środa, 28 grudnia 2016

"Syrenka" Camilla Läckberg (34/2016)

Saga o Fjällbace; tom 6

No dobrze, mamy i kolejny tom z cyklu o Fjällbace. Jest lepiej niż w „Niemieckim bękarcie”, ale że ja to zawsze muszę być przewrotna, to coś co było plusem w części poprzedniej, teraz zgubiło pionową kreseczkę i został minus… Czepiam się? Cóż, nikt nie mówił, że nie jestem wybredna, zmienna i przewrotna. Wręcz przeciwnie.

Po lekturze „Niemieckiego bękarta” pisałam tak:
„Powieść dobrze wpisuje się w całość, jaką tworzy cykl o Fjällbace, natomiast jako pojedyncza książka nie należy do najlepszych w swojej klasie i ustępuje miejsca innym tomom sagi”.

Co mogę powiedzieć o „Syrence”? Że owszem, ta również wpisuje się w całość Fjällbacki, ale tym razem zaczynam czuć przesyt całego cyklu. „Syrenka” jest tomem szóstym cyklu, a przez te wszystkie części schemat powieści nie zmienił się ani o krztynę. Lubię w fabule przemieszanie przeszłości z teraźniejszością, lubię, kiedy trupy zamknięte w szafie na wiele lat wypadają z niej z hukiem po długim czasie. Kiedy jednak dokładnie z tym samym schematem mam do czynienia przez cały cykl, to trochę to już nudzi.

Znowu Erika gra pierwsze skrzypce w rozwiązaniu zagadki. To znów ona dostrzega coś, co umyka policji. Niczym Harry Hole, widzi niewidzialne i doprowadza do wyjaśnienia tajemnicy. Zaczynam mieć wrażenie, że skandynawska policja to same tłuki, Harry Hole w Norwegii i Ericka Falck w Szwecji odwalają za nich robotę.

Nieco mniej tu wątków obyczajowych, to się chwali. To co jest, pozostało ckliwe jak poprzednio, ale jest tego mniej. Da się czytać, choć dla mnie tego lukru i naiwności mogłoby być jeszcze mniej.

Historia kryminalna – daleko bardziej mroczna niż poprzednio. Tak, mroczna to dobre słowo. Może nie było strasznie, nie było krwawo, ale było mroczno i ponuro. To wciąga, choć momentami i przytłacza. Kryminałom jednak takie rzeczy przystoją.

Serię dalej będę czytać, ale szczerze mówiąc, całość zaczyna mnie nieco nużyć.

Przeczytane: 29.05.2016
Moja ocena: 6/10

piątek, 16 grudnia 2016

5na1 „Zero zero zero” Robert Saviano

Projekt 5na1 po raz dziewiąty, listopad 2016

No i projekt napotkał na czasową obsuwę :) Nieco później niż zwykle zapraszam do naszych opinii, tym razem o książce Roberto Saviano "Zero zero zero"
Literatura faktu – coś co bardzo lubię i czego jest u mnie sporo w tym roku. Niemniej do „Zero zero zero” podchodziłam z dystansem, bo temat narkotyków nie jest mi bliski i jakoś niezbyt pociągało mnie zgłębianie tego tematu.
No i było ciężko. Na tyle ciężko, że nie dałam rady przez książkę przebrnąć. Zaczynałam ją kilka razy, ale czytanie tego męczyło mnie nieziemsko. Irytował mnie język i styl, tematyka nie wciągała. Po czwartym podejściu odpuściłam.

Z tego co przeczytałam, to ćpa tylu ludzi, że zastanawiam się, jak świat właściwie funkcjonuje… No i połowa znajomych każdego z nas też bierze kokę. Chciałabym, żeby któryś z moich znajomych przyznał mi się do tego, bo do teraz żyję w błogiej nieświadomości i przeświadczeniu, że nie znam nikogo, kto kokainę zażywa. Takich od trawki to owszem, kilku bym wskazała, ale serio, o kokainie nic nie wiem.
Z książki wiem też, że ‘wszyscy’ chcą oszukać (tu: wydymać) ‘wszystkich’. Nie mój język, nie mój styl, nie moje klimaty. Enigmatyczni są również ci ‘wszyscy’, no ale mówię, narkoświatek to nie moje rejony, więc może czegoś nie ogarniam.

To, co dałam radę przeczytać niesamowicie mnie nudziło. Zasypiałam dosłownie po przeczytaniu dwóch stron. Gdybym była zmuszona do całego jej przeczytania, zajęłoby mi to chyba z pół roku. Nie dawałam rady czytać tego dłużej niż 15 minut pod rząd.

Niemniej, jeśli ktoś jest tematyką zainteresowany, to niech nie zniechęca się moją opinią i po książkę sięga. Może Wam podejdzie bardziej. 

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

poniedziałek, 7 listopada 2016

"Już nic nie muszę" Stefania Grodzieńska (31/2016)

Wstyd przyznać, ale do czasu tej lektury nie bardzo wiedziałam z czym powiązać panią Stefanię… Owszem, nazwisko o uszy mi się obiło, może nawet w kontekście radia czy kabaretu, ale raczej w dalekim kościele te dzwony biły. Cieszę się więc, że trafiłam na jej autobiografię i moja niewiedza choć trochę została ukrócona.

„Już nic nie muszę” czyta się bardzo przyjemnie. Książka napisana jest ładną polszczyzną, momentami taką ‘z tamtych czasów’ – co bardzo lubię. Miłe (i po prostu ładne) są wspomnienia autorki o innych satyrykach czy pisarzach (np. o Brzechwie).
Autorka pokazuje nam swoje życie od młodości aż do czasów teraźniejszych. Czyli całe jej życie. Historie rodzinne, historie miłosne, trudną rzeczywistość życia w Polsce na przestrzeni XX wieku. Wszystko to pokazane jest w sposób taki, że nic nie nudzi, nie przytłacza, jedno wydarzenie nie dominuje nad innymi.

Pani Stefania jest w książce naturalnie dowcipna – nie sili się na żarty, a one same wychodzą. Urzeka autoironią i spojrzeniem na siebie z dystansem. Takie książki lubię. Zachęcam, naprawdę warto po autobiografię Pani Stefani sięgnąć.

Przeczytane: 7.05.2016
Moja ocena: 8/10

sobota, 5 listopada 2016

5na1 "Igrając z ogniem" Tess Gerritsen (60/2016)

Projekt 5na1, część ósma; październik 2016

Jak tak dalej pójdzie, to blogerzy biorący udział w projekcie 5na1 będą musieli udać się obserwację wykluczającą/potwierdzającą ich zapędy związane z piromanią… Po „Podpalaczu” Wojciecha Chmielarza i „Podpalaczce” Stephena Kinga przyszła kolej na Tess Gerritsen i jej „Igrając z ogniem”. To ósma książka, którą recenzujemy z ramach projektu, a trzecia mająca związek z ogniem. Delikatne skojarzenia nasuwają się same…

Co tu dużo mówić – obiektywna w tym przypadku być nie mogę. Uwielbiam Tess, uwielbiam Włochy, więc sprawa musiałaby być wyjątkowo sknocona, żeby mi się to zupełnie nie podobało.

Język i styl
Tess jak to Tess, pisać to ona potrafi. Co poradzę, to jak pisze Gerritsen bardzo mi się podoba i jak zwykle przy tej autorce, nie mam się czego przyczepić. Nie znajdziemy tu dziwnych metafor ani nużących opisów na pół strony. I to właściwie jedyny punkt stały dla całej powieści.

Dwie historie
Powieść prowadzona jest dwutorowo i to postrzegam jako plus na korzyść książki. Nie o sam fakt dwóch opowieści chodzi, a o poruszane tam wątki – według mnie, sama historia Julii mogłaby się nie obronić… Starając się być obiektywną, muszę dostrzec, że ta historia jest nieco nużąca, jakby naciągana, nie wiadomo właściwie na czym bazująca.

Nie polubiłam głównej bohaterki, ale czy zawsze musimy bohaterów darzyć sympatią? Pewnie nie. Tak naprawdę, to jakoś żaden ze współczesnych bohaterów „Igrając z ogniem” nie przypadł mi do gustu. Tu dostrzegam pewną słabość powieści. Absolutnie nie chodzi o to, że bohaterów nie lubię, a o to, że ci bohaterowie są nijacy. Nieco płascy. Tak prości, że aż nierzeczywiści.

Inaczej ma się sprawa z bohaterami z przeszłości – i Lorenzo, i Laura, ale także chwilowo pojawiający się bohaterowie, są bardziej wyraziści, ich historie są realniejsze, prawdziwsze, z życiem.

Bardzo doceniam poruszony przez autorkę wątek włoskich Żydów. Mało o się o nich mówi, a my Polacy skupiamy się raczej na ‘naszych’ Żydach. Nie dziwie się nam, to co działo się w Polsce było niebywale okrutne, ale przez to też umykają nam tragiczne losy Żydów w innych częściach Europy. W takich właśnie okolicznościach historycznych dzieje się historia miłosna Lorenzo i Laury. Ta cześć powieści jest zdecydowanie lepsza – choć wydawałoby się,  że tam gdzie romans, to nie moje pochwały. Ten jednak romans nie był męczący, słodki, naiwny, a wręcz przeciwnie. Wpływają na to niewątpliwie wspomniane już wydarzenia historyczne, które kształtują losy bohaterów.
Ta część powieści zdecydowanie jest lepsza.

Historia współczesna plusuje u mnie głównie ze względu na Wenecję (tak, wiem, dla większości czytelników to jednak może być słaby powód, by podciągać książce ocenę…). Autorka znów świetnie przygotowała się do powieści, oddała urok włoskich uliczek. Sama historia jednak mnie nie przekonuje. Za to historia Lorenzo urzeka mnie w całości.

Jak wypada „Igrając z ogniem” na tle pozostałych książek autorstwa Tess Gerritsen? Właściwie to moja pierwsza powieść autorki spoza serii „Rizzoli & Isles”. Cóż, w porównaniu ze wszystkimi tomami cyklu, „Igrając z ogniem” podobało mi się najmniej. A porównania z pozostałymi książkami bez wspomnianych sympatycznych pań nie mam. Cieszę się, że w ramach projektu chwyciliśmy po tę książkę, bo od dłuższego czasu zbierałam się, żeby przeczytać coś Tess bez Jane i Maury. Fajnie, że przy projekcie wreszcie mi się to udało! 

Przeczytane: 30.09.2016
Moja ocena: 7/10

Język: 4,5
Emocje: 3
Pomysł: 3
Akcja: 3,5

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

poniedziałek, 24 października 2016

„Skandalistki. Historie kobiet niepokornych” Elizabeth Kerri Mahon (30/2016)

Och, to było po prostu nudne.
A jeśli ktoś o Kleopatrze, Fridzie Kahlo, Marii Skłodowskiej-Curie czy Macie Hari pisze nudno, to jest źle, bardzo źle.

Temat rzeka. Ze słowem „skandalistka” można zrobić tyle pięknych literacko rzeczy! Tyle ciekawych, fascynujących, pochłaniających czytelnika historii można stworzyć. Ba, ich nawet tworzyć nie trzeba, bo historie już są, trzeba jedynie właściwie dobrać bohaterkę i w przyciągający sposób opisać jej historię, dokonania i zrobić to tak, żeby czytelnik sam chciał daną kobietę skandalistką nazywać.

„Skandalistki” opisują historie kilkunastu kobiet, które były żywą częścią historii, tworzyły ją, wpływały na losy swego kraju, świata, kultury. To kobiety podziwiane, ale niejednokrotnie potępiane, zwłaszcza w czasach, w których żyły. Nie wszystkie nazwiska były mi znane, niektórych ‘skandalistek’ nie kojarzyłam wcale. Czepiać się doboru bohaterek? Trochę można, bo mam wrażenie, że poza tymi najbardziej znanymi, reszta to kobiety brytyjskie lub amerykańskie i chyba niekoniecznie muszą być nam znane. Ciężko się czyta nudną notkę biograficzną Kleopatry, a co dopiero nudną notkę nieznanej mi kobiety, nijak jawiącej się skandalistką po tym, co w tej książce można wyczytać. Równie wciągające ‘biografie’ można przeczytać w encyklopedii. Wikipedia dodatkowo wspomni o skandalach, doda cytaty, źródła itp. I wierzcie mi, będziecie bardziej usatysfakcjonowani przeczytaniem o tych kobietach w encyklopedii/Wikipedii, bo przynajmniej wiecie, czego się spodziewać i to właśnie dostaniecie. Niestety, po książce spodziewam się dużo więcej a nic więcej nie dostałam.

Styl – bliski grafomanii. Pewna nie jestem, ale wydaje mi się, że momentami to, co pisze autorka miało być zabawne. Cóż, nie wyszło. Porównywanie bohaterek z dawnej historii, niby takie na luzie, do współczesnych gwiazd kina i celebrytek – nieudane, nieśmieszne. Z informacji, które wyszukałam, to jest to jedyna książka Elizabeth Mahon – to widać niemalże w każdym zdaniu. Autorce brak warsztatu i obycia z piórem.

Kobiety są pięknym i fascynującym tematem do pisania o nich, do tworzenia o nich. Kobiece skandale przyciągają, mają w sobie magnetyzm, któremu trudno się oprzeć. W tym jednak przypadku, największym skandalem jest takie zmarnowanie tematu, jakiego dopuściła się autorka.

Przeczytane: 3.05.2016
Moja opinia: 4/10

poniedziałek, 17 października 2016

"Miłość i przeznaczenie: Serce Devina & Miłość Shane'a" Nora Roberts (25/2016 & 27/2016)

Gdybym kiedykolwiek miała wątpliwości (a nie miałam), to teraz już wiem na pewno – nie zanosi się na to, żebym miała zostać miłośniczką romansów, również tych z napisem „Harlequin”.

„Miłość i przeznaczenie” to dwie powieści w jednym tomie: „Serce Devina” i „Miłość Shane’a”. Opowiadają one o losach (właściwie nie o losach, a jedynie o miłosnych uniesieniach) dwóch braci MacKade. Dwójka pozostałych braci miała już swoje powieści („Duma i zauroczenie”, opinia tutaj).
Cóż, jak i Rafe oraz Jared (dwójka braci z wcześniejszych powieści), tak i teraz Devin i Shane są nieziemsko przystojni, i choć są stuprocentowymi macho, twardymi, broń Boże nie ckliwymi, to i ich dopada miłość. Ich wybranki to oczywiście powalające piękności, do tego mądre. Panowie czytelnicy (o ile tacy są…) naprawdę mają czego zazdrościć. Panie czytelniczki mogą natomiast rozpływać się nad nieco narwanymi, ale uroczymi braćmi MacKade, obok których, według Nory Roberts, żadna przedstawicielka płci pięknej nie przejdzie obojętna. 

O ile czytanie poprzednich dwóch opowiadań wywoływało u mnie częściej wybuchy śmiechu spowodowane naiwnością i głupotą bohaterów, tak teraz miarka się przebrała i ‘akcja’ coraz bardziej mnie irytowała. Nie mogłam czytać na raz więcej niż 15-20 stron, bo mieszanina głupoty, niefortunnych zbiegów okoliczności i lukru powodowała u mnie mdłości i frustrację. A nie lubię się frustrować przy lekturze…

A jednak są osoby, którym się to podoba. Kiedy tak sobie czytam opinie czytelniczek dających tej książce oceny 9/10 czy nawet 10/10, dochodzę do wniosku, że i takie książki są potrzebne. Nie znam zbyt wielu romansów czy harlequinów, by wiedzieć jak Nora Roberts wypada na tle innych, ale sądząc po liczbie sprzedanych przez nią książek, zakładam, że jest jedną z poczytniejszych autorek w tym zakresie. Może i mnie to nie wzrusza, ale jeśli ktoś jest wrażliwy na takie historie, to ja zniechęcać nikogo nie będę. 

Przeczytane: 15.04.2016 & 17.04.2016
Moja ocena: 4/10

wtorek, 11 października 2016

5na1 "Podpalaczka" Stephen King (56/2016)

Projekt 5na1, część siódma; wrzesień 2016
Mało znam Kinga (choć od jakiegoś czasu mam w planach lepsze zapoznanie się z jego twórczością), nie mogę więc porównywać „Podpalaczki” z innymi powieściami autora. Do tej powieści podchodziłam nieco sceptycznie, bo nadprzyrodzone zdolności zwykłych z pozoru ludzi nie do końca do mnie przemawiają. Ni to fikcja, ni rzeczywistość, bo choć mamy ‘normalnych’ ludzi, faktycznie istniejące miasteczka, to wiemy, że takie coś wydarzyć się nie może. Ze sceptyzmem więc zaczęłam czytać „Podpalaczkę”, po to, by po kilkudziesięciu stronach dać się całkowicie wciągnąć w przedstawianą historię. Zaczynało się nieco niemrawo, potem się rozkręciło, następnie dostaliśmy porcję rozwlekłej akcji, której głównym celem było jedynie ukazanie pisarskich zdolności Kinga, po czym znów poziom zainteresowania skacze i utrzymuje się właściwie do końca. 
Charlie McGee, na skutek eksperymentów, jakim poddali się jej rodzice, obdarzona jest zdolnością pirokinezy – potrafi wzniecać ogień siłą umysłu. Nie wszystkim się to podoba, a że w eksperymencie maczał palce amerykański rząd, to życie Charlie i jej rodziny zostaje wywrócone do góry nogami. 

Naprawdę wciągnęłam się w akcję, polubiłam bohaterów, wszystko mi się podobało, aż do strony 473, kiedy stało się coś, czego się obawiałam i co mi się wcale nie spodobało… Zakończenie? Niezbyt zaskakujące, ale dobre. Powiedzmy, takiego zakończenia chciałam i takie sobie wymarzyłam od wydarzenia ze strony 473 :) Więc rozczarowana nie jestem, choć przewidywalne to było. 

Postacie przedstawione są ciekawie, spory nacisk położony jest na ich psychikę, a w tej powieści to ważne – gra psychologiczna i siła psychiki bohaterów w znacznym stopniu kierują rozwojem akcji. Wygra ten, czyja psychika wytrzyma więcej. 

Delikatnie czepiam się jedynie postaci Charlie – dziewczynka ma zaledwie osiem lat i czasem rzeczywiście zachowuje się jak dziecko w jej wieku. Czasem jednak King wkłada w jej usta takie słowa, a w jej umysł takie myśli, jakie raczej ośmiolatce nie przychodzą do głowy – w tych momentach wiarygodność Charlie pryska niczym bańska mydlana.

Zastanawiam się nad jedną rzeczą – czy King w tej powieści próbuje dotknąć tematu poświęcenia jednostki dla ogółu czy to tylko moje doszukiwanie się w miłym thrillerze czegoś więcej? Dotyczy to już etapu eksperymentów na rodzicach Charlie, ale przede wszystkim próby schwytania Andy’ego i jego córki. Nie znam Kinga, nie wiem więc czy to dla niego typowe, by pod płaszczykiem rozrywki przemycać w treści ‘głębsze’ przesłania.

Co by nie mówić, to przyznać trzeba – King ma niebywałą zdolność pisania powieści wciągających – robi to umiejętnie budując napięcie niesamowicie lekkim stylem. Stylowo i językowo nie mam autorowi nic do zarzucenia. Zrobił naprawdę niezłą robotę – potrafił wciągnąć mnie w coś , co z zasady podobać mi się nie mogło. Czaruje piórem i z przeciętnego tematu potrafi zrobić niesamowite historie. 

Przeczytane: 7.09.2016
Moja ocena: 7/10

Język: 4
Emocje: 4
Pomysł: 3
Akcja: 4

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

poniedziałek, 12 września 2016

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz (24/2016)

Sierżant, kapitan, mechanik lotniczy, lotnik, lejtnant, felczer, szeregowiec, strzelec wyborowy
To podpisy pod nazwiskami bohaterek reportażu Swietłany Aleksijewicz. Bohaterek, nie bohaterów. To o kobietach, tylko form żeńskich tych rzeczowników brak. Bo takich form być nie powinno, bo kobiety do wojny nie pasują.

„Na wojnie nie ma kobiecych zapachów, wszystkie są męskie. Wojna pachnie po męsku”.

Tak, wojna pachnie po męsku, wojna kojarzy się z mężczyznami. Stereotypowe myślenie nakazuje mi widzieć kobietę w rzeczywistości wojennej będącą sanitariuszką, kucharką, ewentualnie łączniczką czy telefonistką. Takie kobiety również znajdziemy w książce Swietłany Aleksijewicz, ale nie tylko. Wiele z bohaterek jej reportażu to czołgistki, strzelcy wyborowi, kierowcy, panie sierżant, lotnicy.
Wiele z bohaterek reportażu to wcale nie kobiety, to młode dziewczyny – kiedy rozpoczynają swą wojenną tułaczkę mają po szesnaście, siedemnaście lat.

„Na wojnie starzeje się dusza człowieka. Po wojnie już nigdy nie byłam młoda...”
Te młode dziewczyny kształtuje wojna, to przykre.. Pierwszy raz zakochują się na wojnie, uczą się kochać dziś, teraz, bo jutro może być za późno. Za późno dla nich lub dla ich wybranków.
Kiedy pomyślę jaką ja byłam głupią smarkulą mając szesnaście lat…

Kobiety na wojnie stają się twarde. Chcą pozostać kobiece, choć w warunkach w jakich przyszło im żyć to niewyobrażalnie trudne.

Mało w tej książce autorki, dużo bohaterek. Doceniam. Jednak to, co w pamięci pozostaje, to nie same kobiety snujące swe wspomnienia, a właśnie te ich historie, obrazowo przedstawione zapadają w pamięć. Dziś nie pamiętam już nazwisk, ale pamiętam przydarzające się im historie.

Radziecki bohater
Patrząc na książkę przez pryzmat historii wojennych kobiet, to jest to pozycja niewątpliwie przejmująca, poruszająca. Patrząc jednak nieco szerzej, dostrzegam ziarenka czegoś na kształt propagandy radzieckiej, wychwalania pod niebiosa rosyjskich żołnierzy. Że dzielni, że oddani, wspaniali. Rozumiem, że z ust kobiet, które to mówią, niczego innego usłyszeć bym nie mogła, ale po drugiej stronie książki, na wprost bohaterów i autora siedzi czytelnik. W tym przypadku to Polka, wiec siłą rzeczy, moje postrzeganie ‘wspaniałości’ żołnierzy Armii Czerwonej jest nieco inne, niż to wyczytane w tejże książce.

Nie bardzo umiem coś więcej o tej książce napisać…  Zamiast tworzyć niepotrzebne zdania, które i tak nie oddadzą tego, co w tej książce najbardziej uderza, przeczytajcie kilka cytatów z reportażu. One przybliżą Wam to, jaka to książka.

O tym, że przywykamy do niewyobrażalnego:
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam rannego, zemdlałam. Potem mi przeszło. Kiedy pierwszy raz poszłam pod kule po żołnierza, wydawało mi się, że zagłuszam huk bitewny, tak krzyczałam. Potem się przyzwyczaiłam. Po dziesięciu dniach zostałam ranna, odłamek wyjęłam sobie sama, sama się opatrzyłam...

O tym, że człowieka w człowieku trudno zabić:
Ja, która przysięgałam, że wszystkich ich nienawidzę... Zbierałam u swoich żołnierzy wszystko, co mają, co zostało z przydziałów, każdy kawałek cukru, i oddawałam niemieckim dzieciom. To jasne, że nie zapomniałam... Wszystko pamiętałam... Ale nie mogłam patrzeć spokojnie w oczy głodnym dzieciom.

O tym, że najbardziej boli to, czego nie widać i że oczywiste wcale oczywiste nie jest:
Nawet dzisiaj można oszaleć, kiedy się to przypomni. Tyle że podczas wojny ludzie wytrzymywali, rozum tracili dopiero po wojnie. Chorowali po niej. A wtedy nawet wrzody żołądka się goiły. Spał człowiek na śniegu, w lichym szynelu, a nazajutrz nie miał nawet kataru.

O tym, jak wielkim paradoksem jest człowiek:
Ludzie jak dawniej nienawidzą się nawzajem. Znowu się zabijają. To właśnie jest dla mnie niepojęte...

Dla mnie też jest to niepojęte… I jak za każdym razem, kiedy czytam podobną książkę, dziękuję Bogu, że żyję tu gdzie żyję, w takich a nie innych czasach. 

Przeczytane: 11.04.2016
Moja ocena: 8/10

środa, 7 września 2016

"Niemiecki bękart" Camilla Läckberg (22/2016)



Saga o Fjällbace; tom 5

No i stało się… To, co jeszcze w tomie trzecim sagi o Fjällbace uważałam za urocze, w tomie piątym, czyli właśnie w „Niemieckim bękarcie”, zaczyna mnie męczyć. A w opinii o „Kamieniarzu” (tom trzeci) pisałam tak: „Tło obyczajowe jest sympatyczne, mili bohaterowie. Nie jest to wszystko ckliwe, naiwne, przesłodzone, Erica i Patrik mają swoje problemy, dopada ich szara rzeczywistość dnia codziennego”. O tomie piątym napiszę już inaczej:
Bohaterowie, choć nadal sympatyczni, to stają się coraz bardziej sztampowi, robi się ckliwie, ich zachowania stają się do przewidzenia. Problemy owszem, nadal są, ale nie są już szarą rzeczywistością, jaką każdy z nas mógłby dzielić, a są już bardziej na modłę przewidywalnej powieści obyczajowej, z wątkiem dramatycznym i romansowym. To, co doceniałam w poprzednich częściach, że tło obyczajowe jest naprawdę tłem, subtelnie wplecionym a treść, tu zanika i bohaterowie ze swoimi problemami coraz bardziej pchają się ku planowi pierwszemu. I choć wątek kryminalny jest przyzwoity, pomysł ciekawy, a ja lubię takie nawiązania do przeszłości i do wojny, to można by się czepiać, że akurat Erice przyszło natrafić na duchy z przeszłości własnej matki, że to ona, główna bohaterka jest w to wciągana. Ok, załóżmy, że takie zbiegi okoliczności się zdarzają, ale przez to jednak postać Eriki dominuje w tej historii kryminalnej, która sama w sobie chowa się nieco w cieniu.

Podsumowując – za dużo tu Eriki. Mało tego, w tej części cyklu autorka postanowiła zrobić z Eriki Harrego Hole w spódnicy – genialne pomysły ni stąd, ni zowąd, podobne odkrywanie tajemnic na długo przed policją, rozwiązywanie zagadek ot tak, przeczuciem i fartem. Geniusz detektywistyki. Nie kupuję tego.

Jest jeszcze, coraz głośniej i wyraźniej dająca o sobie znać, córka Eriki i Patrika, Maja. Nieco mnie to dziecko (genialne oczywiście) zaczyna irytować, ale na razie delikatnie o tym wspominam, zobaczymy co będzie z kolejnych częściach.

Styl, jak to u Pani Camilli – żadne wyżyny pisarstwa, język bardzo prosty. Da się czytać, choć w nadmiarze może to męczyć.  


„Niemiecki bękart” miał potencjał, ale w mojej opinii mocno został zmarnowany. Powieść dobrze wpisuje się w całość, jaką tworzy cykl o Fjällbace, natomiast jako pojedyncza książka nie należy do najlepszych w swojej klasie i ustępuje miejsca innym tomom sagi. Nadal pozostaje we mnie (niezrozumiała dla mnie samej) sympatia i słabość to Fjällbacki, ale tym razem dostrzegam już więcej minusików. 

Przeczytane: 17.03.2016
Moja ocena: 6/10

poniedziałek, 5 września 2016

5na1 "Inna dusza" Łukasz Orbitowski (52/2016)

5na1 po raz szósty; sierpień 2016

Jędrek, Darek, Dagmara. Jacek, Dawid, Dominika. Fikcja i rzeczywistość, splecione ze sobą nierozerwalnie.

W tej książce jest wiele płaszczyzn, które mnie zachwyciły – język, bohaterowie, dbałość o szczegóły, realizm miejsc. Ale od początku.

Jakim gatunkiem literackim jest „Inna dusza”?
I tu mamy pierwszą nieoczywistość, w którą obfituje ta książka. Zapewne jest to literatura współczesna, która do opowiedzenia historii wykorzystuje rzeczywiste zdarzenia. Ale reportażem zdecydowanie nie jest. Jest tu sporo psychologii, można więc powiedzieć, że to powieść psychologiczno – obyczajowa, ale Orbitowski nie bawi się w psychologa i nie próbuje wytłumaczyć nam dlaczego stało się to, co się stało.

A co się stało?
Stało się morderstwo, i to nie jedno, a dwa (choć gdyby wliczyć kotki, to i jeszcze więcej…). Dokonał ich Jacek B. (ochrzczony przez Orbitowskiego Jędrkiem B.) w momentach, w których wychodziła z niego inna dusza. Inna dusza - tyle właśnie musi nam posłużyć za wyjaśnienie motywów zabójcy – innego od Orbitowskiego nie dostaniemy. Można by rzec, że autor wziął gotową historię, nieco ją obrobił, dodał warstwę fikcyjną, przedstawił bohaterów i książka gotowa. Ale – jak to zrobił! Z niesamowitym wyczuciem chwili o jakiej mówi, idealnie dobranym językiem, zgrabnym stylem.

A więc język i styl
Prosty, oszczędny. Zdania krótkie, czasem jakby wręcz urywane. Jest w nich dokładnie tyle, ile musi być. Ani jednego zbędnego przymiotnika, ani jednego słowa za dużo. To się udziela. Jak myślę o tej książce, to w głowie układam też takie zdania. Krótkie. Wprost. Bez owijania w bawełnę.

„Słońce jeszcze nie wstało. Mama cieszy się, że mamy co jeść. Nie każdy tutaj, na Jasnej, może to o sobie powiedzieć”

„Tatusiowi pogorszyło się. Zwalił się na wyro dobrze po piątej i teraz śpi twarzą do dołu. Na czubku jego głowy pojawił się łysy placek (…) Przewracam go na bok i nakrywam kołdrą. Podnoszę kurtkę z podłogi w przedpokoju i daję na wieszak”

Krótko. Wprost. Bez upiększania. Tak samo jest o bohaterach.

Jędrek, Krzysiek, tatusiowie…
…czyli bohaterowie. Postacie nieidealne, postacie idealne. Nieidealne w tym, jacy są. Idealnie przedstawione. Wszyscy, co do jednego bohatera, przedstawieni są tak, jak postacie w książkach powinny być przedstawione. Są tak wyraziści, że dawno takich nie spotkałam. Wkurzają, wzbudzają litość. Słyszymy ich słowa, słyszymy ich myśli. Jesteśmy z nimi w kuchni, idziemy Jasną, na Fordon, podtrzymujemy pijanego ojca, podglądamy Dagmarę przez dziurkę od klucza. To bycie z bohaterami jest niesamowite. Całkowite. Dopełnia to tło lat 90., które pamiętam, choć jako gówniara, ale swoje skojarzenia mam.

W tle
„Meblościankę wypełniają kieliszki, karafki, szklanki w koszyczkach i książki oprawione w płótno”

„Przeklina Macierewicza i Korwin-Mikkego, którzy cztery lata temu zaczęli ten niedorzeczny cyrk z lustracją. Spotkała ich zasłużona kara: wylecieli z polityki i nigdy nie wrócą, a jeśli wrócą, będzie to oznaczało koniec Polski” (sic!)

W tle Urszula, Kasia Kowalska, „Dumka na dwa serca”. To co w tle, jest tu niesamowicie ważne. Bez tego obraz tamtych wydarzeń nie byłby pełen. Tworzy klimat, oddaje rzeczywistość, w jakiej żył Jędrek. Z pewnością autor nie przedstawia pełnego przekroju społeczeństwa z lat 90. XX wieku (trudno to zrobić w postaciach trzech nastolatków i ich ojców), ale wycinek, który zawarł w bohaterach, przedstawił idealnie. Każdy szczegół lat 90. jest dopieszczony, trafiony, zgodny z rzeczywistością. Zafascynowana byłam tym, jak autor zadbał o każdy szczegół, jak perfekcyjnie przedstawił tamte czasy. Nie umknęła mu meblościanka, ani Kasia Kowalska, nie umknęła guma Turbo. Byłam tam całkowicie.

Powieść nieoczywista, niejednoznaczna, inna. Taka, w której tło hipnotyzuje niekiedy bardziej niż historia na pierwszym planie. Jest szaro, jest mroczno. Na każdej kolejnej stronie nie jawią się kolory, ani żadna wesoła opowieść. Zresztą, wcale tego nie oczekujemy. Urzeka dbałość o szczegóły. Powala surowość stylu, emocje wychodzące z prostych słów. I historia. Ta nierzeczywista, choć rzeczywista,  historia.

„Ja sobie myślę, że w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle (…) Inna dusza się budzi. A może diabeł. Chętka, by zabić, i już”

PS. Tyle się napisałam, a mam wrażenie, że tego co najważniejsze w tej książce, nie zdołałam Wam powiedzieć…

PS 2. Czy bardzo źle o mnie świadczy, że jednym z wydarzeń, które poruszyły mnie najbardziej jest morderstwo kotków?

Przeczytane: 26.08.2016
Moja ocena: 8/10

Język: 5
Emocje: 5
Pomysł: 4
Akcja: 4

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

piątek, 26 sierpnia 2016

"Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi" Magdalena Skopek (21/2016)


Nieńcy, Półwysep Jamalski. Jak dla mnie to egzotyka większa niż dziki środek Afryki czy Ameryki Południowej. Etymologia słowa „Jamał” dość dobrze oddaje to, co po lekturze tej książki sądzę: ‘Ja’ oznacza ziemię, ‘mał’ – koniec. To rzeczywiście wygląda na koniec świata, na który to Magdalena Skopek postanowiła się samotnie wybrać. Spędziła tam dwa miesiące, a swoje przygody i spotkania z Nieńcami opisała w tej właśnie książce. Przyznam, że wcześniej nigdy o Nieńcach nie słyszałam, cieszę się, że ta książka to zmieniła.

Nie nazwałabym tej książki reportażem, a książką podróżniczą. Za dużo w treści autorki, za mało Nieńców, by nazywać to pełnoprawnym reportażem. To nie zarzut, że autorki jest dużo, nie każda przecież książka podróżnicza musi być reportażem. Wydaje mi się, że taki był zamysł – opisanie jej podróży, jej przeżyć, a nie stricte życia Nieńców, choć siłą rzeczy i to w książce znajdziemy.

Odnoszę wrażenie, że autorka, choć nie bez przeszkód, świetnie zaaklimatyzowała się w nienieckiej rzeczywistości. Robiła to, co robią mieszkańcy na co dzień, powoziła zaprzęgiem, piła krew renifera (cieplutką jeszcze!), jadła surowe mięso, ubierała się w skóry renifera. Całkowicie weszła w tamtejszy świat, co pozwoliło jej na celne obserwacje. Sądzę jednak, że gdybym to ja znalazła się na miejscu autorki, zadawałabym więcej pytań Nieńcom, chciałabym wiedzieć więcej o ich odczuciach, postrzeganiu świata, o ich podejściu do wielu spraw. Momentami opisy z autorką w roli głównej przyćmiły te właśnie kwestie, które dla czytelnika mogłyby być bardziej interesujące.

Delikatnie czepiam się podtytułu „W krainie reniferów, bogów i ludzi”.  Nie sposób uniknąć skojarzeń z książką Antoniego Ossendowskiego "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów" - to po pierwsze. Po drugie, renifery – są, ludzie – i owszem, ale bogowie? Jedna mała wzmianka nie tworzy wyobrażenia, że Jamał to kraina bogów. Nie twierdzę, że tak nie jest, ale książka tego nie oddaje. Za mało tu mistyki, enigmatyczności, niewytłumaczalności, by wspomnianych bogów upychać do podtytułu.

Chwilami nieco się nudziłam… bardziej chyba przez nużący niekiedy styl, niż samą treść.
Czasem mam wrażenie, że czytam daną książkę w złym momencie i wydaje mi się, że gdybym przeczytała ją później, mój odbiór byłby inny. Tak też było i z tą książką. Chyba czytałam ją w zbyt dużym zabieganiu, z nienależytym jej oddaniem, by w pełni docenić to co w sobie skrywa.

Przeczytane: 12.03.2016
Moja ocena: 6/10

środa, 24 sierpnia 2016

"Gaumardżos! Opowieści z Gruzji" Marcin Meller, Anna Dziewit-Meller (20/2016)

Gdyby nie to, że podróż do Gruzji marzy mi się od jakiegoś czasu, to po lekturze tej książki zamarzyłaby mi się na pewno! A może nie jestem obiektywna i to przez moje marzenie książka wydaje mi się lepsza niż jest? Mam poważne przeczucia (o nich za chwilę), że to właśnie ta druga opcja jest prawdziwsza, ale i tak, książkę i informacje w niej zawarte chłonęłam niczym gąbka!

Państwo Mellerowie zafascynowani są Gruzją od lat, czują się tam jak u siebie, mają tam przyjaciół. Na tyle im tam dobrze, że właśnie w Gruzji postanowili się pobrać. Cóż, pozazdrościć, że odnaleźli swój rajski kątek na ziemi.

Gruzja w „Gaumardżos!” to mniej krajobrazy, a bardziej ludzie i ich zwyczaje. Jest więc sporo (nawet więcej niż sporo…) o siermiężnym piciu do upadłego, o ucztowaniu według Gruzinów, o wspólnym radowaniu się przy nadarzających się okazjach. Jest też o tym, co Gruzinów kształtowało przez lata, czyli ich historia, polityka, konflikty zbrojne. Bo Gruzja to kraj może i niewielki, ale za to waleczny.  Jest też sporo ciepłych słów o Polsce i prezydencie Kaczyńskim, którego, zdawać by się mogło, zna chyba każdy Gruzin od czasu jego wizyty w Tbilisi  2008 roku.

Jak mówią sami autorzy, trudno tę książkę jednoznacznie sklasyfikować – ni to reportaż, ni opowieść. Trochę tego i tego, okraszone wspomnieniami autorów i faktami historycznymi. A wszystko to podane w sposób bardzo luźny, ciepły, przyjacielski. To właśnie te przeczucia, o których wspomniałam na początku – dla niektórych język autorów, zwłaszcza Marcina, może wydać się zbyt swojski, zbyt potoczny. Momentami przypomina to bardziej pogawędkę przy piwie, niż książkę. Często są to, powiedzmy to wprost, karkołomnie złożone zdania, luźno rzucone myśli, równoważniki zdań. To tak jakby niezobowiązująco spisywać własne przemyślenia, a potem je wydać, nie dokonawszy właściwej korekty. Ja się nie czepiam, autora i jego styl wypowiedzi lubię, sama często publikuję opinie pisane językiem bardziej niż potocznym, więc komu jak komu, ale nie mnie krytykować, że ktoś inny pisze luźno. Niemniej, zdaję sobie sprawę, że niektórych to może razić.

Jeśli jednak Gruzja Was pociąga i przy snuciu wakacyjnych planów gdzieś w głowie się pojawia, przeczytajcie koniecznie!

Przeczytane: 4.03.2016
Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"Duma i zauroczenie: Powrót Rafe'a & Duma Jareda" Nora Roberts (37/2015 & 38/2015)

On spotyka ją, ona staje jak wryta, jest zauroczona; on ją całuje, „chyba się zakochałam” – myśli ona; on odrzuca myśli o miłości, bo przecież takich macho to nie dotyczy; w końcu kłótnia, rozstanie, „nie możemy być razem, nie pasujemy do siebie”, następują łzy, po kilku dniach (tudzież godzinach) oboje zdają sobie sprawę, że żyć bez siebie nie mogą i nie straszne są im przeszkody życia codziennego. I żyją długo i szczęśliwie.

Moja pierwsza książka z napisem „Harlequin” ;)
Koleżanka z pracy nalegała, przekonywała, zachwalała pod niebiosa Norę R., aż w końcu przyniosła i wręcz wepchnęła na siłę „Dumę i zauroczenie”. Zwlekałam ile mogłam, ale nie lubię pożyczonych książek przetrzymywać, a niezręcznie mi było oddać nieprzeczytaną… Po miesiącu leżakowania przyszedł czas na lekturę. 

Z zaskoczeniem stwierdzam, że choć jest to dalekie od literatury jaką lubię, to tragedii nie było. Spodziewałam się czegoś o wiele gorszego, zwłaszcza, że romansów i naiwnych love story nie znoszę. Czytało się to szybko, zakończenie było łatwe do przewidzenia, a momentami miałam ochotę wyrywać kartki, czytając te słodko-bzdurne historyjki o big love niesfornych braci. Autorka ma niewątpliwie lekkie pióro, widać, że pisze jej się swobodnie, język choć prosty (bo inny by tu nie pasował), to nie nudny czy ubogi. 

Bohaterowie to bracia-urwisy, oczywiście nieziemsko przystojni, którzy jeden po drugim spotykają miłości swojego życia, oczywiście nieludzko piękne i mądre. Każdemu z braci poświęcona jest jedna książka, tom „Duma i zauroczenie” zawiera dwie książki z cyklu – o Rafe’ie i o Jaredzie, więc zostały mi do przeczytania dwie kolejne, żeby wiedzieć już wszystko o braciach MacKade. Przeczytam, a jakże, ale za jakiś czas, tak pod rząd to nie dam rady… Za dużo lukru na raz. Oczywiście, gdybym nigdy po to nie sięgnęła, pewnie niewiele bym straciła, ale cieszę się, że przeczytałam. Teraz już wiem, czy pachnie „Harlequin” na okładce ;) Lekki przerywnik od innych, nie romansidłowych książek.

Przeczytane: 17.04.2015
Moja ocena: 6/10

sobota, 20 sierpnia 2016

"Noelka" Małgorzata Musierowicz (58/2015)

"Noelka" to część Jeżycjady, której akcja dzieje się w Wigilię. I tak, wiem, że lipiec to niekoniecznie najlepsza pora na bożonarodzeniowe opowieści, ale taka akurat pora wypadła mi na ten tom Jeżycjady. Pora porą, ale i tak mi się podobało! Pewnie czytając to w grudniu, jeszcze bardziej pochłonęłaby mnie ta historia, jeszcze mocniej czułabym zapach choinki i pichconych smakołyków w kuchni Borejków. Ale i tak na dwa lipcowe popołudnia przeniosłam się do deszczowego grudnia 1991 roku, wczuwając się w świąteczną atmosferę.

Elki, głównej bohaterki, niestety nie polubiłam zbytnio. Podpadła mi na samym początku i trudno mi już potem było zmienić zdanie o niej. Tą część Jeżycjady mam w domu, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam, żebym ją kiedyś czytała… Książeczka nie gruba, ale naładowana emocjami, przeżyciami. Radosna, cudna. No i ogromnie miło było pobyć w kuchni Borejków oraz razem z Elką i Tomkiem Kowalikiem poodwiedzać, choć na krótko, bohaterów znanych nam z poprzednich części. Spotkaliśmy więc Anielę Kowalik, teraz już Żeromską, jej wuja Mamerta, Kreskę, obecnie żonę Maćka Ogorzałki, profesora Dmuchawca, Cesię Żak i Hajduków. Jak to w święta bywa – było nostalgicznie, ale i miło. 

Książka jeszcze z tych dobrych, mądrych. Urocza.

Przeczytane: 5.07.2015
Moja ocena: 8/10

środa, 17 sierpnia 2016

"Dymna" Elżbieta Baniewicz (19/2016)

Wspaniała biografia cudownej kobiety!
Panią Annę bardzo cenię i lubię, choć teraz wiem, że do tej pory wiedziałam o tej niezwykłej kobiecie naprawdę niewiele. Podziwiam ją za jej działanie na rzecz innych (słabszych, chorych), doceniam to co robi jej fundacja dla osób niepełnosprawnych, ale też ujmuje mnie to, że nie są to tylko suche działania fundacji, ale że ona sama jest w to wszystko aktywnie zaangażowana. To nie poza ani kolejny kaprys celebrytki (jak bardzo to słowo do pani Dymnej nie pasuje!), ale to świadomie poczyniona decyzja, realizowana konsekwentnie każdego dnia.

Mało wiedziałam wcześniej o prywatnym życiu aktorki. A niełatwe to życie, muszę przyznać. Autorka opisuje momenty trudne, ale czyni to z klasą. Nie ma oceniania, generalizowania, żerowania na nieszczęściu innych. Aż dziw bierze, że ta piękna, z wyglądu krucha kobieta tyle przeszła; że w jej życiu ‘gwiazdy’ więcej cieni niż blasków.

Wzruszający jest rozdział o jej wielkiej miłości, Wiesławie Dymnym. Trudna to miłość była, choć pewnie przez to jeszcze piękniejsza. Historia ta jest subtelnie opowiedziana, bez rozdrapywania ran, ale też nieukrywająca bolesnych momentów. Niemniej wzruszająca jest opowieść o wypadku i tamtejszym okresie z życia aktorki. Dużo musiało w niej być samozaparcia i woli życia, żeby po tak trudnych wydarzeniach wyjść na prostą. Los doświadczał ją niejeden raz, ale to nie zabiło w niej kipiącej z niej dobroci. Anioł, nie człowiek.

Na swej aktorskiej drodze Anna Dymna spotykała właściwie osoby, we właściwym czasie. To również dzięki nim talent aktorki tak pięknie wychodził na światło dzienne.

Książka jest przepięknie wydana, mnóstwo w niej zdjęć, starszych i nowszych. Czytałam ebooka, ale wielokrotnie widziałam książkę w księgarniach, przeglądałam, kartkowałam, i choć lekturę mam już za sobą, to bardzo kusi mnie, żeby kupić papierowe wydanie, obejrzeć raz jeszcze dokładnie zdjęcia a potem mieć to cudne wydanie na półce.

Rzetelnie napisana, ciepła biografia dobrego człowieka. Polecam!

Przeczytane: 29.02.2016
Moja ocena: 8/10

wtorek, 16 sierpnia 2016

"Grecka mozaika" Hanna Cygler (17/2016)

Powieść zaskoczenie. Moja pierwsza tej autorki, więc nie wiedziałam, czego się spodziewać. Okładka iście wakacyjna, wraz z tytułem tworzyła w mojej głowie wyobrażenie lekkiej, odprężającej książki, idealnej na letnie dni (choć ja za jej lekturę wzięłam się w lutym…). I choć powieść napisana jest lekkim stylem i czyta się szybko, to nie jest to typowe babskie, wakacyjne czytadełko.

Tytuł idealnie dobrany do treści. Mozaikę tworzą bohaterowie, miejsca i czasy w jakich dzieje się akcja powieści – są to losy Polaków i Greków dziejące się na Korfu, w Krakowie, Gdańsku, w Bieszczadach i Nowym Jorku. Jest to teraźniejszość przeplatana z przeszłością, to wspomnienia wojenne i powojenne, i historie współczesne. Wspomnienia snuje urodzony w Polsce Grek, Jannis Kassalis, którego do zmierzenia się z przeszłością nakłania spotkanie z Niną, młodą Polką przybyłą do Grecji. Początkowo sobie niechętni, nawiązują nić porozumienia i stopniowo ich relacje się ocieplają. Kim jest Nina? Tego zdradzać nie będę, dowiecie się z książki.

Bardzo zainteresowały mnie historie greckich rodzin, które w czasach wojny domowej emigrowały do Polski. Taką właśnie rodziną byli bliscy Jannisa, urodzonego w Bieszczadach. Wątek to niełatwy, doceniam, że autorka postanowiła taką historię wpleść do swej powieści, dzięki temu dowiedziałam się czegoś więcej o Grekach w Polsce. Widocznie na lekcjach historii traktujących na ten temat nie uważałam zbytnio i teraz sporo rzeczy okazywało się dla mnie nowych…

Przyznaję bez bicia – po książkę sięgałam z nastawieniem takim, jak w opisałam w pierwszym akapicie – że będzie to coś lekkiego, wręcz infantylnego i naiwnego. Tymczasem „Grecka mozaika” to powieść rzetelnie napisana, z pomysłem, z ciekawą historią i ważnymi wątkami. Emocji jest tu w sam raz – chce się brnąć dalej w treść i dowiadywać co jeszcze się wydarzy. Bardzo dobry język, w niczym nieprzesadzony, nieudziwniony ciężkostrawnymi metaforami, dialogi nie ranią uszu ani oczu. Nie znam innych książek pani Hanny, ale to co wymieniłam, świadczy o doskonałym opanowaniu warsztatu pisarskiego. Sięgając po inne jej powieści, chętnie przekonam się, czy tak jest rzeczywiście. 

Przeczytane: 26.02.2016
Moja ocena:7/10