupiego, to myślałam o nich nieprzyjemne rzeczy. Po kilkunastu odcinkach stali się oni dla mnie najnormalniejszymi w świecie nastolatkami, których odbierałam tak samo, jak tych słyszących. I tak sobie myślę, że to właśnie może być to, czego im bardzo potrzeba – najnormalniejszego w świecie traktowania.

„A jednak życie” pokazuje mi zmagania innej grupy ludzi – niewidomych. Jak sam autor pisze, jego zamysłem było to, „by nasze społeczeństwo poznało przeżycia wewnętrzne i mechanizmy działania pewnej grupy ludzkiej, stosunkowo nielicznej, ale ciągle nie znanej przez ogół; grupy ludzi pragnących znaleźć zrozumienie w społeczeństwie”.

Książka powstała w latach 70., a dotyczy życia autora w latach 20. i 30. XX wieku. Zdaję sobie sprawę, że od tego czasu wiele w życiu osób niewidomych mogło ulec zmianie. Ich wygoda życia, edukacja, ułatwienia. Mimo tego przeskoku czasowego, książka pozwala oswoić się z ich życiem, zobaczyć z jakimi problemami się oni borykają.

Bardzo się cieszę, że Kosma wybrał nam tę książkę do recenzowania w projekcie. „A jednak życie” otwiera trzyczęściowy cykl pod tym samym tytułem. Ta pierwsza część tak mi się podobała, że chętnie przeczytam kolejne. 

Przeczytane: 14.09.2017
Moja ocena: 8/10

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

środa, 4 października 2017

"Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu" Dorota Masłowska (56/2017)

Nieco prześmiewczy zbiór felietonów o kulturze masowej. Jak to z takimi zbiorami bywa, są teksty lepsze i gorsze, zabawne i nieco nijakie. Całość jednak wypada bardzo dobrze i świetnie prezentuje się od strony językowej i stylistycznej.

To taka diagnoza tego, co nas otacza. Dodajmy, że trafna diagnoza. Są tu „Kuchenne rewolucje” z Magdą Gessler, Bajm, „Dynastia”, paradokumenty. Kto z nas nie oglądał choćby jednego odcinka, niech pierwszy rzuci kamieniem. A więc to poniekąd ironicznie o każdym z nas. Też się czasem dziwię, jakim cudem niektóre telewizyjne twory zrobiły karierę – fenomenu paradokumentów nie pojmę nigdy. 

Znakomicie napisane. Język cudny. Przeczytałam gdzieś opinię sfrustrowanego czytelnika, że tego bez słownika czytać się nie da. No cóż, po coś słownik wymyślono i najwidoczniej tenże czytelnik powinien się w takowy zaopatrzyć. Do tego ironia taka, jaką lubię. Polecać będę.

Przeczytane: 09.07.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 2 października 2017

"Farma lalek" Wojciech Chmielarz (55/2017)


Przyznam, że początek bardzo mnie poruszył. Zaskoczył. Odrzucił. Nie wiedziałam, czy dam radę przez to przebrnąć. Krzywda dzieci to nie jest to, czego czytanie, nawet w kryminałach, przychodzi łatwo. Ciekawość rozbudzona przez mocny początek zwyciężyła i książki na bok nie odłożyłam. Przebrnęłam, dałam się wciągnąć w fabułę, która okazała się być naprawdę ciekawa.

Malownicze Karkonosze stają się nowym miejscem urzędowania komisarza Mortki. Krotowice miały być miejscem spokojnej pracy Jakuba, tymczasem zgłoszenie zaginięcia dziecka zakłóca panującą harmonię i pociągając za sobą kolejne zdarzenia, prowadzi do zaskakujących odkryć w miejscowych uranowych sztolniach. 

Bohaterowie są dobrze skonstruowani, dobrze wpleceni w całą intrygę. Ta jest spójna, starannie poprowadzona. Jest i logika w działaniu Mortki, i logika w domniemanej zbrodni. 

Bardzo dobrze się to czytało. Język nieudziwniony, naturalny. Autorowi nie można odmówić łatwości pisania i tworzenia zagadek kryminalnych. Cieszy, że na polskim podwórku mamy takich pisarzy kryminałów jak Wojciech Chmielarz. Dobrze, że komisarz Mortka powraca w kolejnych tomach.

Przeczytane: 05.07.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 18 września 2017

"Lawa, owce i lodowce. Zadziwiająca Islandia" Agnieszka Rezler (54/2017)


To nie jest książka o Islandii. To jest książka o rodzinnej wyciecze pani Agnieszki na Islandię. Po co było z tych wspomnień robić książkę? Nie wiem.

Nakręcona „Szeptami kamieni” szykowałam się na równie przyjemną ucztę językową, powolny, leniwy i poetycki, niczym Islandia, styl i na zakątki, których samach nie zdążyłam na tej magicznej wyspie odkryć. Poprzeczka postawiona jak do skoku o tyczce, a tu się okazało, że nawet wysokość skoku wzwyż nie została osiągnięta.

Im dalej w książkę, tym bardziej byłam przekonana, że te wakacje to pierwszy wyjazd pani Agnieszki. Przeżywała bardzo każdy etap planowania i pobytu. Przed wyjazdem przeczytała chyba cały Internet, a i tak ją wiele dziwiło (to akurat naturalne, Islandii przez zdjęcia z Internetu nie sposób poznać). Rozumiem, że planowanie wycieczek na własną rękę nie dla każdego musi był proste, ale serio, po co pisać o tym książkę? (z tą ‘własną ręką’ to też nie wiem jak było, bo jakieś biuro i przewodnik po drodze też byli). Wizja przygody znika za każdym razem, gdy autorka wspomina noclegi w hotelach. Hotele? Na Islandii? Większą przygodą jest spanie w drewnianych domkach z owcami po oknem, w guesthouse’ach na odludziu, w domach, gdzie właściciele piwnice adaptują na pokoje dla podróżników. Chciałam powiedzieć, że ja na Islandii żadnego hotelu nie widziałam, ale prawda jest taka, że nawet go nie szukałam.

Gdzieniegdzie pojawiają się wzmianki o córce, dziesięciolatce, która wypadła tu wyjątkowo niekorzystnie – przesmradza z jedzeniem, odmawia posiłków, siedzi znudzona na tylnym siedzeniu i nie ruszają jej widoki za oknem. Za to mamę i owszem, i to jak.

Przejdźmy do najbardziej drażliwego dla mnie tematu, jeśli mowa o tej książce. Coś, co w moich oczach pogrążyło ją zupełnie. To język i styl, na jaki sili się autorka. Styl niby to żartobliwy, niby luźny. W jakiejś recenzji przeczytałam, że w książce jest „spora dawka błyskotliwych spostrzeżeń i trafnych komentarzy nie pozbawionych poczucia humoru”.
Uraczę Was próbką tegoż stylu, może Wam przypadnie do gustu i tylko ja wyjdę na taką bez poczucia humoru, która nie widzi tu ani trafności, ani błyskotliwości:

„Jakby opanowanie islandzkiego było w ogóle możliwe! Islenska, ciekawy jako przedmiot obserwacji, w roli użytecznego narzędzia komunikacji jest zupełnie do niczego. Garść precelków i owadów, wstawiona w miejsce naszych swojskich sz, cz i żet, potrafi skutecznie odciąć dostęp do własnej kory mózgowej. Myślę, że ci, którzy próbowali się zasymilować poprzez naukę islandzkiego, do dziś błądzą po interiorze, jedzą porosty i uważają się za konie, a ich pozostawione w Polsce rodziny pielęgnują symboliczne groby” (s.23-24)

„Ten samochód (…) przez najbliższe kilka dni ma być naszym domem. Wiadomo jak to jest, kiedy samochód staje się domem: (…) wszystko natychmiast zaczyna się lepić. Ze schowków sterczy wczorajsze śniadanie zawinięte w mapę, na podłodze w resztkach soku marynują się ogryzki. Siedzicie na własnych okularach przeciwsłonecznych z jedną nogą w plecaku (…) Po czterech dniach zaczynacie myśleć o swoim aucie jak o samochodzie-pułapce, po pięciu jesteście gotowi spędzić kolejne wakacje z obozem wędrownym, byle dalej od auta” (s.44-45)

Nie jestem Perfekcyjną Panią Domu, w aucie miewam nieporządek (no dobrze, częściej miewam niż nie miewam), ale w wynajętym aucie na Islandii spędziłam 10 dni, przejechaliśmy (cztery dorosłe osoby) blisko 3000 km i nic nam na podłodze się nie marynowało… Więc nie, najwidoczniej nie wiemy jak to jest kiedy samochód staje się domem.

„Dymy. Nie są to jednak znaki ludzkich siedlisk, o nie. Snujące się nad ziemią szare i białe smugi to przejawy działania podziemnej kotłowni. Sygnały nadawane prosto z piekła” (s.75)

Gdybym ja tylko o tej kotłowni w piekle wiedziała przed moim wyjazdem na Islandię… Inaczej bym na to patrzyła…

„- Macie ochotę na krótki spacer? – pyta Addi. Jasne, że mamy. Od trzech dni brakuje nam poczucia, że jesteśmy choćby turystami z krwi i kości. Przewożenie się od zachwytu do zachwytu klimatyzowanym samochodem skutecznie tłumi w nas dumę konkwistadorów” (s.142)

Addi to ich kierowca i przewodnik na kilka dni. Rodzina wyjechała z hotelu i na nocleg powróci do tego samego hotelu. Może dlatego krytycznie oceniam tę książkę, że dla mnie turysta z krwi i kości, konkwistador, to zgoła coś innego, niż to, czym jest dla autorki. I po co na Islandii klimatyzacja w aucie? Tam w lipcu przy dobrych wiatrach (a właściwie przy ich braku), jest 15-16 stopni. I to w pojedyncze dni, na przemian z temperaturą między 10 a 14 stopni.

„Przecież monumentalna przyroda inspiruje. Ruchy górotwórcze oglądane przez własne kuchenne okno – cóż to za pożywka dla wyobraźni!” (s.154)

No ja rozumiem, że ruchy górotwórcze są bardziej gwałtowne niż te lądotwórcze, ale znów się z autorką rozmijamy i inaczej rozumiemy „gwałtowność”.

„Co do reszty, Islandczycy – mam na myśli tych prawdziwych, którzy śpią w zagrodzie z owcami – są chyba na co dzień zbyt zajęci, żeby zawracać sobie głowę architekturą” (s.155)

Takie żarciki ścielą się gęsto. Konia z rzędem temu, kto przy stronie 155 nie miałby ich jeszcze dość.

„Kiedy do najbliższej Ikei jest 300 kilometrów, a do salonu Vitry 1800 w linii prostej, kupowanie mebli przestaje być niedzielną rozrywką” (s.155)

No i wszystko jasne! Jak już wiem, co dla autorki jest niedzielną rozrywką, łatwiej mi zrozumieć jej ekscytację i przeżywanie wyjazdu na wakacje!

„Czyli kochają tu lampy, to pewne. Wiedzą, ile może zdziałać jeden głupi klosz i precyzyjnie wymierzony snop światła (…) Jak na to wpadli? Przecież jasny dzień wlecze się na wyspie przez dwadzieścia jeden godzin, a widok spacerowiczów w okularach przeciwsłonecznych na kwadrans przed północą nikogo nie dziwi. Próbuję rozwikłać tę behawioralną zagadkę, kiedy nagle uświadamiam sobie, że przecież mamy środek lata, a bywa tu także zima. Długa i ponura, kiedy słońce wychodzi na niecałe cztery godziny, co przecież w ogóle się nie liczy” (s.159)

To nie jedyne odkrycie na takim poziomie, jakim pani Agnieszka postanowiła podzielić się z całym światem na kartach swej książki (zamiast zapaść się pod ziemię).

„Gdzieś pod powiekami przesuwa mi się obraz szeregu wiernych przystępujących do komunii, skojarzenie – przyznaję – mocno przerysowane. Ale wszyscy mamy podobne miny, wskazujące na pewien stopień spoufalenia z Clintonem, Larssem Ulrichem i Jamesem Hetfieldem, którzy jedli tu przed nami” (s.250, 252)

Powiem szczerze – moje pierwsze myśli po przeczytaniu powyższego oscylowały gdzieś w okolicy „WTF???”. Wspominałam o ekscytacji i przeżywaniu autorki? Przeżywaniu wszystkiego? Bo ten cytat jest o kolejce przy budce z hot-dogami. Fakt, że znanymi. Że jadł tam Clinton. Ja też tam jadłam. Nie miałam miny wskazującej na poczucie spoufalenia z Clintonem, ani z nikim innym. A już na pewno ani ja, ani nikt inny w kolejce nie wyglądał jak wierny przystępujący do komunii.

Takich żenujących fragmentów wskazujących na to, jak bardzo nie jest to książka o Islandii jest tu mnóstwo. Wiem, że dużo ich przytoczyłam i mogłam Was nimi zanudzić, ale doceńcie, że jest ich tylko tyle. Zaznaczonych miałam ich co najmniej trzy razy więcej. Jest też w tym trochę mojej złośliwości… Skoro ja męczyłam się z takim językiem prawie 300 stron, to Wy z moją opinią na trzy strony dacie radę.

Ta opowieść byłaby niezła, gdybym usłyszała ją siedząc przy kawie z dobrym znajomym, który opowiadałbym mi swoje wrażenia z wakacji. Wtedy ani ten język, ani niby żarty by mi nie przeszkadzały. A tak, jakaś obca kobieta opowiedziała mi o swoich przygotowaniach i swoich wrażeniach z wycieczki. Była na Islandii, dwa razy. I dlatego postanowiła napisać książkę o kilku najpopularniejszych miejscach tej uroczej wyspy.

Może gdybym nie była na Islandii, inaczej odebrałabym tę książkę (choć nie, pewnie byłabym sfrustrowana, że zamiast o Islandii dowiedziałam się czegoś o pani Agnieszce). Jak ktoś tam jednak był, to niech daruje sobie tę lekturę.

Daję 4/10. Bo mimo wszystko, ekscytacje autorki dzieją się na Islandii. I niektóre zdjęcia były ładne (a zdjęć jest dużo). I trochę wywołało to miłe moje wspomnienia, które też mogłabym przecież w książkę zmienić (tylko po co?) i wierzcie mi, mogłoby wyjść ciekawiej; przygody mieliśmy dużo lepsze niż te, która pani Agnieszka opisuje.

Przeczytane: 2.07.2017
Moja ocena: 4/10

piątek, 15 września 2017

"Samsara. Na drogach, których nie ma" Tomek Michniewicz (53/2017)

Mam mieszane uczucia. Nie czytałam nic innego tego autora, więc nie wiem jeszcze, czy styl z “Samsary…” jest u niego taki zawsze, czy to tylko tu. Początkowy chaos i zbyt duży luz nie nastawiły mnie dobrze. Potem trochę przywykłam, ale tego nie polubiłam. Momentami autor sprawiał wrażenie nieco zarozumiałego, aroganckiego, „jakim to dzielnym backpackerem jestem”. Jakby kpił z innych podróżników i stawiał się ponad nimi.

Roger, czyli wewnętrzne 'ja' autora, też nie pomógł w zdobyciu mojej sympatii.
„To jest ten moment, kiedy muszę wam chyba przedstawić Rogera. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, Roger jest moim wyimaginowanym przyjacielem (…) Roger to uczucie, które mi czasem mówi, że coś jest nie w porządku i trzeba uciekać. Nazywajcie to, jak chcecie – intuicją, przeczuciem, lękiem, paniką. To bez znaczenia. Roger na co dzień siedzi cicho i nie odzywa się. Ale czasami zaczyna drzeć mordę, gdy wyczuwa, że coś jest poważnie nie tak.”

Wstawki typu „Trzymaj się tatusia, wejdziemy od drugiej strony”, wypowiadane do towarzysza podróży jeszcze sprawę pogarszały.

Zmanierowanie zbyt duże, jak dla mnie. Po tej książce mogłabym powiedzieć, że wielkim pisarzem to autor nie jest, ale dam mu jeszcze kiedyś szansę. Ocena 6/10 tylko dlatego, że Azję lubię i przyjemnie było zdjęcia pooglądać.

Przeczytam jeszcze ze dwie książki „podróżnicze” na takim poziomie i nabiorę przekonania, że i ja książkę mogę napisać…

Przeczytane: 1.07.2017
Moja ocena: 6/10

poniedziałek, 11 września 2017

"Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben (52/2017)

Nie pochłonęło mnie to tak, jak planowałam. Nie czytałam „Sekretnego życia drzew”, nie mam więc porównania, ale ani historie o zwierzętach nie były porywające, ani sam styl autora mnie nie urzekł. Liczyłam na nieznane mi ciekawostki o zwierzakach, historyjki, o których nie mówi się głośno. Takich było raptem kilka. Treść jest dość chaotyczna, każdy rozdział o czymś zupełnie nowym. Autor powtarza się w kółko – króluje „jak już wspomniałem”. Problem również w tym, że choć czytałam raczej uważnie, to czasem nie mogłam znaleźć tego, do czego autor się odwołuje w tym „jak już wspomniałem” – czyli jednak tego nie wspominał.

To nie było złe, jednak liczyłam na coś więcej. Czyta się to szybko, ale po lekturze nie wciskałam tego do czytania rodzinie i koleżankom – a tak z reguły się dzieje, gdy przeczytam coś ciekawego lub coś, czym zachwycona nie jestem, ale ma to styl, charakter, jakiś swój pazur. Mam do tej książki stosunek obojętny, ani nie polecam, ani nie zniechęcam.

Przeczytane: 30.06.2017
Moja ocena: 6/10

czwartek, 7 września 2017

"Zabij mnie znów" Rachel Abbott (51/2017)

Z każdą stroną moja ocena tej książki spadała i spadała. To, że skończyło się na ocenie 3/10, to zasługa tylko mojego początkowego dobrego nastawienia do tej książki. Nastawienie miałam dobre, bo poprzednią książkę Rachel Abbott („Obce dziecko”) oceniłam lepiej, na 7/10.
Maggie, główna bohaterka, jest nadzwyczajną idiotką. Poza tym jest podobno prawniczką. To już pierwszy absurd. Być może przeceniam prawników, ale wydaje mi się, że są to z reguły myślący ludzie, bo jednak ich praca wymaga odrobiny wysiłku ze strony szarych komórek. Nie twierdzę, że każdy prawnik to orzeł wśród inteligentów, ale nie wierzę, żeby jakikolwiek prawnik był w stanie wykonywać swoją pracę, będąc jednocześnie tak ułomnym na rozumie jak Maggie. Ta kobieta nie wykazała się jedną racjonalną czynnością, żaden jej pomysł nie był dobry. Wszystko co robiła i co mówiła było jedną wielką głupotą.
Nie będę przytaczała wielu przykładów jej nierozumnego postępowania, bo musiałabym pół książki przepisać, powiem tylko, że wątpliwości odnośnie inteligencji bohaterki zaczęłam mieć w początkowych rozdziałach, kiedy to Maggie, już po zaginięciu męża, każdy jeden telefon odbiera słowami „och Duncan, dzięki Bogu”. Nie muszę chyba dodawać, że po drugiej stronie ani razu nie było Duncana… Nie wiem jak Wy, ale ja jak ktoś dzwoni, to raczej zaczynam bardziej standardowo i z autopsji mogę stwierdzić, że „Halo” czy „Słucham” sprawdza się o wiele lepiej. Nadzieję na to, że w Maggie są jednak jakieś pokłady rozumu straciłam w połowie książki, w momencie, gdy kobieta dziękowała istocie boskiej za założenie konta na facebook’u: „Teraz dziękowała jakiejś boskiej istocie, w którą nie wierzyła, za to, że podjęła taką decyzję”. To zdanie trudno mi opatrzyć jakimś komentarzem, więc lepiej już skończę temat głupoty Maggie. Próbkę już macie i wierzcie mi, lepiej nie będzie.

Generalnie z logiką słabo w tej książce. Wydarzenia też jakieś bez ładu i składu, naciągane, nieprawdopodobne. Natłok zdarzeń, co jedno to mniej logiczne.

Wierzcie mi, że jak podczas lektury zaczniecie sami się pytać „Gdzie sens? Gdzie logika?” to do ostatniej strony już nie przestaniecie. A zdania jak „Była pewna, że nigdy się stąd nie wydostanie, ale znajdzie go, jeśli tylko będzie miała szansę” będą jedynie kolejnym nadwyrężeniem Waszej czytelniczej cierpliwości.
Nie polecam.

Przeczytane: 25.06.2017
Moja ocena: 3/10

poniedziałek, 4 września 2017

"Kierunek Afryka. Niebanalna historia Stefana Szolc-Rogozińskiego" Maciej Klósak, Dariusz Skonieczko (49/2017)

Stefan Szolc – Rogoziński, podróżnik pochodzący z Kalisza, już jako młody chłopak miał szalony plan podboju Afryki. To ten kontynent, a zwłaszcza Kamerun, upodobał sobie Stefan. Rok 2017 jest w Kaliszu rokiem Stefana Szolc – Rogozińskiego i z tej okazji ukazała się książka „Kierunek Afryka”. Powiedziałabym, że jest to wydawnictwo dość ekskluzywne – nakład to bodajże 70 egzemplarzy – więc większość z Was może nie mieć okazji sięgnięcia po nią.

Stefan od samego początku miał wizję. Chciał, by jego wyprawa do Kamerunu była wyprawą narodową. Chciał kawałka Polski na Czarnym Lądzie. W sprawie narodowej wyprawy agitował wśród wpływowych osób zarówno na ziemiach polskich, jak i we Francji. Przeciwko całej wyprawie był ojciec Stefana, mający w Kaliszu dobrze prosperujące interesy. Naturalnym spadkobiercą miał być właśnie Stefan, który bez pozostawiania najmniejszych wątpliwości, że nie jest biznesem zainteresowany, sprzeciwił się ojcu i rozpoczął zamianę wizji podróży w realny plan.

Książka nie jest biografią ani reportażem. To taki misz-masz, na dodatek fabularyzowany. Wydarzenia czy przewijające się postacie są prawdziwe, ale jestem pewna, że przebieg poszczególnych spotkań, toczące się rozmowy i przemyślenia bohaterów, są już wymysłem autorów. Nie są to może wybitne spostrzeżenia, czasem nieco frywolne, ale tu pasują do całości.

Niesamowity jest dla mnie upór, z jakim Stefan dążył do celu. Dwudziestoletni chłopak, a jego wizja tego, co chce osiągnąć była jasna. Dokładnie wiedział czego chce i choć mogło wydawać się to szalone, uparcie realizował swój plan. Zrezygnował z wygodnego życia, jakie mogła mu zapewnić kariera w biznesie ojca, postawił wszystko na jedną kartę i wybrał podróże. Godny podziwu upór.

Do druku wkradło się nieco literówek, tudzież zgubionych literek czy przecinków. Biorąc pod uwagę specyfikę wydania, nie byłam tym specjalnie zdziwiona.

Przeczytane: 20.06.2017
Moja ocena: 6/10

czwartek, 31 sierpnia 2017

"Inwigilacja" Remigiusz Mróz (48/2017)

Kocham Chyłkę! To już oficjalne. Zresztą, swoją miłość do niej ogłosiłam tutaj, potem jednak nadeszło zwątpienie. Wiecie, zauroczenie minęło, klapki z oczu spadły, Chyłka poczuła się przy mnie pewniej, no i pojawiły się pierwsze zgrzyty. Po cichych dniach, do naszej relacji powróciła stabilność (tutaj), a wraz z „Inwigilacją” miłość wybuchła na nowo, a uczucie jest jeszcze większe niż początkowo! Tym razem to coś poważnego i tak na serio.
Wszystko mi się podobało. I historia, która pojawiła się  w tej części, i Zordon, i Chyłka, i oni razem. No, wszystko poza zakończeniem mi się podobało. 

Mam sporo z Chyłki, co niedawno uświadomił mi kolega z pracy (i od tamtej pory nazywa mnie Chyłką :)). Zawody mamy różne, ale tu klienci, tam klienci, tu współpracownicy, tam współpracownicy. Niby inaczej, ale jednak podobnie.  A ten jej charakterek! Mój Boże, jak dobrze wiedzieć, że nie jestem sama! Jest jeszcze taka Chyłka! (nie, nie musicie mi przypominać, że ona papierowa, że tak na niby). No i ja tyle nie piję. I dla znajomych bywam jestem milsza. Przynajmniej milej się odzywam. 

„Inwigilacja” porusza palące problemy współczesnego świata – islam, zamach terrorystyczny, porwane dziecko, uprawnienia służb państwowych do ingerencji w naszą prywatność. Historii zdradzać nie będę, powiem tylko, że nie sposób nie zgodzić z wieloma kwestiami wypowiadanymi przez bohaterów. Mają oni niezły zmysł obserwacji. Chyłka z reguły bawi mnie bez przerwy, ale tym razem momentami był to śmiech przez łzy. 

Muszę wrócić do zakończenia, bo to co zrobił czytelnikom autor jest niehumanitarne. Tak zakończyć powieść! Dobrze, że pan Mróz szybko pisze i nie musimy latami czekać na kolejną część. Przyznam, że martwię się o Chyłkę, ale ma ona jeszcze sporo do zrobienia, więc liczę, że i tym razem wykaraska się z problemów, w które wpakował ją autor. 

Słuchałam. I powiem Wam jedno – kolejnego tomu też wysłucham. Geniusz! Krzysztof Gosztyła czyta to wspaniale. Idealna interpretacja dosłownie każdego zdania. Już nie mogę się doczekać dalszych losów Chyłki i audiobookowej uczty dla ucha

Przeczytane: 17.06.2017
Moja ocena: 8/10

środa, 9 sierpnia 2017

6na1 "Charlie Ciuch-Ciuch" Beryl Evans (65/2017)

Jak się okazuje, w naszym projekcie #6na1 jesteśmy bardzo wszechstronni. Niestraszne są nam kryminały, powieści na faktach, fantastyka czy poruszająca literatura piękna. Dziś udowadniamy, że niestraszne są nam też bajki dla dzieci. Tego jeszcze u nas nie było!

Wiecie, z tym naszym projektem to jest tak, że nigdy nie wiadomo, co przyjdzie nam czytać. Każdy z nas wybiera co miesiąc tytuł, który wszyscy czytamy. No a że gusta różne, to zawsze jest ryzyko, że lektura nam nie podejdzie i trzeba się będzie męczyć te kilkaset stron. Niesamowitą zaletą projektu jest to, że sięgam po książki, po które sama w życiu bym nie sięgnęła i okazuje się, że, o zgrozo, fantastyka czy książka blogera bawią mnie do łez! Kiedy więc padła propozycja przemaglowania bajeczki „Charlie Ciuch-Ciuch”, kalkulacja była prosta – jak każda książka może się spodobać, może się nie spodobać, ale nawet jakby była totalną wtopą, to przynajmniej będzie to krótka wtopa.

„Charlie Ciuch-Ciuch” wtopą nie jest, ale mam mocno mieszane uczucia odnośnie tej bajki. Już po skończeniu czytania (czyli po 10 minutach od rozpoczęcia czytania), dowiedziałam się, że autor, Beryl Evans, to tak naprawdę… Stephen King! I kiedy teraz tak o tym myślę, że postać Charliego jest naprawdę iście Kingowa, a wrażenie potęguje wygląd ciuchci. No ale po kolei.

Bajka jest poruszająca. Parowóz Charlie zostaje odsunięty na boczny tor i okazuje się być niepotrzebny, kiedy pojawia się nowoczesna lokomotywa. Więcej treści zdradzać Wam nie będę. Powiem tylko, że to niejako metafora odstawiania w kąt rzeczy nam znanych, ale już starych, kiedy pojawia się na horyzoncie nowe, nowocześniejsze, uważane za lepsze. Często przecież jest tak, że coś, co lata służyło nam całkiem dobrze, odstawiamy na bok, wyrzucamy, kiedy pojawia się nowe. To taki zachwyt nowym, nieznanym. To samo dotyczy ludzi. Starzenie się, przemijanie. Naturalna kolej rzeczy. Ale czy zawsze nowe oznacza lepsze? Dzieciaki czytające książeczkę dostrzegą, że łatwo jest ranić czyjeś uczucia zastępując stare nowym, odsuwając na bok dziadków, rodziców, rodzeństwo, a wybierając nowo poznanych kolegów.
To również opowieść o pięknej przyjaźni. Bob nie zapomina o Charlie’m, nawet gdy ten przestaje być potrzebny dla świata.

Odnośnie samego przesłania książeczki – nie mam zastrzeżeń. Ale mam je względem postaci Charliego… Jego wizerunek na obrazkach mnie nieco przeraża. Ma złośliwe oczka, paskudne zęby, czasami dziwny grymas twarzy (o ile ciuchcia może mieć twarz…). Zastanawiam się, czy jeśli mnie odpycha postać Charliego, to czy przekona dzieci?
Nie jestem też pewna, czy zdanie „szarpała jak diabli za linkę gwizdka” jest odpowiednia dla kilkulatków…

Czy przesadzam? Sami sprawdźcie. Jeszcze trochę i ta recenzja będzie dłuższa niż cała książeczka, więc lepiej zakończę w tym miejscu.


No sami spójrzcie na kilka zdjęć Charliego…
Przeczytane: 5.08.2016
Moja ocena: 6/10


Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

piątek, 4 sierpnia 2017

"Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii" Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak (47/2017)

Moja ocena tej książki to 8/10 ale uczciwie mówię, że co najmniej jedna gwiazdka wyżej (a może nawet i dwie) jest za mój sentyment do Islandii, za uśmiechanie się do siebie podczas lektury, za Basków w jednym z rozdziałów.

Byłam na Islandii w tym samym czasie, w którym powstawało sporo historii z tej książki – jak autorzy, cieszyłam się nadzwyczaj pogodnym latem i oglądałam mecze rozpoczynającego się Euro 2016.

Tak niespiesznie czytało się tę książkę. Bywało poetycko, ale tak w sam raz. Ze wspomnień nie powstała ckliwa laurka, po prostu w ładny sposób przedstawili oni surowość klimatu Islandii. Mało jest autorów w tej książce, dużo Islandii, jej mieszkańców, tych rdzennych i przybyłych z różnych zakątków świata. Spokojna narracja, nienachalne opowieści o różnej tematyce, z różnych stron wyspy. Tematy nieoczywiste, czasem wręcz zaskakujące, jak np. ten o Baskach. Skąd w ogóle pomysł, żeby opowieść o nich wpleść do książki o Islandii? (Co osobiście bardzo doceniam, bo choć dwa lata w Kraju Basków mieszkałam, a Islandia mnie fascynuje, to tej historii nie znałam).

Pomimo tego, że książka bardzo mi się podobała, nie wiem, czy od niej chciałabym zacząć poznawanie Islandii, gdybym tej wcale nie znała (właśnie przez tą nieoczywistość kolejnych tematów).

Przeczytane: 16.06.2017
Moja ocena: 8/10

środa, 2 sierpnia 2017

"Biel. Notatki z Afryki" Marcin Kydryński (46/2017)


Tak to jest, jak się pisze opinię 1,5 miesiąca po skończeniu lektury… Książce dałam ocenę 6/10, choć jak dziś o niej myślę, to wydaje mi się, że na 7/10 spokojnie zasługuje.

Nie jest to przewodnik po Afryce. Nie jest to wprost dziennik ani reportaż. Jak sam tytuł wskazuje, to właśnie notatki z Afryki. Niespieszne, momentami nostalgiczne, osobiste. Zresztą, o tym jaka jest to książka najlepiej mówi sam autor:

"Jeśli poczują się Państwo poirytowani, że jest to książka zbyt osobista, intymna, że nie przypomina niczego, co już znacie, to może dobrze. Tylko tak mogło być. Jeżeli ktoś nazwie ją albumem fotograficznym, sprawi mi przyjemność. Gdy uzna, że to książka o Afryce, nie będę się spierał. Na nieprzyjemny zarzut, że jest w istocie autobiografią, nie będę umiał odpowiedzieć, zażenowany, przyłapany na gorącym uczynku. Sam myślę o «Bieli» jak o notatkach na marginesach książek, które zawsze mam ze sobą w podróży, bo lubię rozmawiać ze znacznie mądrzejszymi od siebie."

Rzeczywiście, w książce jest ogrom zdjęć z Afryki. Zdjęć takich, jakie lubię – nie tylko widoków, ale przede wszystkim ludzi w ich codziennym otoczeniu. Zdjęcia, jak i właściwie cała książka, to uchwycone chwile, które przydarzyły się autorowi na tym magicznym kontynencie. Obraz Afryki, jaki się z tych chwil wyłania nie jest bynajmniej idylliczny. Gdyby ktoś zapomniał, to autor przypomina – Afryka jest piękna, owszem, ale też niebezpieczna. Różnorodność spotykana na każdym kroku to wspaniała okazja do poznania innej kultury, ale też ryzyko popadnięcia w tarapaty.

Językowo – czytało się to dobrze. Autor naprawdę rewelacyjnie oddał klimat niespieszności, powolnej kontemplacji Afryki. Jest nieco poetycko, słowa są właściwie dobrane. Owszem, zdarzyły się autorowi wpadki z wędrowaniem przez „jelita dżungli” lub oglądanie „biszkoptu słońca”, ale sam styl, czasem krótkie urywane frazy – bardzo mi odpowiadały i nadawały odpowiedni klimat całej książce.

Jednego po tej lekturze można być pewnym – Marcin Kydryński prawdziwie zafascynowany jest Afryką i to widać w każdym zdaniu.

Przeczytane: 12.06.2017
Moja ocena: 6/10

wtorek, 1 sierpnia 2017

6na1 "Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera" PigOut (61/2017)

Halo, halo! Tu projekt #6na1! Tym razem obśmiewamy naszą rzeczywistość i wraz z PigOutem kpimy z czego tylko się da!

No dobra, byłam sceptycznie nastawiona do tej książki i powiedzieć, że byłam „trochę sceptyczna” to nie powiedzieć nic. Nie to, że mam coś przeciwko autorowi (bo nie znam, to nie mam nic przeciwko), ale powiedzmy, że mój stosunek do książek wydanych przez celebrytów, blogerów, aktorów jest dość oziębły. Tym razem przyznać jednak muszę, że ubawiłam się przednio, przeczytało się to szybko, więc jeśli tylko nie spodziewacie się czegoś na miarę „Dziadów” czy choćby „Lalki”, to śmiało mogę Wam „Świnię…” polecić. Wartkim korytem (sic!) myśli PigOuta spływają i za pomocą lekkiego pióra przybrały nawet zabawną postać.

Mojemu początkowemu negatywnemu nastawieniu sprzyjał też tytuł. Świnia, hejter… No faktycznie, hejt jako coś, czym należy epatować. Tymczasem okazało się, że hejtu w książce nie ma wcale. Jest sarkazm, jest ironia (również autoironia), ale to nie hejt od razu. Uwielbiam sarkazm i ironię, więc stopniowo, strona za stroną, było coraz lepiej.

Książka to zbiór krótkich, szyderczych tekstów, prawie że samo się czytających. Nie wiem, czy teksty w książce są powieleniem bloga, bo bloga PigOuta nie znam. Jakbyście chcieli wyszydzić wszystko co przyjdzie Wam do głowy, to PigOut podpowie Wam jak. Niczemu z otaczającego nas świata nie ujdzie na sucho. I choć faktycznie może to wyglądać początkowo na hejt, to tak naprawdę jest to prześmiewcze i krytyczne spojrzenie na dzisiejszy, współczesny świat.

Bo wiecie, prawda jest taka, że ja to się z wieloma przemyśleniami PigOuta zgadzam i identyfikuję. No bo czy ja to się mało zastanawiałam nad fenomenem crocksów? Ależ zastanawiałam. Niestety, do niczego nie doszłam i popularności tych plastikowych kapci nie rozumiem nadal. Podzielam z PigOutem również zdanie o spędzaniu Sylwestra i gdybym miała telewizor, byłabym podobnym nolifem oglądającym koncerty emitowane przez TVP czy TVN. Jak się okazuje, jestem jeszcze większym nolifem, bo z powodu braku szklanego ekranu, nawet na telewizyjnych koncertach się nie ubawiłam. Właśnie z rozdziału o mało hucznym Sylwestrze przed tv pochodzi jeden z cytatów, który wywołał u mnie potężny atak śmiechu:

„Stolicę rozświetlił dopiero Piasek… swoimi zębami. Jebaniutki, wyglądał, jakby zrobił sobie protezę z drażetek gum Orbit.” (s.150)

Ostatnia część książki to najwięcej prywaty autora. Czytacie pudelka? Ja nie, ale jak widać, tkwi we mnie potrzeba popodglądania czyjegoś życia. Z niekłamaną przyjemnością czytałam o złej karmie krążącej nad PigOutem i czułam się jak rasowa czytelniczka internetowych portali plotkarskich (przynajmniej tak to sobie wyobrażam). Mój wewnętrzny troll cieszący się z nieszczęścia innych został nakarmiony.

Zawsze mam problem z oceną takich książek. Z jednej strony, trudno to w ogóle nazwać książką – w porównaniu z ‘prawdziwą’ literaturą, ocena 7/10 to naprawdę duuuużo. Jeśli jednak nieco spuścić z tonu i porównywać „Świnię…” jedynie z innymi książkami ze swojej kategorii, to wypada to naprawdę śmiesznie.

Już myślałam, że jestem aspołeczna, że tak bardzo nie rozumiem szału promocji w Lidlu, sukcesu crocksów i Greya. Dzięki PigOutowi widzę, że co najmniej jeszcze jedna osoba ma podobnie. 

Przeczytane: 26.07.2017
Moja ocena: 7/10

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

czwartek, 27 lipca 2017

"Krucyfiks" Chris Carter (45/2017)


Cykl: Robert Hunter, tom 1

Jako że kryminały to ja czytuję od jakichś trzech lat, to i Chris Carter się do tej pory przede mną uchował. Wcześniej to jedynie Agatha Christie się pojawiała u mnie na półce, ale umówmy się – jej klasyczne kryminały z Herculesem Poirotem lub panną Marple naprawdę mają niewiele wspólnego z tym, co w kryminałach dzieje się obecnie. Przy pojawiających się z każdej strony zachwytach nad panem Carterem przyszła pora i na niego. I to nasze pierwsze spotkanie uważam za bardzo udane i wróżące nam ciekawą przyszłość.

Zaczyna się mocno i zaskakująco – pierwsze strony i od razu duże bum!  Taki stan utrzymuje się przez większą część książki. Akcja wciąga, bywa nieprzewidywalna, czasem przerażająca. Makabryczne pomysły tytułowego psychopaty – Krucyfiksa przyprawiają o gęsią skórkę. A przyznać trzeba, że fantazja Krucyfiksa zdaje się być bezgraniczna.

Przyczepiłabym się jedynie do końcówki. Detektyw Hunter nieco się rozbrykał, rozum mu się momentami wyłączał, chojrakował – niepotrzebnie. Odebrałam to jedynie jako zapchajstrony, żeby akcję nieco rozciągnąć i odwlec rozwiązanie zagadki.

„Krucyfiks” to naprawdę bardzo udane rozpoczęcie cyklu z detektywem Hunterem. Już się cieszę na kolejne tomy.

Przeczytane: 7.06.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 24 lipca 2017

"Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo" Marek Rabij (43/2017)

Jedna z większych (jak nie największa) katastrof budowlanych staje się punktem wyjścia dla tego reportażu. Mowa o katastrofie kompleksu Rana Plaza w Bangladeszu z kwietnia 2013. Katastrofie spowodowanej tylko i wyłącznie przez bezmózgich chciwców i konsumpcjonizm, który jest już integralną częścią dzisiejszego świata, Konsumpcjonizm, który sprawia, że potrzebując do życia "coś", mamy w domu "coś +2", ale jak w galerii handlowej jest promocja, to dokupimy jeszcze ze "dwa cosie". T-shirt się przetarł? To nic, weźmiemy na ścierkę, kupimy nowy. Promocja była, trzy w cenie jednego. 

Chciałabym z czystym sumieniem powiedzieć, że nie kupię już nic z metką "made in Bangladesh", ale obawiam się, że może to być ciężkie zadanie. Tak samo chciałabym powiedzieć o oryginalnych ciuchach znanych projektantów (to już nie będzie tak ciężkie zadanie ;) ), bo szlag może trafić, jak koszula, która kosztuje którąś setkę (jak nie tysiąc), szyta jest w nieludzkich warunkach, a krawiec dostanie za nią może dolara. Po tym reportażu jeszcze bardziej się cieszę, że na markowych projektantów mnie nie stać i że moje ulubione ciuchy są szyte w Polsce i we Włoszech. 

Druga sprawa to warunki pracy (i bezpośrednia przyczyna katastrofy Rana Plaza). W Polsce możemy sobie poprzesmradzać, że na drugie piętro biurowca na nogach trzeba śmigać, że ten ma w biurze klimę, a ten nie, a ten co ma, to że za zimno w ołpenspejsie, bo ktoś na 17 stopni ją ustawia, że znów przechlapane bo BHPowiec czepia się dyndającego kabelka, a PIP wymyśla, że hałas za duży. Serio, podczas czytania było mi głupio, że akurat w tym czasie u mnie w biurze klimatyzację instalowali.

Serce ściskało mi kilka razy, na zmianę z uczuciem noża otwierającego się w kieszeni...

Przeczytane: 4.06.2017
Moja opinia: 8/10

piątek, 14 lipca 2017

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris (41/2017)

Ależ wciągające! Od pierwszej do ostatniej strony.

To powieść, w której kilka razy zmieniasz zdanie, zastanawiając się, kto jest dobry, a kto zły. Czy ona mówi prawdę? Czy to możliwe, żeby on był tym bardzo złym? A może jednak ona jest chora psychicznie i ma urojenia? Wkopuje biedaka w jakieś niestworzone historie? Wiesz już, że na końcu książki być zaskoczenie, więc wymyślasz kolejne to możliwe rozwiązania zagadki i kolejne wytłumaczenia tego, co czytasz.

Jack jest wspaniałym mężczyzną. Pokochał nie tylko Grace, ale też jej młodszą siostrą z zespołem Downa. Dba o nie obie bardzo. Jack jest prawnikiem, który nie przegrał nigdy żadnej sprawy. Wspaniały facet, pozazdrościć. Grace wspaniale gotuje, jest dobrą i przykładną żoną, oddaną Jackowi i dbaniu o ognisko domowe. Przyjęcia w ich domu nie są częste, ale jak już para spotyka się ze znajomymi, to jest wprost jak z obrazka. Jack i Grace niemal piją sobie z dzióbków, szarmanckość Jacka zniewala, skromność pani domu urzeka. Jednak ta idealna para ma swoje tajemnice. Kto ich nie ma.

Powieść toczy się dwutorowo: kiedyś i teraz. ‘Kiedyś’ to o czasie, kiedy Grace poznaje Jacka, ‘teraz’ dotyczy bieżących wydarzeń z życia pary.

Może nie jest to thriller, przy którym ze strachu powłazicie pod kołdry. Nie jest to też żadne dzieło literackie. Prosty język, brak zagłębiania się w jakąkolwiek postać. Nie ma co doszukiwać się drugiego bogatego dna czy rozbudowanych psychologicznych portretów. Mimo to, jest to bardzo, bardzo wciągająca powieść, od której trudno się oderwać.

Przeczytane: 29.05.2017
Moja ocena: 7/10