„Ekspozycja” to moje drugie spotkanie z Remigiuszem Mrozem. I niesamowicie się cieszę, że drugie, nie pierwsze. Bo gdyby było pierwsze, to nie miałabym najmniejszej ochoty na lekturę kolejnych powieści pana Mroza, a tych jest niemało. „Kasacją”, Chyłką i Zordonem byłam zachwycona. Ba, trzy miesiące po lekturze nadal jestem zachwycona. Publicznie na blogu wyznawałam miłość Chyłce, z niemałą obawą (żeby nie zapeszyć) chwaliłam nowego dla mnie autora, samą powieść wychwalałam pod niebiosa. W opinii, którą zaraz przeczytacie – tego nie będzie. Gdyby nie to, że przesądna nie jestem, to powiedziałabym, że jednak zapeszyłam.
Przez cały czas podczas czytania „Ekspozycji” zastanawiałam się czy czytam kryminał czy powieść przygodową. Autora poniosła fantazja.
Owszem, trzeba przyznać, że powieść wciąga, czyta się szybciutko, pochłania wręcz. Mam jednak wrażenie, że nawet gdyby była uboższa o kilka nieprawdopodobnych historii wciągałaby niemniej.