piątek, 1 grudnia 2017

"Mort" Terry Pratchett (71/2017)

Świat Dysku; tom 4
(Cykl o Śmierci)

Tak rzadko czytam Pratchetta i sama się zastanawiam czemu. Tej lekturze towarzyszyło mnóstwo niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Czytałam na plaży, dobrze, że to już koniec sierpnia był i ludzi mało, to śmiejący się parawan nie wzbudzał większego zainteresowania.

Groteska i absurd, Śmierć robiąca sobie wakacje i chłopak, z którym nie bardzo wiadomo co zrobić – Mort, który u Śmierci ma terminować. U Śmierci – bo za bardzo nikt inny nie chce go do siebie na przyuczenie zabrać. I tak właśnie zaczynają się przygody Morta, Śmierci i jego bliskich.

Śmierć w Świecie Dysku jest bardzo… ludzka. I urocza poniekąd. Ma konia, Pimpusia. Powiedzcie sami – jak nie wybuchnąć śmiechem, kiedy koń Śmierci zwie się Pimpuś?

Pod koniec już tak śmiesznie nie było; nie chcę powiedzieć, że mnie ta druga część nudziła, ale nie czytało mi się tego już tak sprawnie, jak początku. Całość jednak podobała mi się niezmiernie i nadal nie wiem, czemu Pratchetta nie czytam częściej.

Na koniec pokażę Wam jeden z pierwszych fragmentów, przy którym się pośmiałam:

„Po pięciu minutach Mort wyszedł od krawca ubrany w luźną brązową szatę nieokreślonego kształtu. Nie została odebrana przez poprzedniego właściciela – czemu trudno się dziwić – i miała akurat dość miejsca, żeby chłopiec mógł dorastać w jej wnętrzu. Pod warunkiem, że zamierzał wyrosnąć na dziewiętnastonogiego słonia.
Ojciec przyjrzał mu się krytycznie.
– Bardzo ładna – mruknął. – Jak na swoją cenę.
– Drapie – poskarżył się Mort. – Mam uczucie, że są tu ze mną różne inne... cosie.
– Tysiące chłopców byłoby bardzo wdzięcznych za taki ładny, ciepły... – Lezek zastanowił się i po chwili namysłu zrezygnował – ...ubiór.
– Mógłbym go z nimi nosić na zmianę? – spytał Mort z nadzieją.”

Przeczytane: 28.08.2017
Moja ocena: 8/10

czwartek, 30 listopada 2017

"Bóg w wielkim mieście" Katarzyna Olubińska (70/2017)

Ależ miła lektura to była. Od kolejnych opowieści bohaterów nie mogłam się oderwać.

Katarzyna Olubińska dzieli się z czytelnikami swoimi i swoich gości doświadczeniami Boga. Rozmawia z kilkunastoma znanymi osobami, które opowiadają o wierze i Bogu w swym życiu. O tym, jak Boga spotkały, kim jest On dla nich na co dzień, kiedy wiary najbardziej potrzebują. Miło się to czytało, zwłaszcza, że rozmówców autorki lubię i cenię.

Miła i ciepła to książka, taka optymistyczna. Piękny jest zachwyt nad codziennością, bijący z tej książki. Zarówno autorka, jak i duża część jej gości, wiedzą i widzą, że ważne rzeczy dzieją się w najzwyklejszych momentach życia, często niespodziewanie.

Pięknie wydana. Z ładnymi zdjęciami. To nie najważniejsze, ale estetyka była miłym dodatkiem do lektury.

Polecam, a ja sama, jako że książka stoi u mnie na półce, pewnie jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Przeczytane: 24.08.2017
Moja ocena: 8/10

wtorek, 28 listopada 2017

"Wszystkie dzieci Louisa" Kamil Bałuk (69/2017)

Holandia, dawcy nasienia, zaradny doktor i dziesiątki dzieci tego samego dawcy, którego opis odbiega od tego, co napisano w jego „paszportach”.

Autor przeprowadza nas przez krótką historię zapłodnień nasieniem dawcy w Holandii, pokazuje początki, pojawiające się z czasem wątpliwości, kolejne uregulowania prawne. W tak precedensowej sprawie trudno było przewidzieć wszelkie trudności na samym początku, ale proces w pewnym momencie wymknął się spod kontroli. Wykorzystał to dr Jan Karbaat, wprowadzając w swojej klinice ‘innowacje’ i wykraczając dalece poza jakiekolwiek normy zdrowego rozsądku i moralności w kwestii liczby zapłodnień nasieniem jednego dawcy.

Wiele kwestii jest tu poruszonych – chęć posiadania dziecka, znaczenie naszego pochodzenia, świadomość tego, skąd się wywodzimy, choroba.

Bardzo mi się podoba, jak autor podszedł do tematu. Delikatnie, z wyczuciem, ze spokojem. To, co podoba mi się jeszcze bardziej, to prawdziwie reporterska postawa – bez oceniania, bez narzucania czytelnikowi swojego zdania. Ba, ja tak naprawdę to nie wiem nawet, jakie autor ma zdanie o dużej części poruszanych tematów. Mogę się domyślać i to jest to, co cenię w reportażach najbardziej – autor zostawia mi miejsce na własne zdanie, na pytania, na pozastanawianie się, bez bicia po oczach jego zdaniem.

A jest nad czym się zastanawiać – od chęci posiadania dziecka, poprzez znaczenie świadomości naszego pochodzenia, aż do obsesji determinujących postępowanie Dawcy S. i doktora Karbaata.

Samo rozumowanie dzieci Dawcy S. momentami jest nieco naiwne – niektórzy z nich są mocno zdziwieni, gdy ich półbrat czy półsiostra okazują się od nich samych zupełnie inni, lubiący inną muzyką czy mający wystrój mieszkania zgoła inny od ich gustu. Nierozsądne byłoby sądzić, że wszystkie dzieci tego samego dawcy będą mieć takie same poglądy, te same upodobania i bliźniaczy wygląd. Inne matki i inne wychowanie miały większy wpływ na ich ukształtowanie, niż nasienie tego samego człowieka, ale zupełnie im obcego.

Wspaniały debiut, Kamil Bałuk sam sobie postawił poprzeczkę naprawdę wysoko. Czekam na jego kolejne reportaże.

Przeczytane: 23.08.2017
Moja ocena: 8/10

niedziela, 26 listopada 2017

"Fałszerze pieprzu" Monika Sznajderman (68/2017)

O tej książce powiedziano i napisano już wiele, ja nic nowego nie wniosę.
Dwa światy, polski i żydowski, oba pięknie opowiedziane, choć to nie na polskiej rodzinie autorka chciała się skupić. Różnice, podobieństwa, przenikanie się kultur. Opowiedziane dokładnie, co wymagało od autorki rzetelnego i skrupulatnego zbierania danych. Zdjęcia, dokumenty, pamięć-niepamięć. Bardzo to osobiste, ale z drugiej strony – to historia niejednej żydowskiej rodziny.

W moim subiektywnym odczuciu książka odrobinę nierówna. Język czasem dość wzniosły, ale absolutnie nie umniejsza to wartości książki.

Dobrze, że przeczytałam.

Przeczytane: 22.08.2017
Moja ocena: 7/10

piątek, 24 listopada 2017

"Ludzie z Placu Słońca" Aleksandra Lipczak (67/2017)

Hiszpania jakiej nie znałam, mimo spędzonych tam dwóch lat. Hiszpania, której sukcesy zagrzebywane są w kredytach, bezrobociu, widmie wojny domowej. Hiszpania poraniona, poharatana, zupełnie nie taka, jak w przewodnikach turystycznych. A przecież właśnie ta Hiszpania turystyczna –uśmiechnięta, z gorącym piaskiem, słońcem – jest znana całemu światu. Problemy nie zachęcają do przyjazdu, brudów nie wywleka się na światło dzienne. Hiszpania u autorki ma wiele twarzy, ale do tej radosnej i pełnej słońca jej daleko.

Fajna forma reportażu. Zbiór tytułów z gazet, teksty dłuższe i takie zupełnie krótkie, opowiadane różnym tempem. Razem tworzą zgrabną całość. Tak naprawdę, to każdy z reportaży mógłby stanowić kanwę do osobnej pracy, z każdego tematu mógłby powstać osobny, duży reportaż. 

Polecam, bo i dowiedzieć się o Hiszpanii sporo można, i reportersko nader przyzwoicie.

Przeczytane: 10.08.2017
Moja ocena: 7/10

wtorek, 21 listopada 2017

"Epifania Wikarego Trzaski" Szczepan Twardoch (64/2017)


A ja jeszcze nic Szczepana Twardocha nie czytałam. I pewnie nie ma się czym chwalić, ale tak wyszło. Autor na liście był już od dawna (choć nie wiem czemu, ale podświadomie odkładałam go cały czas ‘na później’), a że u brata w biblioteczce wikarego Trzaskę wypatrzyłam… No sami wiecie.
Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, cieszę się więc, że w przypadku Szczepana Twardocha było ono pozytywne. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepsza powieść autora i że w pisarstwie Twardocha sporo mogło ulec zmianie („Epifania” ukazały się 10 lat temu), ale wiem też, że mogę sobie sporo obiecywać po tym, co tu wyczytałam (i oby nie były to płonne nadzieje).

Lubię, jak nie muszę zmagać się z dziwactwami językowymi podczas lektury, więc „Epifania” czytało mi się naprawdę dobrze. Przyzwoity kunszt językowy, nienaganny styl i świadomość tego, że w kolejnych powieściach może być tylko lepiej.

Trochę tu czarnego humoru, nieco groteski, a to wszystko połączone z aspektami duchowości i wiary. Trudno powiedzieć coś więcej bez zdradzania szczegółów fabuły.

Cieszę się, że wreszcie za Twardocha się wzięłam, i że zaczęłam od akurat tej niedużej powieści.  

Przeczytane: 3.08.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 20 listopada 2017

"Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" Anna Kamińska (63/2017)

Mało wiedziałam o Wandzie Rutkiewicz, tematyka górska nigdy nie była mi specjalnie bliska. Nie pojmuję amoku himalaistów, który każe im ryzykować własne życie dla zdobycia kolejnego szczytu, albo tego samego szczytu, ale z innej strony, albo o innej porze roku. Nigdy tego nie pojmowałam, ale nie oceniam, staram się rozumieć pasję jako taką i być otwarta i na takie historie. A historia Wandy Rutkiewicz jest wciągająca i fascynująca.

Obraz Wandy Rutkiewicz wyłaniający się z biografii Anny Kamińskiej intryguje. To postać zamknięta w sobie, z ogromną ambicją i właściwie nieustającą siłą do walki. Kochała góry ponad wszystko, walczyła do samego końca, zginęła w biegu, robiąc to, czemu podporządkowała całe swoje życie (i to kolejna rzecz, przez którą trudno mi pojąć himalaizm – tu nie możesz być ‘tylko trochę’ – to wsysa Cię całego, to już nie tylko pasja, ale sposób życia).
Czy Wanda była szczęśliwa? Tego po lekturze nie wiem. Bo z jednej strony sama mówiła:
„Najbardziej drażni ludzi to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne, nikomu niepotrzebne. Ale może to jest potrzebne tym, którzy to robią! Może oni po prostu potrzebują tego, żeby żyć.”

Czyli robiła to, co do życia było jej niezbędne, ale z drugiej strony jej bliscy twierdzili, że różowo nie było:
„Wanda nie była zadowolona ze swojego życia, nie była spełniona jako kobieta i miała świadomość, że życie od wyprawy do wyprawy, bez budowania czegoś trwałego, to nie jest prawdziwe życie. Wiedziała, że to nie powinno tak wyglądać, jak wygląda, i nie była szczęśliwa, że żyje tak, jak żyje.”

Biografia wydaje się być naprawdę solidną pracą. Autorka zgromadziła opinie rodziny, przyjaciół, dotarła do współpracowników, członków wypraw. Dbała o szczegóły, a wszystko to z wyczuciem i taktem. Styl autorki w zupełności mi odpowiadał, pochłaniałam to jak najbardziej wciągającą powieść. Nie czytałam „Simony”, ale jeśli biografie pisane przez Annę Kamińską tak mają wyglądać, to biorę w ciemno.

Wanda Rutkiewicz skomplikowaną personą była. Fascynującą, niepowtarzalną i ta książka rewelacyjnie to pokazała. Osiągnięcia Wandy Rutkiewicz są godne podziwu i choć nie wzbudziła ona mojej sympatii, poczytam o niej jeszcze. Bo tak jak nie rozumiem jej pasji, tak czytanie o tym wciąga.

Powtórzę się – to bardzo dobra książka. Czytajcie.

Przeczytane: 1.08.2017
Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 6 listopada 2017

6na1: „Ślady” Jakub Małecki (81/2017)


O Jakubie Małeckim jest głośno od jakiegoś już czasu, nie mogło więc zabraknąć go wśród autorów czytanych w ramach naszego projektu #6na1. Jak nam się podobało? Sprawdźcie sami! Nasze opinie czekają już na Was :) A ja tylko dodam, że cieszę się, że wybrałam nam "Ślady" na październikowo-listopadową lekturę. 

Są książki, o których bardzo nie lubię pisać, bo wiem, że nie jestem w stanie oddać tego, co w danej książce jest najpiękniejsze, najistotniejsze. Wiem, że im bardziej będę starała się ubrać w słowa geniusz książki, tym bardziej będzie on ginął w tych moich nieporadnych staraniach. Taką właśnie książką są „Ślady” Jakuba Małeckiego. Będzie więc krótko.

Z każdej historii przedstawionej w książce wyziera niepokój. Każda wzbudza emocje, choć w żadnym z opowiadań nie ma krzty ckliwości. W „Śladach” poruszają rzeczy najbardziej prozaiczne – śmierć żony po latach wspólnego życia, paraliż ukochanego, choroba. Zwyczajne elementy człowieczego losu, przedstawione prosto, autentycznie. 

Język jest tu przepiękny. Prosty, niczym nieudziwniony. W połączeniu ze wspomnianym niepokojem, tworzy wrażenie pewnej oniryczności. Nie chce się tego czytać szybko. Może też dlatego, że z czasem domyślamy się, jaki jest koniec każdego kolejnego opowiadania. 

Dość często książki okrzyknięte rewelacyjnymi, mi zwyczajnie się nie podobają i zachwytów nie podzielam. Dlatego też trochę się bałam książek Jakuba Małeckiego, „Ślady” odleżały swoje na półce. Już wiem, że niepotrzebnie i z kolejnymi książkami autora nie będę czekać tak długo. 

O książkach takich, jak „Ślady” naprawdę nie trzeba dużo mówić. Je wystarczy czytać. 

Przeczytane: 21.10.2017
Moja ocena: 8/10

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

PanCzyta
Dizajnuch
Bookmoment
Rudaczyta

czwartek, 26 października 2017

"Pasażer 23" Sebastian Fitzek (60/2017)

Nie będzie to mój ulubiony kryminał, ale jest nieźle i na pewno zdecydowanie lepiej niż w „Odprysku”. Zaczęło się mocno i zniechęcająco. Bolało mnie wszystko od czytania o tym, co bohater dawał sobie robić. Jego zachowanie okazuje się być wyrazem desperacji i braku chęci do życia. Trzy lata wcześniej Martin, policyjny psycholog traci żonę i dziecko podczas rejsu statkiem wycieczkowym. Oficjalna wersja jest taka, że żona skacze za burtę, uprzednio wypychając za nią synka. Dziwne? Jak się okazuje – nie. Takich przypadków jest więcej, są one jednak skrupulatnie ukrywane.

Sporo zwrotów akcji, do samego końca nie można być pewnym, że to już koniec niespodzianek. Autor ma smykałkę do knucia, tylko dla mnie tego knucia momentami odrobinkę za dużo.

Choć „Pasażera 23” nie oceniam źle (7/10 to w mojej ocenie kryminałów bardzo wręcz dobrze), to pan Fitzek nie trafi na listę ulubionych autorów kryminałów. Sporo pisarzy jest przed nim, ale pewnie prędzej czy później sięgnę po coś jeszcze tego autora.

Przeczytane: 23.07.2017
Moja ocena: 7/10

czwartek, 12 października 2017

"Czarna" Wojciech Kuczok (59/2017)

To nie będzie popularna opinia, bo wbrew wszechobecnym zachwytom nad tą książką.

Mam problem z oceną tej książki. Większość wysokich ocen i pozytywnych opinii tej opowieści skupia się i podkreśla niezwykłość opisanej historii. Tyle tylko, że sama historia nie jest zasługą autora, bo wydarzyła się naprawdę. Tak to bywa najczęściej – najbardziej dramatyczne historie pisze życie.

Mąż, żona, kochanka, zdrada, wielka miłość, tragiczny finał. Ja nie znałam tej historii z gazet, nie wiedziałam więc jak się skończy. Skończyła się naprawdę tragicznie i to mną wstrząsnęło.

Rzecz dzieje się w Czarnej, małej mieścinie, w której każdy zna każdego i nic się przed sąsiadem nie ukryje, wszyscy wiedzą o sobie wszystko. Prowincja nie ułatwia romansu i choć sądzę, że sam fakt romansu z zamężną osobą nie różni się niczym w małej mieścinie i dużym mieście, to jednak w tej pierwszej trudniej chyba ukryć to przed światem.

To nie jest powieść, to tragedia naprawdę istniejącej rodziny, jedynie przebieg rozmów i myśli bohaterów są wymysłem autora. A autor postawił na stereotypy – jak prowincja, to sami głupcy i zacofańcy, jak zdradzana żona – to nieatrakcyjna i monotonna. Opisy seksu, niejednokrotnie wulgarne – po co? Po to, żeby pokazać kontrast między oziębłą (?) żoną a wyzwoloną kochanką, której niestraszne miłosne uniesienia w miejscach publicznych? Kolejny stereotyp. Nie przekonuje mnie to ani odrobinę. Do tego dzieci Jeremiego – córki i syn. Trudno, żeby żywiły ciepłe uczucia do kochanki ojca. Ale autor przedstawił je tak, że wyszły żądne krwi potworki. Czy takie były w rzeczywistości? Nie wiem i wątpię, żeby wiedział to sam autor.

Najbardziej prawdopodobną postacią wydała mi się Maria. Jej osamotnienie i fatalne zauroczenie. Musiała być naprawdę w jakiś sposób opętana uczuciem, by stało się to, co się stało.

Na plus konstrukcja językowa, jaką stworzył Kuczok, choć zdaję sobie sprawę, że niektórych może to drażnić. Nie chodzi mi o same słowa - ze wspomnianymi opisami nieatrakcyjności żony i seksu z Marią, autor nieco popłynął – ale właśnie o konstrukcję, grę słów. Krótkie sceny, trochę neologizmów, monologi. Tylko niepotrzebne wulgaryzmy mącą całokształt.

Cały czas nie opuszcza mnie jedna myśl – to wydarzyło się naprawdę. Ta rodzina istnieje. Co myśli żona, która czyta o swoich obwisłościach? Co czuje mąż, który zdradził, przyczynił się do nieszczęścia, ale wie, że takich słów jak w „Czarnej” nie powiedział, a jego relacja z Marią była jednak inna? A córki, kiedy czytają o sobie? Po co ta historia ujrzała światło dzienne w takiej formie?

Przeczytane: 22.07.2017
Moja ocena: 5/10

wtorek, 10 października 2017

6na1: "A jednak życie" Napoleon Mitraszewski (75/2017)

Kiedy Kosma zaproponował nam do recenzji książkę swojego dziadka, pierwsze co pomyślałam to "super!". Ale już po minucie zmieniło się to w "słabo". No bo co będzie jak książka zupełnie mi się nie spodoba? Okaże się literackim potworkiem? Dość nieprzyjemnie jawiła mi się wizja krytycznego recenzowania książki dziadka jednego z nas, z naszej grupy 6na1. Na domiar złego, książka do najpopularniejszych nie należy, więc wyszukanie w sieci jakiejkolwiek opinii o niej było niemożliwe. Czyli bierzemy lekturę w ciemno... I choć Kosma zapewniał, że liczy na opinie szczere, nawet jeśli niepochlebne, to sami wiecie... Na całe szczęście, książka nie jest żadnym nieudanym tworem, wręcz przeciwnie - naprawdę mi się spodobała!

Bardzo lubię takie książki. Opowieści autobiograficzne, historie z początku XX wieku, tamten język.

Książka opowiada o dzieciństwie i młodości autora, od jego pierwszego wspomnienia w wieku niespełna trzech lat, czyli od roku 1920, do wczesnej młodości, kiedy bohater kończy szkołę i choć marzy o dalszej edukacji, wie, że dla niego nie będzie to możliwe.
Poznajemy skromnie żyjącą rodzinę bohatera – rodziców i czworo starszego rodzeństwa. Ze szczegółowych opisów nie tylko wiemy, gdzie mieszkali, ale też jak wyglądały ich kolejne domy – rodzina kilka razy zmieniała miejsce zamieszkania. Chłopiec zaczyna chodzić do szkoły – wiąże się to z rozłąką z rodziną,  wyjazdem do Wilna i zamieszkaniem w szkole wraz z innymi dziećmi. W szkole jak to w szkole – bywa lepiej i gorzej. Dobrze wychowany chłopiec, który nie wyobraża sobie, żeby nie usłuchać starszych, zostaje skonfrontowany z brutalną prawdą – na świecie są dzieci, które słowa dorosłych traktują nieco lżej i dodatkowo same dla siebie potrafią być podłe. Autor opowiada nam nieco o lekcjach, ale w większej mierze skupia się na zabawie. Dzieciaki lepią bałwany, same robią sobie lodowisko, w szaleńczym pędzie zjeżdżają na sankach, wymijając z precyzją kolejne drzewa. Brzmi jak typowa (czasem niebezpieczna) zabawa  w zwyczajnej szkole, prawda? Tak brzmi i zadziwia mnie to bardzo, bo nie są to zwykłe dzieci i zwykła szkoła. To „Szkoła Powszechna Specjalna” dla dzieci niewidomych. Bohater jako kilkuletnie dziecko bawi się niewypałem. W wyniku wybuchu traci wzrok. Choć matka chłopca nie poddaje się w staraniach o zdrowie syna, przebywa z nim wiele dni w szpitalu, odwiedza różnych lekarzy, nie przynosi to oczekiwanych efektów i chłopiec pozostaje niewidomy. Uczy się życia od nowa. To, co początkowo wydaje się przeszkodą nie do przeskoczenia, z czasem staje łatwiejsze. Najpierw granice samodzielności dziecka są wytyczone przez własne łóżko, potem przez pokój, dom, podwórko. Wstyd, upadki, zderzenia z przedmiotami wokół podcinają skrzydła, ale mały się nie poddaje.

Te zwyczajne zabawy – lepienie bałwana i zjeżdżanie na sankach – już nie wydają się takie proste, kiedy zdajemy sobie sprawę, że uczestnicząca w nich gromada dzieci nic nie widzi.

Dobrze jest poznawać życie osób niewidomych, niesłyszących, wyjątkowych na swój sposób. Książkami czy filmami o nich oswajamy się z ich istnieniem, z ich codziennym życiem. Pamiętam, jak zaczęłam oglądać serial „Switched at birth”, gdzie jedna z głównych bohaterek jest niesłysząca. Automatycznie włączało mi się współczucie, kiedy tylko ona lub jej znajomi ze szkoły pojawiali się na ekranie. Nie potrafiłam nie lubić czy pomyśleć coś niemiłego o niesłyszącym bohaterze serialu. Jak widziałam głuchego nastolatka na skuterze, od razu chciałam go stamtąd myślami ściągnąć i krzyknąć „Chłopie, gdzie ty się pchasz?!”. Głuchota wydawała mi się wówczas największym nieszczęściem świata. Z czasem zaczęłam o niesłyszących myśleć tak zwyczajnie. Dotarło do mnie, że dla nich nie jest to największe nieszczęście, jakie może ich spotkać. Jak byli niefajni, to ich nie lubiłam. Jak zrobili coś głupiego, to myślałam o nich nieprzyjemne rzeczy. Po kilkunastu odcinkach stali się oni dla mnie najnormalniejszymi w świecie nastolatkami, których odbierałam tak samo, jak tych słyszących. I tak sobie myślę, że to właśnie może być to, czego im bardzo potrzeba – najnormalniejszego w świecie traktowania.

„A jednak życie” pokazuje mi zmagania innej grupy ludzi – niewidomych. Jak sam autor pisze, jego zamysłem było to, „by nasze społeczeństwo poznało przeżycia wewnętrzne i mechanizmy działania pewnej grupy ludzkiej, stosunkowo nielicznej, ale ciągle nie znanej przez ogół; grupy ludzi pragnących znaleźć zrozumienie w społeczeństwie”.

Książka powstała w latach 70., a dotyczy życia autora w latach 20. i 30. XX wieku. Zdaję sobie sprawę, że od tego czasu wiele w życiu osób niewidomych mogło ulec zmianie. Ich wygoda życia, edukacja, ułatwienia. Mimo tego przeskoku czasowego, książka pozwala oswoić się z ich życiem, zobaczyć z jakimi problemami się oni borykają.

Bardzo się cieszę, że Kosma wybrał nam tę książkę do recenzowania w projekcie. „A jednak życie” otwiera trzyczęściowy cykl pod tym samym tytułem. Ta pierwsza część tak mi się podobała, że chętnie przeczytam kolejne. 

Przeczytane: 14.09.2017
Moja ocena: 8/10

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

środa, 4 października 2017

"Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu" Dorota Masłowska (56/2017)

Nieco prześmiewczy zbiór felietonów o kulturze masowej. Jak to z takimi zbiorami bywa, są teksty lepsze i gorsze, zabawne i nieco nijakie. Całość jednak wypada bardzo dobrze i świetnie prezentuje się od strony językowej i stylistycznej.

To taka diagnoza tego, co nas otacza. Dodajmy, że trafna diagnoza. Są tu „Kuchenne rewolucje” z Magdą Gessler, Bajm, „Dynastia”, paradokumenty. Kto z nas nie oglądał choćby jednego odcinka, niech pierwszy rzuci kamieniem. A więc to poniekąd ironicznie o każdym z nas. Też się czasem dziwię, jakim cudem niektóre telewizyjne twory zrobiły karierę – fenomenu paradokumentów nie pojmę nigdy. 

Znakomicie napisane. Język cudny. Przeczytałam gdzieś opinię sfrustrowanego czytelnika, że tego bez słownika czytać się nie da. No cóż, po coś słownik wymyślono i najwidoczniej tenże czytelnik powinien się w takowy zaopatrzyć. Do tego ironia taka, jaką lubię. Polecać będę.

Przeczytane: 09.07.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 2 października 2017

"Farma lalek" Wojciech Chmielarz (55/2017)


Przyznam, że początek bardzo mnie poruszył. Zaskoczył. Odrzucił. Nie wiedziałam, czy dam radę przez to przebrnąć. Krzywda dzieci to nie jest to, czego czytanie, nawet w kryminałach, przychodzi łatwo. Ciekawość rozbudzona przez mocny początek zwyciężyła i książki na bok nie odłożyłam. Przebrnęłam, dałam się wciągnąć w fabułę, która okazała się być naprawdę ciekawa.

Malownicze Karkonosze stają się nowym miejscem urzędowania komisarza Mortki. Krotowice miały być miejscem spokojnej pracy Jakuba, tymczasem zgłoszenie zaginięcia dziecka zakłóca panującą harmonię i pociągając za sobą kolejne zdarzenia, prowadzi do zaskakujących odkryć w miejscowych uranowych sztolniach. 

Bohaterowie są dobrze skonstruowani, dobrze wpleceni w całą intrygę. Ta jest spójna, starannie poprowadzona. Jest i logika w działaniu Mortki, i logika w domniemanej zbrodni. 

Bardzo dobrze się to czytało. Język nieudziwniony, naturalny. Autorowi nie można odmówić łatwości pisania i tworzenia zagadek kryminalnych. Cieszy, że na polskim podwórku mamy takich pisarzy kryminałów jak Wojciech Chmielarz. Dobrze, że komisarz Mortka powraca w kolejnych tomach.

Przeczytane: 05.07.2017
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 18 września 2017

"Lawa, owce i lodowce. Zadziwiająca Islandia" Agnieszka Rezler (54/2017)


To nie jest książka o Islandii. To jest książka o rodzinnej wyciecze pani Agnieszki na Islandię. Po co było z tych wspomnień robić książkę? Nie wiem.

Nakręcona „Szeptami kamieni” szykowałam się na równie przyjemną ucztę językową, powolny, leniwy i poetycki, niczym Islandia, styl i na zakątki, których samach nie zdążyłam na tej magicznej wyspie odkryć. Poprzeczka postawiona jak do skoku o tyczce, a tu się okazało, że nawet wysokość skoku wzwyż nie została osiągnięta.

Im dalej w książkę, tym bardziej byłam przekonana, że te wakacje to pierwszy wyjazd pani Agnieszki. Przeżywała bardzo każdy etap planowania i pobytu. Przed wyjazdem przeczytała chyba cały Internet, a i tak ją wiele dziwiło (to akurat naturalne, Islandii przez zdjęcia z Internetu nie sposób poznać). Rozumiem, że planowanie wycieczek na własną rękę nie dla każdego musi był proste, ale serio, po co pisać o tym książkę? (z tą ‘własną ręką’ to też nie wiem jak było, bo jakieś biuro i przewodnik po drodze też byli). Wizja przygody znika za każdym razem, gdy autorka wspomina noclegi w hotelach. Hotele? Na Islandii? Większą przygodą jest spanie w drewnianych domkach z owcami po oknem, w guesthouse’ach na odludziu, w domach, gdzie właściciele piwnice adaptują na pokoje dla podróżników. Chciałam powiedzieć, że ja na Islandii żadnego hotelu nie widziałam, ale prawda jest taka, że nawet go nie szukałam.

Gdzieniegdzie pojawiają się wzmianki o córce, dziesięciolatce, która wypadła tu wyjątkowo niekorzystnie – przesmradza z jedzeniem, odmawia posiłków, siedzi znudzona na tylnym siedzeniu i nie ruszają jej widoki za oknem. Za to mamę i owszem, i to jak.

Przejdźmy do najbardziej drażliwego dla mnie tematu, jeśli mowa o tej książce. Coś, co w moich oczach pogrążyło ją zupełnie. To język i styl, na jaki sili się autorka. Styl niby to żartobliwy, niby luźny. W jakiejś recenzji przeczytałam, że w książce jest „spora dawka błyskotliwych spostrzeżeń i trafnych komentarzy nie pozbawionych poczucia humoru”.
Uraczę Was próbką tegoż stylu, może Wam przypadnie do gustu i tylko ja wyjdę na taką bez poczucia humoru, która nie widzi tu ani trafności, ani błyskotliwości:

„Jakby opanowanie islandzkiego było w ogóle możliwe! Islenska, ciekawy jako przedmiot obserwacji, w roli użytecznego narzędzia komunikacji jest zupełnie do niczego. Garść precelków i owadów, wstawiona w miejsce naszych swojskich sz, cz i żet, potrafi skutecznie odciąć dostęp do własnej kory mózgowej. Myślę, że ci, którzy próbowali się zasymilować poprzez naukę islandzkiego, do dziś błądzą po interiorze, jedzą porosty i uważają się za konie, a ich pozostawione w Polsce rodziny pielęgnują symboliczne groby” (s.23-24)

„Ten samochód (…) przez najbliższe kilka dni ma być naszym domem. Wiadomo jak to jest, kiedy samochód staje się domem: (…) wszystko natychmiast zaczyna się lepić. Ze schowków sterczy wczorajsze śniadanie zawinięte w mapę, na podłodze w resztkach soku marynują się ogryzki. Siedzicie na własnych okularach przeciwsłonecznych z jedną nogą w plecaku (…) Po czterech dniach zaczynacie myśleć o swoim aucie jak o samochodzie-pułapce, po pięciu jesteście gotowi spędzić kolejne wakacje z obozem wędrownym, byle dalej od auta” (s.44-45)

Nie jestem Perfekcyjną Panią Domu, w aucie miewam nieporządek (no dobrze, częściej miewam niż nie miewam), ale w wynajętym aucie na Islandii spędziłam 10 dni, przejechaliśmy (cztery dorosłe osoby) blisko 3000 km i nic nam na podłodze się nie marynowało… Więc nie, najwidoczniej nie wiemy jak to jest kiedy samochód staje się domem.

„Dymy. Nie są to jednak znaki ludzkich siedlisk, o nie. Snujące się nad ziemią szare i białe smugi to przejawy działania podziemnej kotłowni. Sygnały nadawane prosto z piekła” (s.75)

Gdybym ja tylko o tej kotłowni w piekle wiedziała przed moim wyjazdem na Islandię… Inaczej bym na to patrzyła…

„- Macie ochotę na krótki spacer? – pyta Addi. Jasne, że mamy. Od trzech dni brakuje nam poczucia, że jesteśmy choćby turystami z krwi i kości. Przewożenie się od zachwytu do zachwytu klimatyzowanym samochodem skutecznie tłumi w nas dumę konkwistadorów” (s.142)

Addi to ich kierowca i przewodnik na kilka dni. Rodzina wyjechała z hotelu i na nocleg powróci do tego samego hotelu. Może dlatego krytycznie oceniam tę książkę, że dla mnie turysta z krwi i kości, konkwistador, to zgoła coś innego, niż to, czym jest dla autorki. I po co na Islandii klimatyzacja w aucie? Tam w lipcu przy dobrych wiatrach (a właściwie przy ich braku), jest 15-16 stopni. I to w pojedyncze dni, na przemian z temperaturą między 10 a 14 stopni.

„Przecież monumentalna przyroda inspiruje. Ruchy górotwórcze oglądane przez własne kuchenne okno – cóż to za pożywka dla wyobraźni!” (s.154)

No ja rozumiem, że ruchy górotwórcze są bardziej gwałtowne niż te lądotwórcze, ale znów się z autorką rozmijamy i inaczej rozumiemy „gwałtowność”.

„Co do reszty, Islandczycy – mam na myśli tych prawdziwych, którzy śpią w zagrodzie z owcami – są chyba na co dzień zbyt zajęci, żeby zawracać sobie głowę architekturą” (s.155)

Takie żarciki ścielą się gęsto. Konia z rzędem temu, kto przy stronie 155 nie miałby ich jeszcze dość.

„Kiedy do najbliższej Ikei jest 300 kilometrów, a do salonu Vitry 1800 w linii prostej, kupowanie mebli przestaje być niedzielną rozrywką” (s.155)

No i wszystko jasne! Jak już wiem, co dla autorki jest niedzielną rozrywką, łatwiej mi zrozumieć jej ekscytację i przeżywanie wyjazdu na wakacje!

„Czyli kochają tu lampy, to pewne. Wiedzą, ile może zdziałać jeden głupi klosz i precyzyjnie wymierzony snop światła (…) Jak na to wpadli? Przecież jasny dzień wlecze się na wyspie przez dwadzieścia jeden godzin, a widok spacerowiczów w okularach przeciwsłonecznych na kwadrans przed północą nikogo nie dziwi. Próbuję rozwikłać tę behawioralną zagadkę, kiedy nagle uświadamiam sobie, że przecież mamy środek lata, a bywa tu także zima. Długa i ponura, kiedy słońce wychodzi na niecałe cztery godziny, co przecież w ogóle się nie liczy” (s.159)

To nie jedyne odkrycie na takim poziomie, jakim pani Agnieszka postanowiła podzielić się z całym światem na kartach swej książki (zamiast zapaść się pod ziemię).

„Gdzieś pod powiekami przesuwa mi się obraz szeregu wiernych przystępujących do komunii, skojarzenie – przyznaję – mocno przerysowane. Ale wszyscy mamy podobne miny, wskazujące na pewien stopień spoufalenia z Clintonem, Larssem Ulrichem i Jamesem Hetfieldem, którzy jedli tu przed nami” (s.250, 252)

Powiem szczerze – moje pierwsze myśli po przeczytaniu powyższego oscylowały gdzieś w okolicy „WTF???”. Wspominałam o ekscytacji i przeżywaniu autorki? Przeżywaniu wszystkiego? Bo ten cytat jest o kolejce przy budce z hot-dogami. Fakt, że znanymi. Że jadł tam Clinton. Ja też tam jadłam. Nie miałam miny wskazującej na poczucie spoufalenia z Clintonem, ani z nikim innym. A już na pewno ani ja, ani nikt inny w kolejce nie wyglądał jak wierny przystępujący do komunii.

Takich żenujących fragmentów wskazujących na to, jak bardzo nie jest to książka o Islandii jest tu mnóstwo. Wiem, że dużo ich przytoczyłam i mogłam Was nimi zanudzić, ale doceńcie, że jest ich tylko tyle. Zaznaczonych miałam ich co najmniej trzy razy więcej. Jest też w tym trochę mojej złośliwości… Skoro ja męczyłam się z takim językiem prawie 300 stron, to Wy z moją opinią na trzy strony dacie radę.

Ta opowieść byłaby niezła, gdybym usłyszała ją siedząc przy kawie z dobrym znajomym, który opowiadałbym mi swoje wrażenia z wakacji. Wtedy ani ten język, ani niby żarty by mi nie przeszkadzały. A tak, jakaś obca kobieta opowiedziała mi o swoich przygotowaniach i swoich wrażeniach z wycieczki. Była na Islandii, dwa razy. I dlatego postanowiła napisać książkę o kilku najpopularniejszych miejscach tej uroczej wyspy.

Może gdybym nie była na Islandii, inaczej odebrałabym tę książkę (choć nie, pewnie byłabym sfrustrowana, że zamiast o Islandii dowiedziałam się czegoś o pani Agnieszce). Jak ktoś tam jednak był, to niech daruje sobie tę lekturę.

Daję 4/10. Bo mimo wszystko, ekscytacje autorki dzieją się na Islandii. I niektóre zdjęcia były ładne (a zdjęć jest dużo). I trochę wywołało to miłe moje wspomnienia, które też mogłabym przecież w książkę zmienić (tylko po co?) i wierzcie mi, mogłoby wyjść ciekawiej; przygody mieliśmy dużo lepsze niż te, która pani Agnieszka opisuje.

Przeczytane: 2.07.2017
Moja ocena: 4/10

piątek, 15 września 2017

"Samsara. Na drogach, których nie ma" Tomek Michniewicz (53/2017)

Mam mieszane uczucia. Nie czytałam nic innego tego autora, więc nie wiem jeszcze, czy styl z “Samsary…” jest u niego taki zawsze, czy to tylko tu. Początkowy chaos i zbyt duży luz nie nastawiły mnie dobrze. Potem trochę przywykłam, ale tego nie polubiłam. Momentami autor sprawiał wrażenie nieco zarozumiałego, aroganckiego, „jakim to dzielnym backpackerem jestem”. Jakby kpił z innych podróżników i stawiał się ponad nimi.

Roger, czyli wewnętrzne 'ja' autora, też nie pomógł w zdobyciu mojej sympatii.
„To jest ten moment, kiedy muszę wam chyba przedstawić Rogera. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, Roger jest moim wyimaginowanym przyjacielem (…) Roger to uczucie, które mi czasem mówi, że coś jest nie w porządku i trzeba uciekać. Nazywajcie to, jak chcecie – intuicją, przeczuciem, lękiem, paniką. To bez znaczenia. Roger na co dzień siedzi cicho i nie odzywa się. Ale czasami zaczyna drzeć mordę, gdy wyczuwa, że coś jest poważnie nie tak.”

Wstawki typu „Trzymaj się tatusia, wejdziemy od drugiej strony”, wypowiadane do towarzysza podróży jeszcze sprawę pogarszały.

Zmanierowanie zbyt duże, jak dla mnie. Po tej książce mogłabym powiedzieć, że wielkim pisarzem to autor nie jest, ale dam mu jeszcze kiedyś szansę. Ocena 6/10 tylko dlatego, że Azję lubię i przyjemnie było zdjęcia pooglądać.

Przeczytam jeszcze ze dwie książki „podróżnicze” na takim poziomie i nabiorę przekonania, że i ja książkę mogę napisać…

Przeczytane: 1.07.2017
Moja ocena: 6/10

poniedziałek, 11 września 2017

"Duchowe życie zwierząt" Peter Wohlleben (52/2017)

Nie pochłonęło mnie to tak, jak planowałam. Nie czytałam „Sekretnego życia drzew”, nie mam więc porównania, ale ani historie o zwierzętach nie były porywające, ani sam styl autora mnie nie urzekł. Liczyłam na nieznane mi ciekawostki o zwierzakach, historyjki, o których nie mówi się głośno. Takich było raptem kilka. Treść jest dość chaotyczna, każdy rozdział o czymś zupełnie nowym. Autor powtarza się w kółko – króluje „jak już wspomniałem”. Problem również w tym, że choć czytałam raczej uważnie, to czasem nie mogłam znaleźć tego, do czego autor się odwołuje w tym „jak już wspomniałem” – czyli jednak tego nie wspominał.

To nie było złe, jednak liczyłam na coś więcej. Czyta się to szybko, ale po lekturze nie wciskałam tego do czytania rodzinie i koleżankom – a tak z reguły się dzieje, gdy przeczytam coś ciekawego lub coś, czym zachwycona nie jestem, ale ma to styl, charakter, jakiś swój pazur. Mam do tej książki stosunek obojętny, ani nie polecam, ani nie zniechęcam.

Przeczytane: 30.06.2017
Moja ocena: 6/10

czwartek, 7 września 2017

"Zabij mnie znów" Rachel Abbott (51/2017)

Z każdą stroną moja ocena tej książki spadała i spadała. To, że skończyło się na ocenie 3/10, to zasługa tylko mojego początkowego dobrego nastawienia do tej książki. Nastawienie miałam dobre, bo poprzednią książkę Rachel Abbott („Obce dziecko”) oceniłam lepiej, na 7/10.
Maggie, główna bohaterka, jest nadzwyczajną idiotką. Poza tym jest podobno prawniczką. To już pierwszy absurd. Być może przeceniam prawników, ale wydaje mi się, że są to z reguły myślący ludzie, bo jednak ich praca wymaga odrobiny wysiłku ze strony szarych komórek. Nie twierdzę, że każdy prawnik to orzeł wśród inteligentów, ale nie wierzę, żeby jakikolwiek prawnik był w stanie wykonywać swoją pracę, będąc jednocześnie tak ułomnym na rozumie jak Maggie. Ta kobieta nie wykazała się jedną racjonalną czynnością, żaden jej pomysł nie był dobry. Wszystko co robiła i co mówiła było jedną wielką głupotą.
Nie będę przytaczała wielu przykładów jej nierozumnego postępowania, bo musiałabym pół książki przepisać, powiem tylko, że wątpliwości odnośnie inteligencji bohaterki zaczęłam mieć w początkowych rozdziałach, kiedy to Maggie, już po zaginięciu męża, każdy jeden telefon odbiera słowami „och Duncan, dzięki Bogu”. Nie muszę chyba dodawać, że po drugiej stronie ani razu nie było Duncana… Nie wiem jak Wy, ale ja jak ktoś dzwoni, to raczej zaczynam bardziej standardowo i z autopsji mogę stwierdzić, że „Halo” czy „Słucham” sprawdza się o wiele lepiej. Nadzieję na to, że w Maggie są jednak jakieś pokłady rozumu straciłam w połowie książki, w momencie, gdy kobieta dziękowała istocie boskiej za założenie konta na facebook’u: „Teraz dziękowała jakiejś boskiej istocie, w którą nie wierzyła, za to, że podjęła taką decyzję”. To zdanie trudno mi opatrzyć jakimś komentarzem, więc lepiej już skończę temat głupoty Maggie. Próbkę już macie i wierzcie mi, lepiej nie będzie.

Generalnie z logiką słabo w tej książce. Wydarzenia też jakieś bez ładu i składu, naciągane, nieprawdopodobne. Natłok zdarzeń, co jedno to mniej logiczne.

Wierzcie mi, że jak podczas lektury zaczniecie sami się pytać „Gdzie sens? Gdzie logika?” to do ostatniej strony już nie przestaniecie. A zdania jak „Była pewna, że nigdy się stąd nie wydostanie, ale znajdzie go, jeśli tylko będzie miała szansę” będą jedynie kolejnym nadwyrężeniem Waszej czytelniczej cierpliwości.
Nie polecam.

Przeczytane: 25.06.2017
Moja ocena: 3/10

poniedziałek, 4 września 2017

"Kierunek Afryka. Niebanalna historia Stefana Szolc-Rogozińskiego" Maciej Klósak, Dariusz Skonieczko (49/2017)

Stefan Szolc – Rogoziński, podróżnik pochodzący z Kalisza, już jako młody chłopak miał szalony plan podboju Afryki. To ten kontynent, a zwłaszcza Kamerun, upodobał sobie Stefan. Rok 2017 jest w Kaliszu rokiem Stefana Szolc – Rogozińskiego i z tej okazji ukazała się książka „Kierunek Afryka”. Powiedziałabym, że jest to wydawnictwo dość ekskluzywne – nakład to bodajże 70 egzemplarzy – więc większość z Was może nie mieć okazji sięgnięcia po nią.

Stefan od samego początku miał wizję. Chciał, by jego wyprawa do Kamerunu była wyprawą narodową. Chciał kawałka Polski na Czarnym Lądzie. W sprawie narodowej wyprawy agitował wśród wpływowych osób zarówno na ziemiach polskich, jak i we Francji. Przeciwko całej wyprawie był ojciec Stefana, mający w Kaliszu dobrze prosperujące interesy. Naturalnym spadkobiercą miał być właśnie Stefan, który bez pozostawiania najmniejszych wątpliwości, że nie jest biznesem zainteresowany, sprzeciwił się ojcu i rozpoczął zamianę wizji podróży w realny plan.

Książka nie jest biografią ani reportażem. To taki misz-masz, na dodatek fabularyzowany. Wydarzenia czy przewijające się postacie są prawdziwe, ale jestem pewna, że przebieg poszczególnych spotkań, toczące się rozmowy i przemyślenia bohaterów, są już wymysłem autorów. Nie są to może wybitne spostrzeżenia, czasem nieco frywolne, ale tu pasują do całości.

Niesamowity jest dla mnie upór, z jakim Stefan dążył do celu. Dwudziestoletni chłopak, a jego wizja tego, co chce osiągnąć była jasna. Dokładnie wiedział czego chce i choć mogło wydawać się to szalone, uparcie realizował swój plan. Zrezygnował z wygodnego życia, jakie mogła mu zapewnić kariera w biznesie ojca, postawił wszystko na jedną kartę i wybrał podróże. Godny podziwu upór.

Do druku wkradło się nieco literówek, tudzież zgubionych literek czy przecinków. Biorąc pod uwagę specyfikę wydania, nie byłam tym specjalnie zdziwiona.

Przeczytane: 20.06.2017
Moja ocena: 6/10

czwartek, 31 sierpnia 2017

"Inwigilacja" Remigiusz Mróz (48/2017)

Kocham Chyłkę! To już oficjalne. Zresztą, swoją miłość do niej ogłosiłam tutaj, potem jednak nadeszło zwątpienie. Wiecie, zauroczenie minęło, klapki z oczu spadły, Chyłka poczuła się przy mnie pewniej, no i pojawiły się pierwsze zgrzyty. Po cichych dniach, do naszej relacji powróciła stabilność (tutaj), a wraz z „Inwigilacją” miłość wybuchła na nowo, a uczucie jest jeszcze większe niż początkowo! Tym razem to coś poważnego i tak na serio.
Wszystko mi się podobało. I historia, która pojawiła się  w tej części, i Zordon, i Chyłka, i oni razem. No, wszystko poza zakończeniem mi się podobało. 

Mam sporo z Chyłki, co niedawno uświadomił mi kolega z pracy (i od tamtej pory nazywa mnie Chyłką :)). Zawody mamy różne, ale tu klienci, tam klienci, tu współpracownicy, tam współpracownicy. Niby inaczej, ale jednak podobnie.  A ten jej charakterek! Mój Boże, jak dobrze wiedzieć, że nie jestem sama! Jest jeszcze taka Chyłka! (nie, nie musicie mi przypominać, że ona papierowa, że tak na niby). No i ja tyle nie piję. I dla znajomych bywam jestem milsza. Przynajmniej milej się odzywam. 

„Inwigilacja” porusza palące problemy współczesnego świata – islam, zamach terrorystyczny, porwane dziecko, uprawnienia służb państwowych do ingerencji w naszą prywatność. Historii zdradzać nie będę, powiem tylko, że nie sposób nie zgodzić z wieloma kwestiami wypowiadanymi przez bohaterów. Mają oni niezły zmysł obserwacji. Chyłka z reguły bawi mnie bez przerwy, ale tym razem momentami był to śmiech przez łzy. 

Muszę wrócić do zakończenia, bo to co zrobił czytelnikom autor jest niehumanitarne. Tak zakończyć powieść! Dobrze, że pan Mróz szybko pisze i nie musimy latami czekać na kolejną część. Przyznam, że martwię się o Chyłkę, ale ma ona jeszcze sporo do zrobienia, więc liczę, że i tym razem wykaraska się z problemów, w które wpakował ją autor. 

Słuchałam. I powiem Wam jedno – kolejnego tomu też wysłucham. Geniusz! Krzysztof Gosztyła czyta to wspaniale. Idealna interpretacja dosłownie każdego zdania. Już nie mogę się doczekać dalszych losów Chyłki i audiobookowej uczty dla ucha

Przeczytane: 17.06.2017
Moja ocena: 8/10