środa, 13 lipca 2016

"Boża podszewka" Teresa Lubkiewicz-Urbanowicz (14/2016)

Cieszę się, kiedy wśród książek opowiadających o sielskim życiu, pięknym świecie, szczęśliwych miłościach i sprzyjającym losie udaje mi się wyłapać książkę zgoła inną. Prawdziwą, o niełatwym życiu, o niekochaniu i poszukiwaniu w tym wszystkim sensu własnego istnienia. Bo choć mamy tu wieś, mamy Kresy, to nie jest to sielankowy wizerunek romantycznej wsi. Juryszkom bliżej do wsi z „Chłopów” niż z „Nad Niemnem”, a Jurewiczom do zubożałej szlachty niż do państwa na włościach. Autorka autentycznie przedstawiła losy rodziny i zamiast budzącej szacunek sagi rodzinnej z landrynkowymi opowieściami o dobrych wujkach i zabawnych ciotkach, w „Bożej podszewce” dostajemy realne losy rodziny, chwytające za serce życie Maryśki, a z tym wszystkim razem również kubeł zimnej wody na głowę, żebyśmy nie myśleli, że w życiu to tylko różowo bywa. Zamiast pianina w salonie i służących w schludnych fartuszkach mamy tu sto hektarów niezbyt urodzajnej ziemi, wielodzietną rodzinę, obłapującego panie ojca rodziny i przedwcześnie urodzoną Maryśkę.
 
Początek XX wieku, Wileńszczyzna. W rodzinie Jurewiczów na świat przychodzi dziewiąte dziecko, Maryśka, tytułowa Boża podszewka. Tak rozpoczyna się powieść i historia Maryśki – matki autorki książki (o czym zresztą nie wiedziałam nawet podczas lektury). Sądzę, że niełatwo było autorce napisać książkę, gdzie główną bohaterką jest jej matka, większość życia naznaczona piętnem stukniętej córki i siostry. Powieść rozpoczyna się tak:

„Maryśka zapamiętała z dzieciństwa jedno, wielkie niekochanie. Może zaczęło się to już wtedy, kiedy siedmiomiesięczna  leżała w gęsim puchu przy piecu i nikt w Juryszkach nie wierzył,  że przeżyje. Pokurczona łupina coś tam smoktała, krowie czy matczyne mleko. Dziewiąta z kolei, bez wielkiego uszczerbku dla  rodziny mogła w tym puchu pozostać. Pochować ją można będzie  w metalowym pudełku po herbatnikach - przemknęło przez myśl  matce, Marii.”

A więc matka za życia, bez żalu, widziała ją już w trumience, potem nazywana w rodzinie bywała nieudałotą, niedonoskiem, durnym stołbunem. Milutko, prawda? Na roli nie ma z niej pożytku, bo nie sposób zagonić dziewczę do roboty.
W końcu i Maryśkę spotyka szczęście – wychodzi za mąż, za Kazimierza, zostaje matką Geniusi (alter ego autorki). Dopiero przed zamążpójściem Maryśki jej matka po raz pierwszy rozmawia z nią na poważnie, jak równa z równą, siostry zaczynają traktować ją inaczej. Sama w swoich oczach staje się kimś więcej niż nieudałotą. Tak mówi do swojej siostry, Elżuni:

„Tak mnie kocha, tak martwi się o mnie, że nie masz nawet pojęcia - zwierzała się siostrze Elżuni. Ta sznurując po swojemu usta patrzyła na nią z niedowierzaniem. - Ja wiem, co o mnie myślisz, wiem. Że mnie nikt nie może kochać! A jednak znalazł się taki jeden! To tylko wy mieliście mnie zawsze za bożą podszewkę, tylko wam nigdy nie mogłam w niczym dogodzić!”

W tle życia Maryśki są Kresy i tamtejsze codzienne życie, jest wojna, okupacja. Na ile Kresy w powieści są prawdziwe? Nie wiem, nie znam tych terenów, nie byłam tam nigdy. Wiem tylko, że „Boża podszewka” to piękna podróż w tamte rejony. Piękna, choć nie zawsze łatwa i zrozumiała. 

Przeczytane: 17.02.2016
Moja ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz