Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religie świata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religie świata. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 listopada 2017

"Bóg w wielkim mieście" Katarzyna Olubińska (70/2017)

Ależ miła lektura to była. Od kolejnych opowieści bohaterów nie mogłam się oderwać.

Katarzyna Olubińska dzieli się z czytelnikami swoimi i swoich gości doświadczeniami Boga. Rozmawia z kilkunastoma znanymi osobami, które opowiadają o wierze i Bogu w swym życiu. O tym, jak Boga spotkały, kim jest On dla nich na co dzień, kiedy wiary najbardziej potrzebują. Miło się to czytało, zwłaszcza, że rozmówców autorki lubię i cenię.

Miła i ciepła to książka, taka optymistyczna. Piękny jest zachwyt nad codziennością, bijący z tej książki. Zarówno autorka, jak i duża część jej gości, wiedzą i widzą, że ważne rzeczy dzieją się w najzwyklejszych momentach życia, często niespodziewanie.

Pięknie wydana. Z ładnymi zdjęciami. To nie najważniejsze, ale estetyka była miłym dodatkiem do lektury.

Polecam, a ja sama, jako że książka stoi u mnie na półce, pewnie jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Przeczytane: 24.08.2017
Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 9 stycznia 2017

"Izrael już nie frunie" Paweł Smoleński (1/2017)

Na początku powinnam chyba uprzedzić, że reportaże Pawła Smoleńskiego bardzo cenię, a Izrael uwielbiam i chłonę wszystko o tematyce z nim związanej. Czyli jak można wywnioskować, i tu będzie na plus.

Z każdą kolejną książką Smoleńskiego dostrzegam coraz bardziej, że on nie tylko niesamowicie dużo widzi i słyszy, ale też to, że on reportaże pisze tak, że ‘wyglądają’ one jak literatura piękna; coś jak powieść z elementami poezji.

Nie jestem pewna, co autor chciał tymi reportażami o Izraelu powiedzieć, ale wiem, że opowiedział wiele. Właściwie, to bohaterowi opowiedzieli. „Izrael już nie frunie” to zbiór reportaży i każdy reportaż to inny człowiek, inna historia. Zwykły człowiek i jego codziennie największe bolączki, czasem poglądy, spostrzeżenia. Te reportaże to nie Izrael, o jakim usłyszymy w wiadomościach, o jakim przeczytamy w gazetach. To historie, jakie usłyszymy w knajpce, podsłuchamy na straganie. W oczach wielu bohaterów tej książki, Izrael rzeczywiście już nie frunie.

Marzy mi się, żeby w moją kolejną podróż do Izraela zamiast przewodnika zabrać taki właśnie zbiór reportaży i to nimi spróbować się kierować. Żeby zobaczyć taki Izrael, jak Smoleński przedstawił. Izrael zwykłych ludzi.

Choć pierwsze wydanie książki to rok 2006, to zagadnienia podejmowane w reportażach i to, co się o nich mówi sprawia, że w 2017 roku nadal wszystko co wyczytamy w „Izraelu…” jest bardzo aktualne. I choć Smoleński i jego bohaterowie poruszają wiele interesujących tematów, o których warto by napisać więcej, to największe wrażenie wywierają na mnie te momenty, w których pojawia się islam. Dlaczego? Dlatego, że nie chcę postrzegać islamu jako największej gangreny XXI wieku, a po słowach Smoleńskiego (czy też raczej jego bohaterów) zaczynam sądzić, że może jednak powinnam…
Ja wcale nie uważam, że islam to zło samo w sobie. Wierzę, że na świecie jest całe mnóstwo przyzwoitych muzułmanów, nie godzących się na to, co na świecie wyprawiają ich bracia w wierze. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że Ci szaleńcy to dziś ogromne, jak nie największe zagrożenie dla Europy. Czytając to, co u Smoleńskiego wyczytałam – zwyczajnie się boję i przeraża mnie wizja najbliższych lat.

I teraz będą dwa fragmenty, z czego drugi baaardzo dłuuugi, które bardzo dobitnie mi przypomniały, że jeśli coś było problemem na skalę światową w 2005 roku, to bez stanowczego sprzeciwu i akcji, będzie też problemem w 2017 (jeśli ktoś cierpliwości nie ma, to lekturę mojego wywodu, może zakończyć właśnie tu.)

„Gdyż – profesor Lindenbaum jest pewien – walka islamu z Zachodem nie wynika z dyskryminacji, jakiej doświadczają Algierczycy we Francji, a Turcy w Niemczech. Nie jest to nawet funkcja antyamerykańskich fobii. To starcie wpisane w wersety Koranu: świat winien należeć do wyznawców Allaha, każdy inny rozwój wypadków jest błędem historii. Dziś wojna toczy się w Izraelu, jutro przeniesie się nad kanał La Manche lub w norweskie fiordy. Koran uczy swoich wojowników: jesteście zmęczeni, odpocznijcie krzynkę. Kiedy odpoczniecie, zaatakujcie znowu”.

Sic! Dziś, w 2017 wiemy, że to już się wydarzyło i dzieje się nadal. Wspomniana Francji i Norwegia już były. Kolej na pozostałe zakątki Europy…

„– Al-Kaida, mój panie, to nie wymysł ostatnich lat – objaśnia. – Al-Kaida poczęła się na olimpiadzie w Monachium, gdy palestyńskie komando zaatakowało izraelskich sportowców. To, przy okazji, była wiadomość dla was. Już tu jesteśmy – mówili terroryści – i nigdy dobrowolnie stąd nie odejdziemy. Ale wy wiedzieliście swoje.”

I dalej:

„Przeraził mnie Said, bo opowiadał spokojnym, beznamiętnym głosem (…) Ale musiałem zapytać: – Skoro, Saidzie, nie wierzysz w pokój z Izraelem, powiedz, w co wierzysz?
Podrapał się po zarośniętym policzku, pomyślał chwilę.
– Powiem ci na początku, w co nie wierzę. Nie wierzę w pokój między nami i wami, w zgodę i dobre współżycie między Wschodem i Zachodem (…) Nie wierzę w pokój, bo zawsze przychodziliście do nas jak zdobywcy, jak ludzie, którzy wiedzą lepiej, mają więcej, chcą innym urządzać życie, poprawiać, przymuszać do swoich porządków.
A przecież, zastanów się choć sekundę, to wy jesteście od nas zależni. Potrzebujecie arabskiej ropy. Bez ropy wasza cywilizacja przestanie istnieć, zatrzymają się samochody, stanie przemysł, zgasną światła w waszych miastach. Słowem – bez nas, Arabów, jesteście nikim. Choć nami pogardzacie.
Przyjdzie czas, gdy wreszcie to zrozumiecie. A raczej, kiedy my przemówimy wam do rozsądku. Już dziś boicie się naszej desperacji; garstka męczenników potrafi ugodzić was tak dotkliwie, jak w Nowym Jorku albo w Londynie. Nie umiecie walczyć, nie macie żadnych wartości. Macie pieniądze, to cała wasza potęga i horyzont myślenia.
Ale nie wierzę w narody arabskie, ani nawet w jeden naród arabski. Nacjonalizm to wasz, europejski wymysł. (…)
Nie wierzę też w demokrację, choć muszę przyznać, że dla Zachodu to dobre rozwiązanie. (…)
Jedno, w co wierzę, to islam. Choć wyznam ci, że sam nie jestem dobrym muzułmaninem, nie modlę się zbyt często, nie lubię dawać jałmużny, czasami sięgam po alkohol. Ale widzę każdego dnia, że tylko islam się w naszym życiu sprawdza, tylko islam pomaga nam przetrwać, daje nadzieję i siłę.
Spójrz na mapę świata, a zobaczysz, jak wielkie są dziś wpływy islamu. Moi bracia w Allahu mieszkają na Dalekim Wschodzie: w Indonezji, w Malezji, w Bangladeszu, w Pakistanie. Mieszkają w Kazachstanie, w Kirgistanie, w Uzbekistanie. Islam panuje na znacznej części terytorium Chin. W Iranie, w Afganistanie, a nawet w świeckiej Turcji. Popatrz na Zachód – tam sięgamy Atlantyku. Jesteśmy w Afryce i nawet w waszej Europie. Jesteśmy wszędzie. I każdego dnia jest nas więcej i więcej; tylko islam zdobywa tak wielu nowych wyznawców.
(…)
Ufam, że jeszcze raz zbudujemy kalifat. I mało mnie obchodzi, czy jego stolicą będzie Kair czy Bagdad, Kuala Lumpur czy Kabul, a może Karaczi. Bo to, skąd będziemy rządzić, nie ma żadnego znaczenia, jeśli będziemy jednością. Mówisz, że próbkę państwa islamskiego dali talibowie w Afganistanie. Boisz się ich, ale ja nie mam w sobie twojego strachu. Talibowie byli i odeszli. Islam pozostał.

A że będziemy rządzić, to pewne. Dodaj do siły wszystkich muzułmanów świata potęgę zawartą w arabskiej ropie. Dodaj odwagę palestyńskich szahidów. Nie zapomnij o męczennikach, którzy każdego dnia giną w Iraku. Będzie ich więcej i więcej, a wasze rany staną się coraz rozleglejsze. Aż w końcu muzułmanie odzyskają należne im miejsce.”

Przeczytane: 1.01.2017
Moja ocena: 7/10

wtorek, 2 sierpnia 2016

"Szatańskie wersety" Salman Rushdie (52/2015)

Hmm, sama nie bardzo wiem jak ocenić tę książkę…
Nie była to lektura łatwa i szybka, bo zajęła mi blisko dwa miesiące i czytałam ją jedynie w domu wieczorami. Nie nadawała się na szybkie przerywniki w kolejce w banku czy na fotelu u fryzjera. Zmęczenie i pięciominutowe wolne chwile to też nie najlepsi kompani tej lektury.

Chyba jednak spodziewałam się czegoś bardziej kontrowersyjnego. Legendy, jakie narosły wokół „Szatańskich wersetów” rozbudziły moją wyobraźnię i nastawiałam się na lekturę prawdziwie zakazanej i obrazoburczej książki, do tego pięknej pod względem literackim. Cóż, rozbudzona wyobraźnia musiała pójść spać… Pewnie inaczej bym to odbierała, gdybym była fanatyczną muzułmanką, a tak pozostałam znudzoną i rozczarowaną Europejką, chrześcijanką.

Niestety, nie wszystko w tej książce trzyma się dobrze jako całość. Autor chyba trochę przekombinował z ilością różnych poruszanych wątków i historii. Jak i ze stylem – też przesadził. Początkowo się gubiłam i choć po czasie pewne rzeczy łączyły się w całość, to niestety, nie wszystkie. I nie wszystkie też były dla mnie zrozumiałe (nie wiem, ale być może wynika to z mojej ograniczonej wiedzy o kulturze Indii i o islamie; albo po prostu za głupia jestem na tę książkę).

Powieść jest niewątpliwie wielopłaszczyznowa, co z jednej strony jest jej zaletą (doceniam), ale poniekąd też i wadą. Zakładam, że pisząc taką powieść, autor miał coś światu do powiedzenia. Co z tego, jeśli jednak to „coś” opowiedziane jest w taki sposób, że spora część zwykłych śmiertelników tego nie ogarnie? Jak wspomniałam, pewnie jestem trochę za głupia na tą powieść (zapewne nie ja jedna), ale niestety, ten zakręcony styl autora utrudniał mi jedynie zrozumienie przesłania tej książki. To nie tak, że nic z niej pojęłam – bo pojęłam, owszem, ale było to męczące. Zastanawia mnie ilość pozytywnych opinii o tej książce… Właściwie negatywnej to ze świecą szukać… i tak myślę sobie, czy większość pochlebców nie przyłączyła się po prostu do tłumu. I że skoro to takie głośne jest, to na pewno dobre, wiec chcąc nie chcąc – trzeba chwalić. Absolutnie nie twierdzę, że z każda pozytywną opinią tak jest, ale coś mi się zdaje, że z niejedną.

Nie podaję w wątpliwość tego, że ważna i dobra to książka. Ale też nużąca, męcząca, wymagająca wyjątkowego skupienia. Nie ma tu ‘porywających’ wątków, ale w sumie tego się nie spodziewałam. Spodziewałam się jednak, że właśnie pomimo braku porywających historii, książka mnie wciągnie. Nie wciągnęła. Zmęczyła. Szkoda. 

Przeczytane: 23.06.2015
Moja ocena: 6/10

czwartek, 26 listopada 2015

"Cuda Jana Pawła II" Paweł Zuchniewicz (94/2015)

Ależ ta książka jest pozytywna, pełna nadziei, dobrej energii! Takie właśnie są cuda – dające nadzieję.
Trudno w jakikolwiek sposób zopiniować tę książkę. Cuda papieża mam recenzować? No raczej nie poczuwam się do czegoś takiego :)

Oczywiście, jeśli ktoś w takie rzeczy nie wierzy, to ta książka zamiast pełna energii wyda mu się pełna bzdur – nie wątpię, że i tacy się znajdą. Czy ja wierzę? Tak… Nie wiem… Tak. Chciałabym powiedzieć, że tak, zdecydowanie tak, ale mam przecież wątpliwości. Większość przedstawionych sytuacji jest niesamowita, o wielu cudach, uzdrowieniach nie słyszałam, momentami wręcz przechodziły mnie ciarki, kiedy o nich czytałam. Ta książka tak jakoś wpływa na czytelnika (a przynajmniej na mnie), że chce się być lepszym, bardziej się starać. Ciekawe na jak długo to w człowieku zostaje…

Polecam. Jeśli tylko ktoś nie jest uczulony na słowo „kościół” to jest nadzieja, że i jemu udzieli się magia tej książki!

Przeczytane: 26.11.2015
Moja ocena: 8/10

czwartek, 19 lutego 2015

"Hurra, nie jestem Bogiem!" ks. Tomáš Halík (14/2015)

Książka jest wyborem trzynastu tekstów ks. Halika z różnych jego publikacji.
Trudno mi ocenić taką książkę, bo niewątpliwie jest ona mądra i dobra, ale w moim odczuciu, zwłaszcza początkowe teksty, były dość trudne, wymagały dużego skupienia (choć to akurat wymagane było podczas całej lektury) i raczej powolnego przyswajania tekstu.
Nie we wszystkim mam takie samo zdanie jak ks. Halik, niektóre z jego myśli trudno mi było zrozumieć (nie chodzi tu o znaczące kwestie typowo teologiczne, a raczej o osobiste podejście do kwestii wiary czy też współcześnie organizowanych ‘zgromadzeń’ chrześcijan). Niemniej, w większości spraw (zwłaszcza odnośnie ateistów bądź dewotów) w zupełności się z autorem zgadzam.

Mam jednak kilka uwag odnośnie samego wydania. Książka wydana jest przez wydawnictwo „Agora”, opatrzone znaczkiem „Biblioteka Gazety Wyborczej”, co wywołało u mnie troszkę konsternacji. Kupowałam książkę w księgarni internetowej i nie zwróciłam uwagi ani na wydawnictwo, ani na serię. Do rzeczy jednak – nie czepiam się tego, kto to wydał, ale jak to wydał – zdarzają się tu literówki, brakuje kilku przecinków, gdzieś zdarzył się przecinek za dużo, a już najbardziej co mnie irytowało – to brak przypisów. W tekstach pojawia się sporo nazwisk, które kompletnie nic mi nie mówią lub są wspomniane wydarzenia, które też niekoniecznie każdy musi znać. Przypis wyjaśniający pokrótce kim wspomniana osoba jest lub o co chodziło w danym wydarzeniu, ułatwiłby wiele. Ani tłumacze (było ich kilku, w zależności od tekstu), ani wydawnictwo, o to się nie postarali.

Przeczytane: 18.02.2015
Moja ocena: 7/10