Średnio mi się to podobało… Niby czytało się szybko, ale po „Wołaniu
kukułki” jestem rozczarowana tą częścią.
Zacznę od tego – co niekoniecznie musi być minusem – że tak naprawdę to
nie kryminał, a powieść obyczajowa z wątkami kryminalnymi, prowadzonymi
kiepsko, nieco nudnymi i tak naprawdę, mało kryminalnymi. Jeśli więc ktoś
spodziewa się mrocznego kryminału, to będzie rozczarowany. Lepsza z tego jednak
powieść obyczajowa, niż kryminał.

Powieść jest nieco przekombinowana, autorka sama zaplątała się niczym
jedwabnik w swe własne dzieło. Mam wrażenie, że można by wyciąć z książki
połowę czczej paplaniny i nudnych wątków i obyłoby się to bez większej szkody
dla całej książki.
Plusem jest para głównych bohaterów. Lubię Robin i Cormorana, choć
Robin podpadła mi nieco miganiem się od wsparcia swojego chłopaka po śmierci
jego matki. Praca pracą, ale są sytuacje, w których naprawdę nie jest się
niezastąpionym… Zdziwiło mnie też, jak przeczytałam, że Strike ma 36 lat… Jakoś
nie pamiętam, czy w „Wołaniu kukułki” wspomniany był jego wiek, ale tutaj mnie
to bardzo zaskoczyło. Po pierwszej części zdecydowanie wyobrażałam go sobie
jako starszego o jakieś 10 lat.
Podsumowując – rozczarowała mnie ta książka. Jak nie przeczytacie, to
niewiele stracicie.
Przeczytane: 19.12.2014
Moja ocena: 5/10