Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 stycznia 2017

Tytuły bez recenzji na blogu, czyli za dużo czytania, za mało pisania w 2016

W 2016 miałam zdecydowanie mniej czasu na czytanie, więc liczba przeczytanych książek też sporo mniejsza. Skończyło się na 75 (w 2015 było 104...) :) Ambitny plan dodawania opinii po każdej przeczytanej książce w tym roku pokonał mnie całkowicie - kończę czytać szybciej, niż zdążę zabrać się za pisanie :) Blog jednak żyje, choć ostatnio mało w nim odruchów życiowych - ale i to planuję w 2017 zmienić. Póki co, zbiorowa dodawanka tytułów, których nie zdążyłam zrecenzować:

32/52 "Śpiewaj ogrody" Paweł Huelle
Poprawnie, literacko bardzo dobrze, historia w teorii ciekawa, ale nie pochłonęło mnie tak, jak się tego spodziewałam



35/52 "Szepty i kłamstwa" Joy Fielding
Ja wiem, że po tego typu książkach nie ma co spodziewać się wybitnej literatury, ale to i tak było poniżej możliwości Joy Fielding

36/52 "Dolina umarłych" Tess Gerritsen
Ach, och, uwielbiam Tess! Kolejna bardzo dobra część serii o Rizzoli i Isles

37/52 "Bielszy odcień śmierci" Bernard Minier 
Nie wciągnęło mnie wcale. Znudziło wręcz momentami, a to słabo, jak na kryminał

38/52 "Moja wojna trzydziestoletnia" Magdalena Samozwaniec
Takie 6/10, dobre, szybkie.

39/52 "Między wariatami" Marcin Meller 
Uwielbiam Mellera! Bardzo na tak, choć jak ktoś czytał jego felietony, to może się coś powtórzyć (podobno, bo ja nie czytałam felietonów)

40/52 "Polskie morderczynie" Katarzyna Bonda 
Bardzo na tak. Historie przeróżne, smutne. Łatwo zostać morderczynią...

41/52 "Kurz, pot i łzy" Bear Grylls 
Autobiografia. Nie znałam kompletnie człowieka, ale porwało mnie to całkowicie! Niesamowity człowiek, dobrze napisane.

42/52 "Czarnobylska modlitwa" Swietłana Aleksijewicz
Druga z najlepszych w tym roku. Przerażająca, wciągająca.

43/52 "Piaskowa góra" Joanna Bator 
Mnie nie porwało...

44/52 "Zaginięcie" Remigiusz Mróz 
Moja Chyłka kochana, tu jeszcze w nie najgorszej formie.


46/52 "Wytępić całe to bydło" Sven Lindqvist 
Terror przełomu wieku XIX i XX, rasy niższe ustępujące miejsca i przestrzeni rasom wyższym - mogło być bardzo ciekawie, a było jakoś tak "sucho"

47/52 "Dziewczynka w czerwonym płaszczyku" Roma Ligocka 
7/10, niby dobrze, ale pamiętam, że jak w sierpniu kończyłam to czytać, to czegoś mi brakowało (dziś nie pamiętam już czego), a czegoś (tzn samej autorki) było mi trochę za dużo

48/52 "Czasem warto zabić" Peter Swanson 
Mistrzostwem bym tego nie nazwała...

49/52 "Droga 66" Dorota Warakomska
Przyjemny reportaż

50/52 "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson 
Wreszcie się za to wzięłam. Całkiem, całkiem, na pewno będę czytać cykl dalej

51/52 "Tytus, Romek i A'Tomek. Księga IX" Papcio Chmiel 
No tak jak kocham wszystkich tych chłopaków, to Tytus na Dzikim Zachodzie mi wcale nie podszedł

Trzecia najlepsza w tym roku. Opinia już tu była, ale że nadal się zachwycam, to daję raz jeszcze. No i to moja 52 książka w tym roku

53/2016 "Żniwa zła" Robert Galbraith
Nie, nie, nie. Nie podobało mi się wcale. Rozterki Robin mnie znudziły. "Wołanie kukułki" to wg mnie najlepszy tom cyklu.

54/2016 "Warto podążać za marzeniami. Moja podróż przez życie" Marek Kamiński 
Fajny człowiek z tego pana Kamińskiego. I fajnie o sobie opowiada

55/2016 "Tam już nie ma żadnej rzeki" Hanna Krall
Jak to u pani Krall - prosto, oszczędnie w słowach, ale poruszająco


57/2016 "Mariola, moje krople..." Małgorzata Gutowska-Adamczyk 
Trzy miesiące po lekturze już nie bardzo pamiętam o czym to było... Ale bardzo złe nie mogło być, bo oceniłam na 6/10 ;)

58/2016 "Niech ci się coś pięknego przyśni" Massimo Gramellini 
Troszkę bajkowa, 6/10

59/2016 "W ogrodzie bestii" Erik Larson 
Ciekawa literatura faktu - dochodzenie Hitlera do władzy widziane z perspektywy amerykańskiego ambasadora


61/2016 "Odprysk" Sebastian Fitzek 
Straszne (w sensie, że złe, a nie że ja taka bojaźliwa jestem). Mocno przekombinowane. 4/10

62/2016 "Byłem człowiekiem Arafata" Tass Saada 
Faktów nie sprawdzę, bo mało wiem o Arafacie i otoczeniu, ale czytało się to łatwo i wciągało. 7/10

63/2016 "Skazaniec. Na pohybel całemu światu" Krzysztof Spadło
Świetne. Wszystko się zgadzało, fajne czasy (początek XX wieku), więzienie, wszystko opisane zgrabnie, prawdziwie, z przywołaniem odpowiedniego klimatu. No i 'główny więzień' jest z mojego miasta, Kalisza, więc już go lubię (bo poza tym, to naprawdę fajny gość)

64/2016 "Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie" Marek Niedźwiecki
Wysłuchane i to dodaje książce plusika - czyta sam autor i robi to oczywiście świetnie. Pod koniec irytowało mnie już odnoszenie się do Szadku (skąd autor pochodzi), definitywnie autorowi nie przeszedł kompleks pochodzenia z tego miasteczka

65/2016 "Przyjaciele po grób" Nele Neuhaus
A tak się "Śnieżką..." zachwycałam! Ten tom mnie nie porwał, raptem 5/10

66/2016 "Masa o kobietach polskiej mafii" Artur Górski, Jarosław Sokołowski 
Tu też 5/10, ale jest to dość naciągana ocena. Marne to bardzo. Tytuł powinien brzmieć "O dziwkach polskiej mafii" albo "Z kim sypia polska mafia". Nie chodziło tu o konkretne kobiety, tylko o fakt posiadania kolejnych dziewczyn i łatwość ich zdobywania. Nie wiem, czy mam ochotę na inne książki z serii

67/2016 "Stateczna i postrzelona" Monika Szwaja 
Kilka książek Szwai przeczytałam, ale to nadal mało. Jednak wszystko to, na co trafiam, jest niesamowicie naiwne i nierealne. Owszem, jest to ciepłe, miłe, momentami dowcipne, ale trudno uwierzyć, by takie coś mogło wydarzyć się naprawdę

68/2016 "Krew na śniegu" Jo Nesbø
Nadal czekam na moment aż powiem o Nesbo; "wow! ale mie się podobało!". Czekam nadal, gdyż to nadal nie to. Skończyło się, zanim się zaczęło. I znów te romanse i miłości w kryminale, ech... Nadal się więc z Nesbo nie lubimy, fanów przepraszam ;)

69/2016 "Meszuge" Isaac Bashevis Singer 
Emigranci (w dużej mierze z Polski) w Nowym Jorku, ich miłości, wspomnienia. To nie było złe, ale jak na Singera troszkę nijakie.

70/2016 "Plugawy spisek" Maxime Chattam 
Moja pierwsza tego autora.Było przyzwoicie, 7/10. Akcja we Francji (tego dawno u mnie nie było), z momentami w Wieliczce. morderstwa zaskakują, dawno już tak bardzo nie chciałam ożywić ukatrupionego tak dość na początku akcji bohatera

71/2016 "Wietnam" Martyna Wojciechowska 
Lubię tę serię Martyny, kupuję do przodu, ale czytam ją tylko będąc w danym kraju :) Tym razem byłam dokładnie w zatoce Ha Long, gdzie mieszka i żyje bohaterka Martyny, więc czytało się i zatokę 'zwiedzało' naprawdę super

72/2016 "Rewizja" Remigiusz Mróz 
Oj stoczyła mi się Chyłka, stoczyła. Nie podoba mi się to, w którą stronę to idzie. Naciągane coraz bardziej, aż nużące. Takiej Chyłki nie kocham

73/2016 "Osobliwy dom Pani Peregrine" Ransom Riggs 
To było nawet fajne, ale jak na książkę dla młodzieży to usunęłabym kilka tekstów z kolokwialnymi wyrażeniami seksulanymi... Aczkolwiek osobliwe dzieci mnie zauroczyły, zwłaszcza dziewczynka unosząca się w górę, jak nie ma ciężkich butów (zapomniałam jak jej na imię...)

74/2016 "Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd 
Nie porwało mnie tak, jak wskazywałyby napisy 'bestseller' i dość wysoka średnia ocen na LC. Szybko poszło, ot takie czytadełko. Choć przyznaję, momentami zabawne

75/2016 "Spotkanie w Bagdadzie" Agatha Christie 
Ja lubię Christie. Tu jakoś wcale nie skupiałam się na samym wątku kryminalnym, a na bohaterach (bo całkiem sporo ich się porobiło) i na tle obyczajowym, które tu właściwie łączy się z przestępczością.

No i na tym kończę 2016 :) 29 książek mniej niż rok wcześniej.

środa, 28 grudnia 2016

"Syrenka" Camilla Läckberg (34/2016)

Saga o Fjällbace; tom 6

No dobrze, mamy i kolejny tom z cyklu o Fjällbace. Jest lepiej niż w „Niemieckim bękarcie”, ale że ja to zawsze muszę być przewrotna, to coś co było plusem w części poprzedniej, teraz zgubiło pionową kreseczkę i został minus… Czepiam się? Cóż, nikt nie mówił, że nie jestem wybredna, zmienna i przewrotna. Wręcz przeciwnie.

Po lekturze „Niemieckiego bękarta” pisałam tak:
„Powieść dobrze wpisuje się w całość, jaką tworzy cykl o Fjällbace, natomiast jako pojedyncza książka nie należy do najlepszych w swojej klasie i ustępuje miejsca innym tomom sagi”.

Co mogę powiedzieć o „Syrence”? Że owszem, ta również wpisuje się w całość Fjällbacki, ale tym razem zaczynam czuć przesyt całego cyklu. „Syrenka” jest tomem szóstym cyklu, a przez te wszystkie części schemat powieści nie zmienił się ani o krztynę. Lubię w fabule przemieszanie przeszłości z teraźniejszością, lubię, kiedy trupy zamknięte w szafie na wiele lat wypadają z niej z hukiem po długim czasie. Kiedy jednak dokładnie z tym samym schematem mam do czynienia przez cały cykl, to trochę to już nudzi.

Znowu Erika gra pierwsze skrzypce w rozwiązaniu zagadki. To znów ona dostrzega coś, co umyka policji. Niczym Harry Hole, widzi niewidzialne i doprowadza do wyjaśnienia tajemnicy. Zaczynam mieć wrażenie, że skandynawska policja to same tłuki, Harry Hole w Norwegii i Ericka Falck w Szwecji odwalają za nich robotę.

Nieco mniej tu wątków obyczajowych, to się chwali. To co jest, pozostało ckliwe jak poprzednio, ale jest tego mniej. Da się czytać, choć dla mnie tego lukru i naiwności mogłoby być jeszcze mniej.

Historia kryminalna – daleko bardziej mroczna niż poprzednio. Tak, mroczna to dobre słowo. Może nie było strasznie, nie było krwawo, ale było mroczno i ponuro. To wciąga, choć momentami i przytłacza. Kryminałom jednak takie rzeczy przystoją.

Serię dalej będę czytać, ale szczerze mówiąc, całość zaczyna mnie nieco nużyć.

Przeczytane: 29.05.2016
Moja ocena: 6/10

piątek, 16 grudnia 2016

5na1 „Zero zero zero” Robert Saviano

Projekt 5na1 po raz dziewiąty, listopad 2016

No i projekt napotkał na czasową obsuwę :) Nieco później niż zwykle zapraszam do naszych opinii, tym razem o książce Roberto Saviano "Zero zero zero"
Literatura faktu – coś co bardzo lubię i czego jest u mnie sporo w tym roku. Niemniej do „Zero zero zero” podchodziłam z dystansem, bo temat narkotyków nie jest mi bliski i jakoś niezbyt pociągało mnie zgłębianie tego tematu.
No i było ciężko. Na tyle ciężko, że nie dałam rady przez książkę przebrnąć. Zaczynałam ją kilka razy, ale czytanie tego męczyło mnie nieziemsko. Irytował mnie język i styl, tematyka nie wciągała. Po czwartym podejściu odpuściłam.

Z tego co przeczytałam, to ćpa tylu ludzi, że zastanawiam się, jak świat właściwie funkcjonuje… No i połowa znajomych każdego z nas też bierze kokę. Chciałabym, żeby któryś z moich znajomych przyznał mi się do tego, bo do teraz żyję w błogiej nieświadomości i przeświadczeniu, że nie znam nikogo, kto kokainę zażywa. Takich od trawki to owszem, kilku bym wskazała, ale serio, o kokainie nic nie wiem.
Z książki wiem też, że ‘wszyscy’ chcą oszukać (tu: wydymać) ‘wszystkich’. Nie mój język, nie mój styl, nie moje klimaty. Enigmatyczni są również ci ‘wszyscy’, no ale mówię, narkoświatek to nie moje rejony, więc może czegoś nie ogarniam.

To, co dałam radę przeczytać niesamowicie mnie nudziło. Zasypiałam dosłownie po przeczytaniu dwóch stron. Gdybym była zmuszona do całego jej przeczytania, zajęłoby mi to chyba z pół roku. Nie dawałam rady czytać tego dłużej niż 15 minut pod rząd.

Niemniej, jeśli ktoś jest tematyką zainteresowany, to niech nie zniechęca się moją opinią i po książkę sięga. Może Wam podejdzie bardziej. 

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

poniedziałek, 7 listopada 2016

"Już nic nie muszę" Stefania Grodzieńska (31/2016)

Wstyd przyznać, ale do czasu tej lektury nie bardzo wiedziałam z czym powiązać panią Stefanię… Owszem, nazwisko o uszy mi się obiło, może nawet w kontekście radia czy kabaretu, ale raczej w dalekim kościele te dzwony biły. Cieszę się więc, że trafiłam na jej autobiografię i moja niewiedza choć trochę została ukrócona.

„Już nic nie muszę” czyta się bardzo przyjemnie. Książka napisana jest ładną polszczyzną, momentami taką ‘z tamtych czasów’ – co bardzo lubię. Miłe (i po prostu ładne) są wspomnienia autorki o innych satyrykach czy pisarzach (np. o Brzechwie).
Autorka pokazuje nam swoje życie od młodości aż do czasów teraźniejszych. Czyli całe jej życie. Historie rodzinne, historie miłosne, trudną rzeczywistość życia w Polsce na przestrzeni XX wieku. Wszystko to pokazane jest w sposób taki, że nic nie nudzi, nie przytłacza, jedno wydarzenie nie dominuje nad innymi.

Pani Stefania jest w książce naturalnie dowcipna – nie sili się na żarty, a one same wychodzą. Urzeka autoironią i spojrzeniem na siebie z dystansem. Takie książki lubię. Zachęcam, naprawdę warto po autobiografię Pani Stefani sięgnąć.

Przeczytane: 7.05.2016
Moja ocena: 8/10

sobota, 5 listopada 2016

5na1 "Igrając z ogniem" Tess Gerritsen (60/2016)

Projekt 5na1, część ósma; październik 2016

Jak tak dalej pójdzie, to blogerzy biorący udział w projekcie 5na1 będą musieli udać się obserwację wykluczającą/potwierdzającą ich zapędy związane z piromanią… Po „Podpalaczu” Wojciecha Chmielarza i „Podpalaczce” Stephena Kinga przyszła kolej na Tess Gerritsen i jej „Igrając z ogniem”. To ósma książka, którą recenzujemy z ramach projektu, a trzecia mająca związek z ogniem. Delikatne skojarzenia nasuwają się same…

Co tu dużo mówić – obiektywna w tym przypadku być nie mogę. Uwielbiam Tess, uwielbiam Włochy, więc sprawa musiałaby być wyjątkowo sknocona, żeby mi się to zupełnie nie podobało.

Język i styl
Tess jak to Tess, pisać to ona potrafi. Co poradzę, to jak pisze Gerritsen bardzo mi się podoba i jak zwykle przy tej autorce, nie mam się czego przyczepić. Nie znajdziemy tu dziwnych metafor ani nużących opisów na pół strony. I to właściwie jedyny punkt stały dla całej powieści.

Dwie historie
Powieść prowadzona jest dwutorowo i to postrzegam jako plus na korzyść książki. Nie o sam fakt dwóch opowieści chodzi, a o poruszane tam wątki – według mnie, sama historia Julii mogłaby się nie obronić… Starając się być obiektywną, muszę dostrzec, że ta historia jest nieco nużąca, jakby naciągana, nie wiadomo właściwie na czym bazująca.

Nie polubiłam głównej bohaterki, ale czy zawsze musimy bohaterów darzyć sympatią? Pewnie nie. Tak naprawdę, to jakoś żaden ze współczesnych bohaterów „Igrając z ogniem” nie przypadł mi do gustu. Tu dostrzegam pewną słabość powieści. Absolutnie nie chodzi o to, że bohaterów nie lubię, a o to, że ci bohaterowie są nijacy. Nieco płascy. Tak prości, że aż nierzeczywiści.

Inaczej ma się sprawa z bohaterami z przeszłości – i Lorenzo, i Laura, ale także chwilowo pojawiający się bohaterowie, są bardziej wyraziści, ich historie są realniejsze, prawdziwsze, z życiem.

Bardzo doceniam poruszony przez autorkę wątek włoskich Żydów. Mało o się o nich mówi, a my Polacy skupiamy się raczej na ‘naszych’ Żydach. Nie dziwie się nam, to co działo się w Polsce było niebywale okrutne, ale przez to też umykają nam tragiczne losy Żydów w innych częściach Europy. W takich właśnie okolicznościach historycznych dzieje się historia miłosna Lorenzo i Laury. Ta cześć powieści jest zdecydowanie lepsza – choć wydawałoby się,  że tam gdzie romans, to nie moje pochwały. Ten jednak romans nie był męczący, słodki, naiwny, a wręcz przeciwnie. Wpływają na to niewątpliwie wspomniane już wydarzenia historyczne, które kształtują losy bohaterów.
Ta część powieści zdecydowanie jest lepsza.

Historia współczesna plusuje u mnie głównie ze względu na Wenecję (tak, wiem, dla większości czytelników to jednak może być słaby powód, by podciągać książce ocenę…). Autorka znów świetnie przygotowała się do powieści, oddała urok włoskich uliczek. Sama historia jednak mnie nie przekonuje. Za to historia Lorenzo urzeka mnie w całości.

Jak wypada „Igrając z ogniem” na tle pozostałych książek autorstwa Tess Gerritsen? Właściwie to moja pierwsza powieść autorki spoza serii „Rizzoli & Isles”. Cóż, w porównaniu ze wszystkimi tomami cyklu, „Igrając z ogniem” podobało mi się najmniej. A porównania z pozostałymi książkami bez wspomnianych sympatycznych pań nie mam. Cieszę się, że w ramach projektu chwyciliśmy po tę książkę, bo od dłuższego czasu zbierałam się, żeby przeczytać coś Tess bez Jane i Maury. Fajnie, że przy projekcie wreszcie mi się to udało! 

Przeczytane: 30.09.2016
Moja ocena: 7/10

Język: 4,5
Emocje: 3
Pomysł: 3
Akcja: 3,5

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

poniedziałek, 24 października 2016

„Skandalistki. Historie kobiet niepokornych” Elizabeth Kerri Mahon (30/2016)

Och, to było po prostu nudne.
A jeśli ktoś o Kleopatrze, Fridzie Kahlo, Marii Skłodowskiej-Curie czy Macie Hari pisze nudno, to jest źle, bardzo źle.

Temat rzeka. Ze słowem „skandalistka” można zrobić tyle pięknych literacko rzeczy! Tyle ciekawych, fascynujących, pochłaniających czytelnika historii można stworzyć. Ba, ich nawet tworzyć nie trzeba, bo historie już są, trzeba jedynie właściwie dobrać bohaterkę i w przyciągający sposób opisać jej historię, dokonania i zrobić to tak, żeby czytelnik sam chciał daną kobietę skandalistką nazywać.

„Skandalistki” opisują historie kilkunastu kobiet, które były żywą częścią historii, tworzyły ją, wpływały na losy swego kraju, świata, kultury. To kobiety podziwiane, ale niejednokrotnie potępiane, zwłaszcza w czasach, w których żyły. Nie wszystkie nazwiska były mi znane, niektórych ‘skandalistek’ nie kojarzyłam wcale. Czepiać się doboru bohaterek? Trochę można, bo mam wrażenie, że poza tymi najbardziej znanymi, reszta to kobiety brytyjskie lub amerykańskie i chyba niekoniecznie muszą być nam znane. Ciężko się czyta nudną notkę biograficzną Kleopatry, a co dopiero nudną notkę nieznanej mi kobiety, nijak jawiącej się skandalistką po tym, co w tej książce można wyczytać. Równie wciągające ‘biografie’ można przeczytać w encyklopedii. Wikipedia dodatkowo wspomni o skandalach, doda cytaty, źródła itp. I wierzcie mi, będziecie bardziej usatysfakcjonowani przeczytaniem o tych kobietach w encyklopedii/Wikipedii, bo przynajmniej wiecie, czego się spodziewać i to właśnie dostaniecie. Niestety, po książce spodziewam się dużo więcej a nic więcej nie dostałam.

Styl – bliski grafomanii. Pewna nie jestem, ale wydaje mi się, że momentami to, co pisze autorka miało być zabawne. Cóż, nie wyszło. Porównywanie bohaterek z dawnej historii, niby takie na luzie, do współczesnych gwiazd kina i celebrytek – nieudane, nieśmieszne. Z informacji, które wyszukałam, to jest to jedyna książka Elizabeth Mahon – to widać niemalże w każdym zdaniu. Autorce brak warsztatu i obycia z piórem.

Kobiety są pięknym i fascynującym tematem do pisania o nich, do tworzenia o nich. Kobiece skandale przyciągają, mają w sobie magnetyzm, któremu trudno się oprzeć. W tym jednak przypadku, największym skandalem jest takie zmarnowanie tematu, jakiego dopuściła się autorka.

Przeczytane: 3.05.2016
Moja opinia: 4/10

poniedziałek, 17 października 2016

"Miłość i przeznaczenie: Serce Devina & Miłość Shane'a" Nora Roberts (25/2016 & 27/2016)

Gdybym kiedykolwiek miała wątpliwości (a nie miałam), to teraz już wiem na pewno – nie zanosi się na to, żebym miała zostać miłośniczką romansów, również tych z napisem „Harlequin”.

„Miłość i przeznaczenie” to dwie powieści w jednym tomie: „Serce Devina” i „Miłość Shane’a”. Opowiadają one o losach (właściwie nie o losach, a jedynie o miłosnych uniesieniach) dwóch braci MacKade. Dwójka pozostałych braci miała już swoje powieści („Duma i zauroczenie”, opinia tutaj).
Cóż, jak i Rafe oraz Jared (dwójka braci z wcześniejszych powieści), tak i teraz Devin i Shane są nieziemsko przystojni, i choć są stuprocentowymi macho, twardymi, broń Boże nie ckliwymi, to i ich dopada miłość. Ich wybranki to oczywiście powalające piękności, do tego mądre. Panowie czytelnicy (o ile tacy są…) naprawdę mają czego zazdrościć. Panie czytelniczki mogą natomiast rozpływać się nad nieco narwanymi, ale uroczymi braćmi MacKade, obok których, według Nory Roberts, żadna przedstawicielka płci pięknej nie przejdzie obojętna. 

O ile czytanie poprzednich dwóch opowiadań wywoływało u mnie częściej wybuchy śmiechu spowodowane naiwnością i głupotą bohaterów, tak teraz miarka się przebrała i ‘akcja’ coraz bardziej mnie irytowała. Nie mogłam czytać na raz więcej niż 15-20 stron, bo mieszanina głupoty, niefortunnych zbiegów okoliczności i lukru powodowała u mnie mdłości i frustrację. A nie lubię się frustrować przy lekturze…

A jednak są osoby, którym się to podoba. Kiedy tak sobie czytam opinie czytelniczek dających tej książce oceny 9/10 czy nawet 10/10, dochodzę do wniosku, że i takie książki są potrzebne. Nie znam zbyt wielu romansów czy harlequinów, by wiedzieć jak Nora Roberts wypada na tle innych, ale sądząc po liczbie sprzedanych przez nią książek, zakładam, że jest jedną z poczytniejszych autorek w tym zakresie. Może i mnie to nie wzrusza, ale jeśli ktoś jest wrażliwy na takie historie, to ja zniechęcać nikogo nie będę. 

Przeczytane: 15.04.2016 & 17.04.2016
Moja ocena: 4/10

wtorek, 11 października 2016

5na1 "Podpalaczka" Stephen King (56/2016)

Projekt 5na1, część siódma; wrzesień 2016
Mało znam Kinga (choć od jakiegoś czasu mam w planach lepsze zapoznanie się z jego twórczością), nie mogę więc porównywać „Podpalaczki” z innymi powieściami autora. Do tej powieści podchodziłam nieco sceptycznie, bo nadprzyrodzone zdolności zwykłych z pozoru ludzi nie do końca do mnie przemawiają. Ni to fikcja, ni rzeczywistość, bo choć mamy ‘normalnych’ ludzi, faktycznie istniejące miasteczka, to wiemy, że takie coś wydarzyć się nie może. Ze sceptyzmem więc zaczęłam czytać „Podpalaczkę”, po to, by po kilkudziesięciu stronach dać się całkowicie wciągnąć w przedstawianą historię. Zaczynało się nieco niemrawo, potem się rozkręciło, następnie dostaliśmy porcję rozwlekłej akcji, której głównym celem było jedynie ukazanie pisarskich zdolności Kinga, po czym znów poziom zainteresowania skacze i utrzymuje się właściwie do końca. 
Charlie McGee, na skutek eksperymentów, jakim poddali się jej rodzice, obdarzona jest zdolnością pirokinezy – potrafi wzniecać ogień siłą umysłu. Nie wszystkim się to podoba, a że w eksperymencie maczał palce amerykański rząd, to życie Charlie i jej rodziny zostaje wywrócone do góry nogami. 

Naprawdę wciągnęłam się w akcję, polubiłam bohaterów, wszystko mi się podobało, aż do strony 473, kiedy stało się coś, czego się obawiałam i co mi się wcale nie spodobało… Zakończenie? Niezbyt zaskakujące, ale dobre. Powiedzmy, takiego zakończenia chciałam i takie sobie wymarzyłam od wydarzenia ze strony 473 :) Więc rozczarowana nie jestem, choć przewidywalne to było. 

Postacie przedstawione są ciekawie, spory nacisk położony jest na ich psychikę, a w tej powieści to ważne – gra psychologiczna i siła psychiki bohaterów w znacznym stopniu kierują rozwojem akcji. Wygra ten, czyja psychika wytrzyma więcej. 

Delikatnie czepiam się jedynie postaci Charlie – dziewczynka ma zaledwie osiem lat i czasem rzeczywiście zachowuje się jak dziecko w jej wieku. Czasem jednak King wkłada w jej usta takie słowa, a w jej umysł takie myśli, jakie raczej ośmiolatce nie przychodzą do głowy – w tych momentach wiarygodność Charlie pryska niczym bańska mydlana.

Zastanawiam się nad jedną rzeczą – czy King w tej powieści próbuje dotknąć tematu poświęcenia jednostki dla ogółu czy to tylko moje doszukiwanie się w miłym thrillerze czegoś więcej? Dotyczy to już etapu eksperymentów na rodzicach Charlie, ale przede wszystkim próby schwytania Andy’ego i jego córki. Nie znam Kinga, nie wiem więc czy to dla niego typowe, by pod płaszczykiem rozrywki przemycać w treści ‘głębsze’ przesłania.

Co by nie mówić, to przyznać trzeba – King ma niebywałą zdolność pisania powieści wciągających – robi to umiejętnie budując napięcie niesamowicie lekkim stylem. Stylowo i językowo nie mam autorowi nic do zarzucenia. Zrobił naprawdę niezłą robotę – potrafił wciągnąć mnie w coś , co z zasady podobać mi się nie mogło. Czaruje piórem i z przeciętnego tematu potrafi zrobić niesamowite historie. 

Przeczytane: 7.09.2016
Moja ocena: 7/10

Język: 4
Emocje: 4
Pomysł: 3
Akcja: 4

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj:

poniedziałek, 12 września 2016

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz (24/2016)

Sierżant, kapitan, mechanik lotniczy, lotnik, lejtnant, felczer, szeregowiec, strzelec wyborowy
To podpisy pod nazwiskami bohaterek reportażu Swietłany Aleksijewicz. Bohaterek, nie bohaterów. To o kobietach, tylko form żeńskich tych rzeczowników brak. Bo takich form być nie powinno, bo kobiety do wojny nie pasują.

„Na wojnie nie ma kobiecych zapachów, wszystkie są męskie. Wojna pachnie po męsku”.

Tak, wojna pachnie po męsku, wojna kojarzy się z mężczyznami. Stereotypowe myślenie nakazuje mi widzieć kobietę w rzeczywistości wojennej będącą sanitariuszką, kucharką, ewentualnie łączniczką czy telefonistką. Takie kobiety również znajdziemy w książce Swietłany Aleksijewicz, ale nie tylko. Wiele z bohaterek jej reportażu to czołgistki, strzelcy wyborowi, kierowcy, panie sierżant, lotnicy.
Wiele z bohaterek reportażu to wcale nie kobiety, to młode dziewczyny – kiedy rozpoczynają swą wojenną tułaczkę mają po szesnaście, siedemnaście lat.

„Na wojnie starzeje się dusza człowieka. Po wojnie już nigdy nie byłam młoda...”
Te młode dziewczyny kształtuje wojna, to przykre.. Pierwszy raz zakochują się na wojnie, uczą się kochać dziś, teraz, bo jutro może być za późno. Za późno dla nich lub dla ich wybranków.
Kiedy pomyślę jaką ja byłam głupią smarkulą mając szesnaście lat…

Kobiety na wojnie stają się twarde. Chcą pozostać kobiece, choć w warunkach w jakich przyszło im żyć to niewyobrażalnie trudne.

Mało w tej książce autorki, dużo bohaterek. Doceniam. Jednak to, co w pamięci pozostaje, to nie same kobiety snujące swe wspomnienia, a właśnie te ich historie, obrazowo przedstawione zapadają w pamięć. Dziś nie pamiętam już nazwisk, ale pamiętam przydarzające się im historie.

Radziecki bohater
Patrząc na książkę przez pryzmat historii wojennych kobiet, to jest to pozycja niewątpliwie przejmująca, poruszająca. Patrząc jednak nieco szerzej, dostrzegam ziarenka czegoś na kształt propagandy radzieckiej, wychwalania pod niebiosa rosyjskich żołnierzy. Że dzielni, że oddani, wspaniali. Rozumiem, że z ust kobiet, które to mówią, niczego innego usłyszeć bym nie mogła, ale po drugiej stronie książki, na wprost bohaterów i autora siedzi czytelnik. W tym przypadku to Polka, wiec siłą rzeczy, moje postrzeganie ‘wspaniałości’ żołnierzy Armii Czerwonej jest nieco inne, niż to wyczytane w tejże książce.

Nie bardzo umiem coś więcej o tej książce napisać…  Zamiast tworzyć niepotrzebne zdania, które i tak nie oddadzą tego, co w tej książce najbardziej uderza, przeczytajcie kilka cytatów z reportażu. One przybliżą Wam to, jaka to książka.

O tym, że przywykamy do niewyobrażalnego:
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam rannego, zemdlałam. Potem mi przeszło. Kiedy pierwszy raz poszłam pod kule po żołnierza, wydawało mi się, że zagłuszam huk bitewny, tak krzyczałam. Potem się przyzwyczaiłam. Po dziesięciu dniach zostałam ranna, odłamek wyjęłam sobie sama, sama się opatrzyłam...

O tym, że człowieka w człowieku trudno zabić:
Ja, która przysięgałam, że wszystkich ich nienawidzę... Zbierałam u swoich żołnierzy wszystko, co mają, co zostało z przydziałów, każdy kawałek cukru, i oddawałam niemieckim dzieciom. To jasne, że nie zapomniałam... Wszystko pamiętałam... Ale nie mogłam patrzeć spokojnie w oczy głodnym dzieciom.

O tym, że najbardziej boli to, czego nie widać i że oczywiste wcale oczywiste nie jest:
Nawet dzisiaj można oszaleć, kiedy się to przypomni. Tyle że podczas wojny ludzie wytrzymywali, rozum tracili dopiero po wojnie. Chorowali po niej. A wtedy nawet wrzody żołądka się goiły. Spał człowiek na śniegu, w lichym szynelu, a nazajutrz nie miał nawet kataru.

O tym, jak wielkim paradoksem jest człowiek:
Ludzie jak dawniej nienawidzą się nawzajem. Znowu się zabijają. To właśnie jest dla mnie niepojęte...

Dla mnie też jest to niepojęte… I jak za każdym razem, kiedy czytam podobną książkę, dziękuję Bogu, że żyję tu gdzie żyję, w takich a nie innych czasach. 

Przeczytane: 11.04.2016
Moja ocena: 8/10

środa, 7 września 2016

"Niemiecki bękart" Camilla Läckberg (22/2016)



Saga o Fjällbace; tom 5

No i stało się… To, co jeszcze w tomie trzecim sagi o Fjällbace uważałam za urocze, w tomie piątym, czyli właśnie w „Niemieckim bękarcie”, zaczyna mnie męczyć. A w opinii o „Kamieniarzu” (tom trzeci) pisałam tak: „Tło obyczajowe jest sympatyczne, mili bohaterowie. Nie jest to wszystko ckliwe, naiwne, przesłodzone, Erica i Patrik mają swoje problemy, dopada ich szara rzeczywistość dnia codziennego”. O tomie piątym napiszę już inaczej:
Bohaterowie, choć nadal sympatyczni, to stają się coraz bardziej sztampowi, robi się ckliwie, ich zachowania stają się do przewidzenia. Problemy owszem, nadal są, ale nie są już szarą rzeczywistością, jaką każdy z nas mógłby dzielić, a są już bardziej na modłę przewidywalnej powieści obyczajowej, z wątkiem dramatycznym i romansowym. To, co doceniałam w poprzednich częściach, że tło obyczajowe jest naprawdę tłem, subtelnie wplecionym a treść, tu zanika i bohaterowie ze swoimi problemami coraz bardziej pchają się ku planowi pierwszemu. I choć wątek kryminalny jest przyzwoity, pomysł ciekawy, a ja lubię takie nawiązania do przeszłości i do wojny, to można by się czepiać, że akurat Erice przyszło natrafić na duchy z przeszłości własnej matki, że to ona, główna bohaterka jest w to wciągana. Ok, załóżmy, że takie zbiegi okoliczności się zdarzają, ale przez to jednak postać Eriki dominuje w tej historii kryminalnej, która sama w sobie chowa się nieco w cieniu.

Podsumowując – za dużo tu Eriki. Mało tego, w tej części cyklu autorka postanowiła zrobić z Eriki Harrego Hole w spódnicy – genialne pomysły ni stąd, ni zowąd, podobne odkrywanie tajemnic na długo przed policją, rozwiązywanie zagadek ot tak, przeczuciem i fartem. Geniusz detektywistyki. Nie kupuję tego.

Jest jeszcze, coraz głośniej i wyraźniej dająca o sobie znać, córka Eriki i Patrika, Maja. Nieco mnie to dziecko (genialne oczywiście) zaczyna irytować, ale na razie delikatnie o tym wspominam, zobaczymy co będzie z kolejnych częściach.

Styl, jak to u Pani Camilli – żadne wyżyny pisarstwa, język bardzo prosty. Da się czytać, choć w nadmiarze może to męczyć.  


„Niemiecki bękart” miał potencjał, ale w mojej opinii mocno został zmarnowany. Powieść dobrze wpisuje się w całość, jaką tworzy cykl o Fjällbace, natomiast jako pojedyncza książka nie należy do najlepszych w swojej klasie i ustępuje miejsca innym tomom sagi. Nadal pozostaje we mnie (niezrozumiała dla mnie samej) sympatia i słabość to Fjällbacki, ale tym razem dostrzegam już więcej minusików. 

Przeczytane: 17.03.2016
Moja ocena: 6/10

poniedziałek, 5 września 2016

5na1 "Inna dusza" Łukasz Orbitowski (52/2016)

5na1 po raz szósty; sierpień 2016

Jędrek, Darek, Dagmara. Jacek, Dawid, Dominika. Fikcja i rzeczywistość, splecione ze sobą nierozerwalnie.

W tej książce jest wiele płaszczyzn, które mnie zachwyciły – język, bohaterowie, dbałość o szczegóły, realizm miejsc. Ale od początku.

Jakim gatunkiem literackim jest „Inna dusza”?
I tu mamy pierwszą nieoczywistość, w którą obfituje ta książka. Zapewne jest to literatura współczesna, która do opowiedzenia historii wykorzystuje rzeczywiste zdarzenia. Ale reportażem zdecydowanie nie jest. Jest tu sporo psychologii, można więc powiedzieć, że to powieść psychologiczno – obyczajowa, ale Orbitowski nie bawi się w psychologa i nie próbuje wytłumaczyć nam dlaczego stało się to, co się stało.

A co się stało?
Stało się morderstwo, i to nie jedno, a dwa (choć gdyby wliczyć kotki, to i jeszcze więcej…). Dokonał ich Jacek B. (ochrzczony przez Orbitowskiego Jędrkiem B.) w momentach, w których wychodziła z niego inna dusza. Inna dusza - tyle właśnie musi nam posłużyć za wyjaśnienie motywów zabójcy – innego od Orbitowskiego nie dostaniemy. Można by rzec, że autor wziął gotową historię, nieco ją obrobił, dodał warstwę fikcyjną, przedstawił bohaterów i książka gotowa. Ale – jak to zrobił! Z niesamowitym wyczuciem chwili o jakiej mówi, idealnie dobranym językiem, zgrabnym stylem.

A więc język i styl
Prosty, oszczędny. Zdania krótkie, czasem jakby wręcz urywane. Jest w nich dokładnie tyle, ile musi być. Ani jednego zbędnego przymiotnika, ani jednego słowa za dużo. To się udziela. Jak myślę o tej książce, to w głowie układam też takie zdania. Krótkie. Wprost. Bez owijania w bawełnę.

„Słońce jeszcze nie wstało. Mama cieszy się, że mamy co jeść. Nie każdy tutaj, na Jasnej, może to o sobie powiedzieć”

„Tatusiowi pogorszyło się. Zwalił się na wyro dobrze po piątej i teraz śpi twarzą do dołu. Na czubku jego głowy pojawił się łysy placek (…) Przewracam go na bok i nakrywam kołdrą. Podnoszę kurtkę z podłogi w przedpokoju i daję na wieszak”

Krótko. Wprost. Bez upiększania. Tak samo jest o bohaterach.

Jędrek, Krzysiek, tatusiowie…
…czyli bohaterowie. Postacie nieidealne, postacie idealne. Nieidealne w tym, jacy są. Idealnie przedstawione. Wszyscy, co do jednego bohatera, przedstawieni są tak, jak postacie w książkach powinny być przedstawione. Są tak wyraziści, że dawno takich nie spotkałam. Wkurzają, wzbudzają litość. Słyszymy ich słowa, słyszymy ich myśli. Jesteśmy z nimi w kuchni, idziemy Jasną, na Fordon, podtrzymujemy pijanego ojca, podglądamy Dagmarę przez dziurkę od klucza. To bycie z bohaterami jest niesamowite. Całkowite. Dopełnia to tło lat 90., które pamiętam, choć jako gówniara, ale swoje skojarzenia mam.

W tle
„Meblościankę wypełniają kieliszki, karafki, szklanki w koszyczkach i książki oprawione w płótno”

„Przeklina Macierewicza i Korwin-Mikkego, którzy cztery lata temu zaczęli ten niedorzeczny cyrk z lustracją. Spotkała ich zasłużona kara: wylecieli z polityki i nigdy nie wrócą, a jeśli wrócą, będzie to oznaczało koniec Polski” (sic!)

W tle Urszula, Kasia Kowalska, „Dumka na dwa serca”. To co w tle, jest tu niesamowicie ważne. Bez tego obraz tamtych wydarzeń nie byłby pełen. Tworzy klimat, oddaje rzeczywistość, w jakiej żył Jędrek. Z pewnością autor nie przedstawia pełnego przekroju społeczeństwa z lat 90. XX wieku (trudno to zrobić w postaciach trzech nastolatków i ich ojców), ale wycinek, który zawarł w bohaterach, przedstawił idealnie. Każdy szczegół lat 90. jest dopieszczony, trafiony, zgodny z rzeczywistością. Zafascynowana byłam tym, jak autor zadbał o każdy szczegół, jak perfekcyjnie przedstawił tamte czasy. Nie umknęła mu meblościanka, ani Kasia Kowalska, nie umknęła guma Turbo. Byłam tam całkowicie.

Powieść nieoczywista, niejednoznaczna, inna. Taka, w której tło hipnotyzuje niekiedy bardziej niż historia na pierwszym planie. Jest szaro, jest mroczno. Na każdej kolejnej stronie nie jawią się kolory, ani żadna wesoła opowieść. Zresztą, wcale tego nie oczekujemy. Urzeka dbałość o szczegóły. Powala surowość stylu, emocje wychodzące z prostych słów. I historia. Ta nierzeczywista, choć rzeczywista,  historia.

„Ja sobie myślę, że w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle (…) Inna dusza się budzi. A może diabeł. Chętka, by zabić, i już”

PS. Tyle się napisałam, a mam wrażenie, że tego co najważniejsze w tej książce, nie zdołałam Wam powiedzieć…

PS 2. Czy bardzo źle o mnie świadczy, że jednym z wydarzeń, które poruszyły mnie najbardziej jest morderstwo kotków?

Przeczytane: 26.08.2016
Moja ocena: 8/10

Język: 5
Emocje: 5
Pomysł: 4
Akcja: 4

Recenzje pozostałych blogerów biorących udział w projekcie znajdziecie tutaj: